Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W waszej rodzinie każdy skazany jest na podróże?

ARKADY RADOSŁAW FIEDLER (OJCIEC): Na to wygląda. Oczywiście wszystko zaczęło się od mojego ojca, który odbył w sumie 30 wypraw. Najważniejsze z nich to te do Ameryki Południowej. Opowiadał mi, że były dla niego szczególnie istotne, ponieważ ze swoim ojcem Antonim marzyli, aby wspólnie pojechać do Puszczy Amazońskiej. Przedwczesna śmierć mojego dziadka przekreśliła te plany. Tata sam zrealizował ich wspólne marzenia.

Wszystkie jego podróże to były prawdziwe wyprawy. Nie miał takich ułatwień jak my dzisiaj. Nie było GPS-u, telefonów komórkowych. Nie latał samolotami, wszędzie płynął statkiem, często zdany na siebie, więc trzeba było i odwagi, i brawury. Z moim ojcem udało mi się odbyć sześć wypraw na cztery kontynenty, m.in. do Ameryki Południowej czy Afryki. Po jego śmierci byliśmy już z moim bratem Markiem tak zarażeni podróżami, że kontynuowaliśmy je na własną rękę. Każda wyprawa kończyła się przywożeniem eksponatów do naszego muzeum w Puszczykowie. Owocowała też książkami czy wystawami fotograficznymi. Kontynuowaliśmy pracę naszego ojca i tradycję przez niego rozpoczętą.

1980 - Arkady Fiedler, podróżnik i pisarz. Fot.Grzegorz Rogiński/REPORTER

Potem, w sposób naturalny, pasja podróżowania zaczęła udzielać się naszym dzieciom. Jesteśmy przede wszystkim rodem podróżników, przekazującym sobie tę pasję z pokolenia na pokolenie. Ale nic nie dzieje się na siłę.

ARKADY PAWEŁ FIEDLER (SYN): Na początku chodziłem swoimi ścieżkami. Dosyć długo nie było mnie w Polsce, pracowałem w Londynie. Pojechałam tam zaraz po studiach. Na początku planowałem, że będę rok, a zostałem prawie 11 lat. Zaczynałem pracę jako bileter w kinie, a kiedy wyjeżdżałem z Londynu, byłem już dyrektorem dwóch kin należących do całej sieci. Wtedy, owszem, podróżowałem, ale dla siebie. Jeździłem po Europie, Stanach Zjednoczonych. Myśl, aby zająć się podróżami na szerszą skalę i związać z nimi swoje życie, pojawiła się dosyć późno.

Takim początkiem był przejazd fiatem 126p wzdłuż granic Polski. O Afryce myślałem od dawna. Byłem tam wcześniej, chociażby w Namibii. Nie wiedziałam jednak, że przejadę ją tym samym samochodem co Polskę. Teraz po powrocie montuję film i jestem w trakcie pisania książki o afrykańskiej wyprawie. W taki sposób dołączyłem do tradycji Fiedlerów.

Biografia Arkadego Fiedlera jest dostępna w formie ebooka na Publio.pl. Sprawdź >>

 

Najgłośniej jest o mężczyznach podróżujących w waszej rodzinie.

ARKADY R. FIEDLER: Mężczyźni podróżują z dwóch powodów. Po pierwsze, z pasji, po drugie, jest to dla nas w pewnym sensie praca. Jeździmy po to, żeby przywieźć materiał fotograficzny, filmowy czy napisać książkę, więc to podróżowanie profesjonalne jest domeną faktycznie mężczyzn, a pozostałe osoby z naszej rodziny zwiedzają świat turystycznie.

ARKADY P. FIEDLER: To prawda. Moja siostra bliźniaczka też dużo jeździ, chociażby do Azji. Różnica polega na tym, że ja poszedłem w ślady dziadka i taty i moje podróżowanie stało się dla mnie sposobem na życie. Poza tym dzielę się swoimi podróżami z innymi, spotykam z ludźmi i opowiadam o tym. Moja siostra natomiast jeździ po świecie prywatnie, dla siebie.

