Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdzie dziś śpicie?

W Nikaragui na couchsurfingu. Dość luksusowo, bo mamy swój pokój. Ale pierwszy raz w podróży pogryzły nas pluskwy. Dlatego Gaja się tak drapie.

Bezpieczniej spać w plecaku.

Tak było wygodniej, mama maszerowała, a córka spała, kiedy chciała. Zresztą gdy jest rozespana lub rozdrażniona, prosi czasem: "A mochila", czyli do plecaka, bo tam odnajduje spokój. Albo śpi u mnie na rękach. Choć muszę powiedzieć, że po przepłakanej ciąży dostałam od losu prezent: Gaja jest cierpliwa, odporna na niewygody, pełna radości i ciekawości świata.

To urodzona podróżniczka. Śpimy w różnych warunkach: na couchsurfingu, w hostelach, namiotach. Na granicy między Hondurasem a Salwadorem spałyśmy przed posterunkiem policji. W środku nie można było spać - wynieśli nam materac, zawiesiłam nad nim moskitierę i zanim zasnęłyśmy jak królowe, długo w noc obserwowałyśmy przygraniczne życie.

Nieraz kijkami podpierałam klamkę, bo w drzwiach hostelowego pokoju nie było zamka, czasem za ścianą miałyśmy pracujące prostytutki. Jednak nikt nam nigdy nie wchodził w paradę, wręcz przeciwnie, otrzymujemy od ludzi mnóstwo serca i pomocy.

Ruszyłyście do Peru, gdy Gaja miała 20 miesięcy.

Granicą była dla mnie jej niezależność - musiała sama utrzymać się na nogach, tak bym mogła ją postawić i po coś sięgnąć. Dałam sobie trzy miesiące na zobaczenie, jak będzie nam razem w podróży. Jedziemy już dwa lata.

Dla wielu to odważna decyzja - wziąć małe dziecko i ruszyć na inny kontynent.

Ta podróż nie spadła z kosmosu. To było jedno z moich marzeń - spędzić urlop wychowawczy w podróży. Życie tak się jednak potoczyło, że pojechałyśmy we dwójkę, nie w trójkę. Wcześniej dużo jeździłam wraz z tatą małej. Wyjechałam do Peru, po którym podróżowałam kiedyś sama prawie sześć tygodni. Nie jechałam w ciemno.

Pamiętasz pierwszy dzień?

Raczej noc! Ciemno, a ja wychodzę z dzieckiem w nosidle, plecakiem i torbą przed lotnisko w Limie. Czuję ten znajomy kwaśny smród spowijający miasto, wciągam go do płuc i zalewa mnie fala radości. Chłonęłam ten smog całą sobą! Dla mnie to zapach wolności.

Pięć lat wcześniej po drodze na Machu Picchu poznałam Peruwiankę, trzy dni spędziłyśmy razem, w tak krótkim czasie zaprzyjaźniłyśmy się jak siostry. Od tego czasu byłyśmy w kontakcie. Razem z Gają zamieszkałyśmy u niej, nie wiedząc, że wpadamy w sam środek rodzinnej tragedii. Przyjaciółka mieszkała w niebezpiecznej dzielnicy z mamą i siostrzeńcem w wieku Gajki porzuconym przez rodziców.

Matka małego - młodziutka dziewczyna - odwiedzała go raz w tygodniu, tata się nie pokazywał. Okazało się, że jest przemocowy, do tego wmieszany w narkotyki, więc mama przyjaciółki rozpoczęła staranie o przejęcie praw rodzicielskich. Ojciec nie godził się na to i zbierał dowody przeciwko nim.

Podczas mojego pobytu okazało się, że jeden z robotników pracujących piętro wyżej nagrał płacz dziecka - Gai - spuszczając komórkę na sznurku. Biegając, o coś się uderzyła. To miał być dowód w sądzie, że znajome źle zajmują się dzieckiem. Serce mi się kroiło. Po tygodniu zapytałam, czy chcą, bym się wyprowadziła. Chciały. Znów znalazłam się w punkcie wyjścia.

Wyjechałaś w podróż bez żadnego planu?

A skąd, miałam plan, i to jaki: kupię samochód, zrobimy sobie wesoły wozik z materacem, gdzie Gaja będzie mogła spać, gdy tylko zechce, a ja będę mogła jechać przed siebie. Zakładałam, że wydam na to oszczędności życia, ale się uda. Znajomy Peruwiańczyk przekierował mnie do mechaników ze swojej rodziny. Samochody, które polecali, były poza moim zasięgiem cenowym. A przestrzegali przed tymi, które chciałam kupić: to złom, będziesz na przełęczach w Andach, a tym się nawet po Limie nie jeździ. I znów nie wiedziałam, co dalej.

Wtedy przygarnęła mnie Cecylia, Peruwianka, która w latach 70. studiowała psychologię w Krakowie. Jest nieformalną ambasadorką Polski w Limie, poznała mnie z Andrzejem Piętowskim, który od lat prowadzi letnią szkołę języka angielskiego w kanionie Colca. Czerwieniąc się ze wstydu, zapytałam, czy nie potrzebuje pomocy.

W ostatniej chwili wycofało mu się dwóch nauczycieli, dzięki czemu dostałam się na wolontariat. Nie wszystko było takie różowe - Chivay leży znacznie wyżej niż magiczna granica 2700 m n.p.m., którą uważa się za bezpieczną dla dzieci. Przestudiowałam więc wszystko, co było w internecie na temat choroby wysokościowej u maluchów.

Zadekowałyśmy się u couchsurferki w Arequipie i przez kilka dni z rzędu wjeżdżałyśmy nyską z Indianami na pobliskie przełęcze. Kierowcy zostawiali mnie pośrodku niczego, a ja z ubraną po uszy Gają chodziłam po tym niczym przez kilka godzin, aklimatyzując nas obie.

Czwartego dnia przeskoczyłyśmy przez pięciotysięczną przełęcz, ludzie wymiotowali po drodze, mnie trochę bolała głowa, a z moim małym stworem było w porządku. Zjechałyśmy więc na 3500 m n.p.m., na których leży Chivay, i zaczęłyśmy wolontariat. Którejś nocy zauważyłam, że mała wolno oddycha, włos mi się zjeżył na głowie. Do rana nie zmrużyłam oka, rano pobiegłam do ośrodka zdrowia. Zrobili saturację i doktor stwierdził, że wszystko w normie.

I zaczęłaś pracę w szkole.

Zaczęłyśmy. Wszystkie lekcje prowadziłam z Gają przywiązaną do mnie w chuście lub bawiącą się w kącie sali. Raz na jakiś czas trzeba było przerwać lekcję, bo była głodna albo zrobiła kupę. Przez dwa dni byłyśmy sensacją, później wszyscy przywykli. Pracowałam tam sześć tygodni.

Było przeraźliwie zimno, więc cały czas siedziałyśmy w kurtkach i rękawiczkach. Do tego ohydne jedzenie: na śniadanie, obiad i kolację alpaka z ryżem i kawałkami cebuli. W wolnych chwilach zajmowałam się więc organizowaniem jedzenia dla Gajki - tak by było pożywne i ciepłe. To był ważny etap z wielu względów, także dlatego że w weekendy organizowano wycieczki dla nauczycieli. Podczas nich uczyłam się, jak podróżować z dzieckiem, co wziąć ze sobą, jak się spakować.

 

Gwatemala. W autobusach ludzie zagadują nas, pomagają, doradzają.

Na pewno jest trudniej.

Oczywiście, we dwoje dorosłych byłoby łatwiej. Gdy przez kilka dni podróżowałam z couchsurferem lub z koleżanką z Argentyny, to czułam się jak na wakacjach, bo ktoś czasem przytrzymał mi plecak albo Gaję. Mogłam spokojnie pójść do dworcowej ubikacji. A tak to muszę poprosić kogoś, kto wygląda na porządnego, by rzucił okiem na plecak, i tarabanić się z Gają do toalety.

I powiem wam, jakkolwiek prymitywnie to zabrzmi, że załatwić sprawę z dzieckiem przywiązanym do siebie w brudnej, śmierdzącej dworcowej ubikacji to mistrzostwo świata. Po takich seansach wychodziłam zmordowana, czasem i zryczana.

No właśnie. Higiena to punkt honoru polskich mam. Jak sobie z nią radzisz?

Odpuściłam europejskie przyzwyczajenia. Mówi się, że dziecko szczęśliwe to dziecko brudne, i coś w tym jest. Ale to, co uważam za najważniejsze, i to, co jej zaszczepiam, to higiena rąk. Zawsze mam przy sobie mydełko, myjemy ręce, jak tylko nadarza się ku temu okazja.