Emerytura w kamperze: Wypowiadamy umowy na wodę i prąd, odłączamy ogrzewanie. Znikamy na tyle, na ile mamy chęć

Jak to było, gdy słynny Arkady Fiedler wracał do domu po kilkumiesięcznej podróży?

ARKADY R. FIEDLER: Przede wszystkim opowiadał, gdzie był i co go spotkało, a potrafił to robić barwnie. Mówił nam o świecie, do którego jeszcze nie mieliśmy przecież dostępu. O niezwykłych plemionach i ich obyczajach, o przyrodzie zapierającej dech w piersiach, na przykład o dżungli amazońskiej, którą uwielbiał. Wszystkim opowieściom towarzyszyły przedmioty, jak maski, stroje, które przywoził. Kiedy otwierał kufry, to nawet zapach był inny, taki kuszący przygodą. Czasami wydawało się, jakby opowiadał o baśniowych krainach, tylko że one istniały naprawdę. Tak wyglądały chociażby opowieści o Madagaskarze. Był tam dwa razy. Mieszkańcy lubili mojego tatę, czyli, jak go nazywali - vazahę, białego człowieka. I z wzajemnością.

Odbył pan ze swoim tatą Arkadym Fiedlerem sześć podróży. Którą z nich najbardziej pan zapamiętał?

ARKADY R. FIEDLER: Zdecydowanie pierwszą. Miałem 23 lata, kiedy latem 1968 roku razem z ojcem pojechaliśmy na Syberię na całe dwa miesiące. Pisałem wtedy akurat pracę magisterską o jeziorze Bajkał, podróż idealnie wpasowała się więc w temat. Przede wszystkim tam jest obłędna przyroda. To, co jednak najbardziej pamiętam z tej wyprawy, to fakt, że był to czas nieustających spotkań z ludźmi, szczególnie z Jakutami. Przyjęli nas bardzo ciepło, jak rodzinę. Biesiadom i wspólnym rozmowom nie było końca.

Jakuci mieli bardzo dobre wspomnienia związane z Polakami, którzy zostali tam dawniej zesłani. Wspominali, że zesłańcy, na ogół ludzie dużej kultury i szerokich horyzontów, uczyli ich lepszego życia, podnosząc rangę i znaczenie syberyjskiego narodu. Na przykład Edward Piekarski jako pierwszy stworzył słownik jakucko-rosyjski, kładąc tym podwaliny pod jakucki język literacki. Inny zesłaniec, pisarz Wacław Sieroszewski, napisał fundamentalne dzieło etnograficzne dotyczące Jakutów, aktualne do dziś. Kiedy gościliśmy u nich, podejmowali nas z nieprawdopodobną serdecznością. Toastom za polsko-jakucką przyjaźń nie było końca.

 

Obecnie podróżuje już kolejne pokolenie Fiedlerów. Trzeci w kolejności Arkady przemierzył Afrykę poczciwym maluchem. To dosyć spektakularny sposób na dołączenie do rodzinnej tradycji.

ARKADY P. FIEDLER: Może trochę (śmiech). Myśl o podróży przez Afrykę pojawiła się już bardzo dawno. Pracowałem jednak na etacie i najdłuższy urlop, jaki mogłem wziąć, to dwa tygodnie. Trochę mało jak na taką wyprawę. Wystarczająco jednak długo, aby przetrzeć szlaki i wybrać się maluchem na objazd granicami Polski. Mogłem zobaczyć, jak na dłuższej trasie sprawdza się fiat 126p. Podczas tej wyprawy po Polsce widziałem też, jak maluch otwiera ludzi, jak powoduje, że zatrzymują się na chwilę, zagadują. Była to dla mnie podróż sentymentalna, bo akurat ten samochód był w moim życiu od dziecka. Najpierw jako towarzysz podróży rodzinnych, potem jako moje pierwsze auto.