W zestawie podróżniczym mamy też tarełko i sitko, gdy idziemy jeść na targ, kupujemy marchewkę i ją sobie ucieramy. Jeśli możemy, robimy śniadania i kolacje, obiady z reguły jadamy na ulicy. Ale tylko raz strułam się w kolumbijskiej restauracji, w której zresztą pracowałam. Trzy tygodnie chodziłam z bólem brzucha, bo akurat zaczęłyśmy wówczas przeprawę przez archipelag San Blas.

Czas spędzony w kuchni pokazał mi, jak przygotowywane bywają tu posiłki. Na zapleczu syf, kiła i mogiła. Kranówka dolewana do brudnego wiaderka z lodem i cytryną, odgrzewane po raz kolejny potrawy, brudne ręce. Ja pracowałam tam tylko trzy godziny - w zamian za jedzenie. Robiłam sałatki, a potem biegłam z Gają nad turkusowe karaibskie morze, pod palmy, na bialutki piasek - dla nas raj.

Na swoim blogu piszesz, że wasz budżet to 12 dolarów dziennie na dwie.

Żyjemy z wynajmu mojego mieszkania, do tego czasem na plaży sprzedaję mango i ciasteczka. W Kolumbii nauczyłam się robić kolczyki z koralików - próbuję je sprzedawać, czasem wymieniam na jedzenie, na nocleg.

Albo daję z wdzięczności za pomoc. Podstawowa sprawa w podróży to danie sobie zgody na improwizację. Skończyłam rehabilitację na AWF-ie, pracowałam w korporacji, w szkole masażu dla niewidomych, planowałam swoje życie. Ale to nie to samo, co plany w podróży, które ciągle się zmieniają. Żartuję czasem, że na drugie imię mam improwizacja.

Budżet jest jednak niezmienny.

Kiedyś to było 15 dolarów dziennie, ale dolar poszedł w górę, więc nasz budżet się skurczył. Szału nie ma. Do tego Gaja jest na tyle duża, że muszę więcej przeznaczyć na jedzenie. Jak jemy obiad na ulicy, jedną porcję oczywiście, to ja już się nie najadam.

Dlatego powoli zaczynam rezygnować z mięsa, za te same pieniądze dostaję więcej fasoli, ryżu i smażonych bananów. Niedawno przeprawiałyśmy się z Kolumbii do Panamy łódkostopem, wjeżdżałyśmy w obszar, w którym ceny są dość wysokie. Kupiłam więc jedzenie w Kolumbii i zamawiając tylko obiad w lokalnej garkuchni, zmieściłam się w budżecie.

Byłam dumna z siebie, choć frykasów nie jadłyśmy: makaron z dżemem, chleb z miodem, kakao z mlekiem w proszku, tuńczyk z ryżem. Podróż to nauka wolnego myślenia. Patrzcie: moskitierę dziś w nocy rozwiesiłam na nici dentystycznej.

Jako samotna podróżniczka jesteś mamą na cały etat.

Córka śpi spokojnie przez pierwsze godziny nocy, teoretycznie więc mogę jak Kopciuszek wymknąć się z pokoju i wrócić przed północą. O ile jestem w bezpiecznym miejscu. Ostatnio pierwszy raz po półtora roku podróży poszłam potańczyć salsę. Całe 50 metrów od hostelu. Chłopak z recepcji miał od razu po mnie dzwonić, gdyby Gaja się przebudziła.

Raz też wybrałam się na dwugodzinny nocny spacer po dżungli. W Puerto Legu~zamo, gdzie dopłynęłyśmy barką handlową w zamian za pomalowanie maszynowni. Poznałyśmy biologa z Bogoty, który wybierał się w głąb selwy obrączkować ptaki. Zaprosił nas.

Taka okazja nie zdarza się dwa razy, więc dołączyłyśmy do niego i przepływając plątaninę rzek, zamieszkaliśmy z indiańską rodzinką i piątką dzieci w wioseczce.

 

Gdy idziemy w góry na kilka dni, wynajmuję konia.

Jakie masz praktyczne obserwacje dla mam w podróży?

Dziecko nie potrzebuje tylu ubrań, ile nam się wydaje. Brudzi się, ale wszystko można uprać. Ostatecznie nic także się nie stanie, jak chwilę pochodzi w brudnych. Zawsze też można potrzebne rzeczy dokupić albo dostać coś po drodze. Samopomoc kobiet funkcjonuje tu świetnie.

I w co ubierasz Gajkę np. w górach? Nasze babcie nawet wiosną nie chcą widzieć wnuków bez czapeczki.

W wysokich górach ubierałyśmy się na cebulkę. Gaja miała ciepłe rajstopki, polarowe spodnie, pampersa, który też grzeje pupę, i spódniczkę do kolan. Nie miała najcieplejszych bucików, ale na nie zakładałam jeszcze grubą męską skarpetę.

Generalnie lubię rozpinane rzeczy, miała także dobrą zimową kurtkę i czapkę. I w tym przeszłyśmy chociażby Santa Cruz Trek w Huaraz w Peru, gdzie trzeba przekroczyć przełęcz na prawie 5 tys. m n.p.m.

Z wielkim plecakiem i nosidłem?

Niezupełnie. Gdy idziemy na dłuższy trekking, dwa, trzy dni, to nie daję rady bez konia. Na nim jedzie namiot, maty, śpiwory, jedzenie, kiedyś pampersy. Tak też było, gdy poszłyśmy do peruwiańskiego Choquequirao.

Te ruiny odkryłam pięć lat temu, w trakcie mojej pierwszej podróży po Peru, kiedy to stały się dla mnie symbolem wolności, tajemnicy i duchowości. Chciałam tam koniecznie wrócić z Gają.

W malutkiej wioseczce ludzie polecili mi zaufanego człowieka, który miał córeczkę w jej wieku, wzięliśmy muła, załadowaliśmy go i ruszyliśmy. Niosłam podręczne rzeczy i Gajkę na plecach, a podejścia robiłyśmy razem na koniu.

Gaja szybko nabrała zaufania do zwierzaka, zaczęła nazywać go po imieniu. "Sola, vamos!" (Sola, chodźmy!) - mówiła i klepała Solę po szyi. Do dziś zresztą tym imieniem nazywa każdego konia. Zdarza się czasem, że i mnie poklepuje po policzku, dokładnie jak wtedy Solę. To najwyższy wyraz pieszczoty.

Dżungla, Andy, trekking. Żadna teoria dojrzałego macierzyństwa nie ma tych wyrazów w słowniku.

Nie upieram się, że moje jest dojrzałe. Nie oceniam go, jest po prostu moje. Rodzice wychowywali mnie z wielką miłością, podążając za radami ekspertów lat 70. Mówiono wtedy, że dziecko musi mieć swoje łóżeczko, że nie wolno go nosić, bo się przyzwyczai i będzie terroryzować rodzinę, że jak płacze, ma się wypłakać, i że ma się je karmić o stałych porach.

Minęło prawie 40 lat i co teraz mówią eksperci? Że dziecko trzeba nosić ile się da, głaskać, tulić, dotykać, mieć przy sobie jak najbliżej, mówić do niego, śpiewać, dawać pierś, gdy tylko ma na to ochotę. Czyli zupełnie odwrotnie.

Może za 40 lat będą nowe teorie? Dlatego od ekspertów biorę tylko to, co mnie przekonuje, co jest zgodne z moim temperamentem. Każda matka wie, co jest dobrego dla jej relacji z dzieckiem. Każdy z modeli jest właściwy tak długo, jak przynosi miłość.

Zdarza ci się usłyszeć krytykę?

Tak, ale ludzie, którzy krytykują, praktycznie nic o mnie nie wiedzą. Niektórzy na Facebooku w przypływie szczerości piszą mi: "Jak twoja rodzina mogła się na to zgodzić?". Przyglądam się tym sformułowaniom ze zdziwieniem, bo to nie nasza kategoria myślenia. Nakaz, zakaz? Nie. Rozmowa.

Gdy rodzice pierwszy raz usłyszeli o naszym wyjeździe, mieli oczy jak pięć złotych. Wyjaśniłam im, dlaczego muszę wyjechać. Spokojnie. Szczerze. Rodzice widzieli mnie w pierwszych miesiącach po urodzeniu Gai, gdy byłam płaczącym, pogrążonym w rozpaczy strzępem człowieka. Wiedziałam, że jeśli zostanę w domu, to stanę się smutną, zgorzkniałą kobietą, która przeoczyła ostatni moment na spełnienie marzeń. Wiedziałam, że albo pójdę za tym, co czuję, odżyję i znowu będę się śmiać, albo wewnętrznie umrę. Na zawsze. Tak wówczas czułam.