Pomyślałem wtedy, że jeśli chcę pojechać do Afryki i nakręcić tam film, to ten właśnie samochód będzie świetnym narzędziem, które można wykorzystać do jego powstania. Inaczej zwiedza się nim świat. Z braku klimatyzacji ma się ciągle otwarte okna, dzięki czemu jest inny kontakt z otoczeniem. Wzbudza zainteresowanie ludzi i dzięki temu ułatwia z nimi kontakt. Pojechałem do Afryki, uważanej za egzotyczny kraj, a tymczasem jedną z najbardziej egzotycznych rzeczy był tam właśnie mój samochód. Gdziekolwiek się pojawiliśmy, wzbudzał radość, ludzie podchodzili, czasami łapali się za głowę i mówili, że jestem szalony.

Wędrowny Zakład Fotograficzny: portret za posiłek

Maluch był przepustką do ludzi, ale też sprawdził się na trasie. Przejechałem nim w Afryce 11 krajów i ponad 16 tys. km. Po drodze raz nawalił rozrusznik, raz pękł pasek klinowy. Reszta usterek była niewielka. I dwa razy zmienialiśmy oponę. Prawie cały czas jechał za mną drugi samochód, w którym byli Krzysztof Winter, operator kamery, Albert Wójtowicz, drugi operator i jednocześnie fotograf, oraz Kuba Dąbrowski, kierowca i logistyk. Również dzięki nim udało się to, co sobie założyłem.

ARKADY R. FIEDLER: Ja mam nadzieję, że ten maluch kiedyś stanie w naszym Ogrodzie Kultur i Tolerancji w Puszczykowie jako eksponat. Tymczasem przechodzi remont i rekonwalescencję po podróży, a kolejne pewnie przed nim. Może będzie eksponatem, kiedy syn zacznie jeździć na wyprawy innym samochodem.

Od lewej: Arkady Radosław Fiedler, Arkady Antoni Fiedler i Arkady Paweł Fiedler. Fot. Archiwum Prywatne

Wspólnej wyprawy jeszcze nie było.

ARKADY R. FIEDLER: Proza życia. Studia syna, moja praca. Nie było po prostu jeszcze takiej okazji.

ARKADY P. FIEDLER: Już jakiś czas temu, jak tata wrócił z Peru, obiecał mi, że kiedyś pojedziemy razem.

ARKADY R. FIEDLER: Pod koniec tego roku w związku z 40-leciem istnienia muzeum oraz 120. rocznicą urodzin mojego ojca organizujemy w parę osób kilkutygodniową ekspedycję amazońską. Już w pierwszych dniach listopada planujemy wylot do Boliwii. Na początku będziemy w lasach Amazonii, na pograniczu z Peru. Potem zostaję sam i mam w planie dłuższą wizytę w Boliwii. Chciałbym zebrać materiały na następną książkę. Rozmawialiśmy z synem o tym, aby jechać razem właśnie na tę wyprawę, ale syn ma dużo zobowiązań w związku ze swoją afrykańską podróżą i tym razem się nie uda.

Jak wasze rodziny, żony znoszą te podróże i nieustanną nieobecność mężów, synów w domu?

ARKADY R. FIEDLER: W naszej rodzinie nie było i nie jest to zaskoczeniem. Żyjemy w takim kręgu podróżniczym.

ARKADY P. FIEDLER: Maluchem to była moja pierwsza długa podróż i moja rodzina zniosła to bardzo dobrze, bo same przygotowania do wyprawy to był czas, kiedy i oni przygotowali się na moją nieobecność. Mam nadzieję, że w przyszłości podczas którejś podróży rodzina do mnie dołączy.

Poza podróżami łączy was też imię. Ostatnio Arkady pojawił się już w czwartym pokoleniu.

ARKADY R. FIEDLER: Ja dostałem imię po moim ojcu. Później, kiedy byłem starszy, trzeba było wykorzystywać moje drugie imię, żeby można było nas rozróżnić, czasami w codziennych sytuacjach. Ponieważ ja bardzo dobrze wspominam mojego tatę, kiedy na świat przyszedł mój syn, to był taki impuls. Wyszło naturalnie. Poza tym żonie i mnie podobało się to imię. I w pewnym momencie jego nadawanie stało się tradycją.