Teraz myślę, że to była najlepsza decyzja w życiu. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek będzie tak pięknie. Jestem szczęśliwa, spokojna, spełniam się w drodze. I wreszcie śmieję się szczerze z serducha.

 

Peru. To, co zaszczepiam Gai, to higiena rąk. Myjemy ręce, jak tylko nadarza się okazja

Wiele mam zarzuciłoby ci, że jesteś egoistką, że miałaś całe życie, by odkrywać świat, a teraz najważniejsze jest dziecko.

Co jest ważniejsze - czy to, że dziecko regularnie śpi i je, czy że ma roześmianą, pełną energii matkę, która z radością kopie z nim doły na plażach i skacze przez fale? Przez pierwsze półtora roku Gaja miała wszystko: wygodne łóżko, cyca, spacerki, regularny tryb życia i dziadków na zawołanie. Nie miała tylko mamy. Nie istniałam.

Byłam martwą kobietą, która zmuszała się do codziennej opieki nad maluchem. Mój mózg mówił mi, że tak trzeba robić, ale w środku nie żyłam. Płakałam nad sobą, nad Gają, nad facetem, który zdecydował się od nas odejść. W tej rozpaczy zupełnie nie czułam macierzyństwa. Byłam obojętna. I to była kolejna odsłona mojej prywatnej tragedii.

Taki problem dotyczy dziesiątek kobiet, ale nikt o nim nie mówi.

Bo przyznanie się pociąga za sobą ostracyzm. Od razu sypią się oceny. Nie masz instynktu macierzyńskiego? Co z ciebie za kobieta?! Jesteś złą matką, złym człowiekiem! Być może coś takiego jak instynkt macierzyński istnieje, niestety, nie było mi dane tego wtedy doświadczyć.

Wydaje mi się, że aby bezwarunkowo i od razu pokochać swoje dziecko, oprócz właściwego poziomu hormonów trzeba być w określonym stanie, na który składa się wiele czynników, np. konstrukcja psychiczna, przeszłość, oczekiwania czy pragnienia, no i aktualna sytuacja życiowa.

W moim przypadku te wszystkie czynniki tak się zbiegły, że zamiast wybuchu miłości czułam obojętność. Choć przed ciążą pisałam listy do swoich nienarodzonych jeszcze dzieci, które tak bardzo chciałam mieć.

Co cię odmieniło?

Pomogła mi pewna książka, a z niej dosłownie pół strony tekstu. Autorka w paru zdaniach opisuje, jak wypracowała sobie kontakt z córką, która wychodziła wówczas ze świata niemowlęctwa i wkraczała w świat dziecka. Stara relacja już nie wystarczała. Wpadła na pomysł, by potraktować córeczkę jak kogoś dorosłego - przyjaciółkę, kochanka. Co dajemy takiemu człowiekowi? Absolutną uważność, czas, zaangażowanie.

To się we mnie zahaczyło i też postanowiłam świadomie pokochać swoje dziecko. Czuję, że to może brzmieć kosmicznie, ale tak było. Dziś mogę stanąć przed lustrem i z radością powiedzieć: kocham mojego malucha jak nigdy nikogo na świecie! Wyśpiewuję jej to, wyszeptuję, wyśmiechuję po sto razy każdego dnia!

Można ci zarzucić, że za bardzo przywiązujesz dziecko do siebie. Że będzie się bała odczepić od maminej spódnicy.

Guzik prawda. Widzę coś innego. Gaja ma tak duże poczucie bezpieczeństwa wynikające z mojej niezmiennej obecności w jej życiu, że jest jak mała łódeczka, która odczepia się od okrętu, eksploruje świat, a potem wraca do mamy.

Jest ciekawska, chętnie próbuje nowych rzeczy, czy to jedzenia, czy aktywności. Jest też bardzo otwarta, błyskawicznie nawiązuje relacje z dziećmi i z dorosłymi, nie krępuje się pytać. Dziś na przykład zaczepiła panią na ulicy, pytając, dlaczego jej piesek nie ma ogonka, wprowadzając, nie wiadomo czemu, panią w konfuzję.

Gaja ma dużo ciebie. Ale nie zabrałaś jej z życia innych osób?

Wrzucam to na wewnętrzną wagę. Uważam, że wszyscy są ważni, ale ja - najważniejsza. Bo jak mówiłam, moim zdaniem tylko spełniony, pełen miłości rodzic może spróbować wychować szczęśliwe dziecko. Nie wiem, czy taka sztuka uda się udręczonej życiem, pełnej poświęceń matce. Z dziadkami rozmawiamy, korzystając z internetu, dzięki czemu poczucie rozłąki jest mniejsze.

 

Peru. Gdy Gaja jest rozdrażniona, prosi: "A mochila", czyli do plecaka, bo tam odnajduje spokój

Gaja mówi lepiej po polsku czy hiszpańsku?

Pierwszym językiem Gai jest hiszpański, mówi płynnie, z neutralnym akcentem, co przy jej blond włoskach i szarych oczkach błyskawicznie zjednuje serca. Mówię do niej po polsku, ona do mnie po hiszpańsku.

Podobnie zresztą jest z dziadkami - oni do niej po polsku, ona do nich - po hiszpańsku, a ja jestem tłumaczem. Zupełnie mnie to nie martwi - wierzę, że jak wrócimy do Polski, rozgada się błyskawicznie, nie będzie miała wyjścia.

Jak reagują na nią ludzie na ulicy?

Otwiera serca i zaciekawia. Kiedyś autostop wyrzucił nas na obrzeżach dużego kolumbijskiego miasta, zapadał zmierzch. Musiałam znaleźć hostel szybko i w pobliżu. Zapytałam przechodnia, gdzie jest jakieś tanie lokum. On wskazał mi kierunek i powiedział, że noc kosztuje 20 tys. peso, na co mi się wyrwało: "Rany, ale drogo ". Przechodzień odszedł, ja się pakuję, myślę, co robić, a on nagle wraca i wciska mi w rękę 20-tysięczny banknot.

Innym razem autobus wysadził nas blisko sensownego hostelu, ale nie mogłam tam iść, bo Gaja wybudzona z autobusowej drzemki była rozespana i marudna. Usiadłam z nią na chodniku, czekając, aż się uspokoi, bo już nie jestem w stanie jednocześnie nieść plecaka na grzbiecie i nosidła z Gają na brzuchu. Płakała, a ja ją tuliłam. Zainteresowała się nami dziewczyna siedząca na przystanku tuż obok nas.

Dopytywała, gdzie śpimy, sugerowała nam taksówkę, ale grzecznie odmówiłam, bo byłyśmy w Kostaryce, a to bardzo drogi kraj. W końcu oznajmiła, że autobus nie nadjeżdża, więc i tak bierze taksówkę. No i że możemy jechać z nią, bo to ten sam kierunek. Pomyślałam: zrzucimy się i będzie OK.

Usiadłyśmy obok, po czym nagle dziewczyna wysiadła, a taksówkarz ruszył z kopyta do przodu. Mignęła mi jeszcze jej uśmiechnięta twarz i machająca na pożegnanie ręka. Uregulowała za nas przejazd. To jeden z małych, pięknych cudów podróży.

Jest coś, czego ci brakuje?

Sugerujecie, że mężczyzny?

Może.

Gdy ruszyłam w podróż, byłam jednym wielkim brakiem. Okropnie tęskniłam za tatą małej, za naszym wspólnym czasem i podróżowaniem. Przez półtora roku braki się we mnie powypełniały. Czas i przebyte kilometry zrobiły swoje. Okrzepłam. Nie szukam mężczyzny i oni chyba to czują, bo nawet mnie nie podrywają.

Gdy czuję się niepewnie, mówię, że mój mąż czeka kawałek dalej, o tam, za zakrętem. A w zaczepkach na ulicy czuję więcej ciekawości niż erotyki - nie codziennie widuje się białą z dzieckiem w plecaku. A mnie jest z tym świetnie, bo cała moja energia jest dla Gai i dla świata. I kocham ten świat, i to moje dziecko, i siebie. Nareszcie.

Joanna Nowak - w podróż z 20-miesięczną Gają wyruszyła 7 maja 2014 r. Dotychczas przejechały przez: Peru, Boliwię, Ekwador, Kolumbię, Panamę, Kostarykę, Nikaraguę, Honduras, Salwador i Gwatemalę. Prowadzi bloga somosdos.fotowyprawy.com i fanpage

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.