ARKADY P. FIEDLER: Kiedy miał urodzić się nasz syn, zastanawialiśmy się z żoną nad kilkoma imionami. Początkowo miał być Antoni, tak jak mój pradziadek. Jednak kilka miesięcy wcześniej naszym znajomym urodził się syn i dali mu na imię właśnie Antoni. Wtedy stwierdziliśmy, że nasz będzie Arkady Antoni Fiedler. Na cześć dziadka i pradziadka.

 

Do bogatej tradycji rodzinnej poza podróżami i wspólnymi imionami należy też Muzeum im. Arkadego Fiedlera.

ARKADY R. FIEDLER: Mieszkamy w tym samym miejscu, w którym jest muzeum. Spotykamy się z moim bratem Markiem i ciągle coś wymyślamy. Kilkanaście lat temu muzeum było znacznie skromniejsze. W 2002 roku pojawiła się piramida. Jest to kopia piramidy Cheopsa. Kiedy byłem w Egipcie, zachwyciłem się nią. Po powrocie do kraju postanowiłem stworzyć jej kopię w naszym Ogrodzie Kultur i Tolerancji. Ta piramida jest jednak 23 razy niższa. Mamy też kopię sfinksa, w podobnej skali oraz dokładnie takiej samej wielkości, w skali 1:1, i replikę słynnego statku "Santa Maria", którym podróżował Krzysztof Kolumb.

W ubiegłym roku obchodziliśmy 40-lecie naszego muzeum. Z okazji rocznicy był u nas potomek Krzysztofa Kolumba w linii prostej.

Jak przeżyć bez wydawania pieniędzy?

Dbamy o to, aby muzeum się rozrastało, by pojawiały się w nim nowe rzeczy, dzięki którym ono ciągle jest żywe. Ludzie pytają, czy nam to nie przeszkadza, że muzeum jest jednocześnie miejscem, w którym żyjemy, że przez to ciągle mamy gości. Przyznam szczerze, że teraz to pewnie dziwnie by nam było, gdyby zrobiło się cicho. Śmiejemy się czasami, że sami jesteśmy jak żywe eksponaty, ale podobnie jak inne - też niezakurzone.

ARKADY P. FIEDLER: W moim życiu muzeum zawsze było obecne. Najpierw dla mnie, mojego rodzeństwa i kuzynów jako idealny plac zabaw. Teraz jest miejscem do życia i pracy. We wrześniu tego roku odbędzie się tutaj wystawa zdjęć z mojej podróży maluchem do Afryki.

Opowieści o muzeum pojawiają się też zawsze podczas moich spotkań, na które jeżdżę po całej Polsce. Opowiadam o wyprawie afrykańskiej, ale też o Puszczykowie, dziadku, tacie, rodzinnej tradycji, które po prostu są w moim życiu.

Mówicie o chęci dzielenia się podróżami. Nie lepiej zostawić wrażenia dla siebie?

ARKADY R. FIEDLER: Ludzka natura jest taka, że chłonie, chce poznawać. Świat nie jest monolitem. Z jednej strony wydaje się, że świat się kurczy, ale cały czas są takie rzeczy na świecie, ludzie, ich zwyczaje mało dla nas znane lub po prostu nieodkryte. Podróżowanie to wieczne odkrywanie, przez każdego na swój sposób.

Warto o tym opowiadać, dlatego zacząłem między innymi pisać książki o niektórych moich wyprawach. W sumie powstało ich pięć. Byłem też współautorem trzech innych. W lipcu odbyła się premiera szóstej mojej książki "Dolina stuletnich młodzieńców" o południowym Ekwadorze, gdzie żyje spory odsetek długowiecznych ludzi. Organizujemy też spotkania, udostępniamy muzeum, mamy stronę.

ARKADY P. FIEDLER: Teraz trochę nie ma odwrotu od tych opowieści. Jest muzeum, dorobek dziadka. Moja wyprawa do Afryki. Miałem dużo spotkań w szkołach z dziećmi, widzę, jak bardzo są one ciekawe, jak chłoną te opowieści. I bardzo mi się to podoba. Sam kiedyś swoje inspiracje czerpałem z opowieści o podróżach mojego taty czy dziadka. Cieszę się, kiedy widzę, że dzieci są zainspirowane historiami o tym, że jest też inny świat poza ich codziennością.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.