Seks, psychologia, życie: zapisz się na newslettery "Wysokich Obcasów"

Anetę Sulwińską nominowaliśmy za obronę syna i społeczności LGBT, za determinację w walce z homofobią i za wspieranie dzieci, które jej doświadczają.

Sulwińska była dyrektorką szkoły podstawowej w Błaszkach, dwutysięcznym miasteczku na pograniczu województw wielkopolskiego i łódzkiego. Chodzi w Marszach Równości, by wspierać osoby LGBT. Gdy dowiedzieli się o tym mieszkańcy, do miejscowego proboszcza wysłali anonimowy donos. Pisali: „To okropne. Jak mamy wytłumaczyć naszym dzieciom to zło, jeśli dyrektorka popiera i reklamuje LGBT+”. Sulwińska powiedziała proboszczowi, że donosy powinno się wrzucać do kosza. I poszła w kolejnym Marszu Równości.

Ma dwóch synów: starszy, Mateusz, jest gejem i szefem Grupy Stonewall organizującej Marsz Równości w Poznaniu, młodszy, Igor, gejem nie jest, ale organizował pierwszy taki marsz w Kaliszu.

Piotr Żytnicki: Jeszcze rok temu była pani nieznaną nauczycielką, która chodzi w Marszach Równości. Teraz wielu mówi: bohaterka.

Aneta Sulwińska: Gdy dowiedziałam się o nominacji w plebiscycie „Wysokich Obcasów”, pomyślałam: mój Boże, co ci ludzie roztrząsają? Przecież każda kochająca matka będzie wspierała swoje dziecko. Pewnie są wyjątki, ale generalnie jest tak, jak mówię. Więc o co robimy ten szum?

Wiele matek kocha, ale niekoniecznie potrafi to zamanifestować czynami. Czytelnicy docenili to, że pani się odważyła.

Nie chwaliłam się udziałem w Marszach Równości, ale też się tego nie wstydziłam. Mateusz publikował w internecie zdjęcia naszej rodziny na marszu. Nie przeszkadzało mi to. Potem te zdjęcia dołączono do donosu. Ksiądz przyniósł mi ten donos. Nie zrobił tego w złej wierze, chciał tylko, żebym wiedziała. Nie chciałam tego nagłaśniać. Pokazałam ten list swoim synom. Uznali, że zrobią z tym porządek. Gdy wróciłam ze szkoły do domu, list był już w internecie. Zaczęli dzwonić dziennikarze, rozmawiałam z nimi. Ale wciąż mówię synom: „Ludzie, ja jestem stara, gruba baba, a wy mi każecie pozować do zdjęć i w telewizji występować”. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się wydarzyło przez ostatni rok. Chyba nikt takiego scenariusza by nie napisał.

W Polsce jest pani bohaterką. A w Błaszkach?

W szkole, na ulicy, w sklepie nie usłyszałam złego słowa, choć nie jestem naiwna: ludzie na pewno za plecami o tym rozmawiają. Te wydarzenia zweryfikowały też listę moich znajomych. Gdy od obcych ludzi płynęło wsparcie, część znajomych milczała. Odsunęli się ode mnie, w rozmowach wyczuwam dystans. Ale wprost nikt mi nic nie powie.

Miłe jest natomiast to, że zaczęli ujawniać się rodzice dzieci homoseksualnych. Znałam ich, bo te dzieci były moimi uczniami.

Jedna z kobiet, której dorosła już córka jest lesbijką i wyjechała z Błaszek, zaczepiła mnie na ulicy: „Pani Aneto, wspieram panią, muszę pani powiedzieć, że mam ten sam problem”.

Problem?

Tak, dokładnie tego słowa użyła. Tu nikt nie powie na głos: moja córka jest lesbijką, mój syn jest gejem. Tylko: mam ten sam problem. Ulica nie jest dobrym miejscem na takie rozmowy, więc zaproponowałam, żeby się do mnie odezwała. Nie odezwała się, teraz widuję ją czasem na ulicy, przemyka szybko, jakby mnie unikała. Była też inna sytuacja. Przyszła do szkoły matka chłopaka, który jest gejem. Wiedziałam o tym wcześniej od mojego syna. Zaczepiła mnie na korytarzu: „Pani Aneto, niech pani pamięta, że jest nas więcej”. Miałam wrażenie, że te matki poczuły się jakoś pewniej, gdy się ujawniłam, ale jednocześnie nadal trudno jest im o tym rozmawiać. Znam dziewczynę, której brat jest młodym uzdolnionym pisarzem i gejem. On tego nie ukrywa, ale jego siostra milczy, nie rozmawia o nim, choć miałaby powody, by pochwalić się bratem.

Aneta Sulwińska: Nie jestem odważna. Po prostu kocham synaAneta Sulwińska: Nie jestem odważna. Po prostu kocham syna Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

Z czego to wynika?

Ze środowiska małego miasteczka. Tu ludzie przywiązują dużą wagę do tego, co się o nich mówi i myśli. Udawać jest wygodniej. Pewnie się też tego wstydzą. Słowa „gej” i „lesbijka” ciężko przechodzą przez usta. No i pewnie strach. Wszyscy widzimy, jakie jest nastawienie obecnej władzy do osób LGBT. Media publiczne urządzały nagonkę, tworzono strefy wolne od LGBT, bandyci atakowali Marsz Równości w Białymstoku. Władza podsyca tę nienawiść, choć powinna z nią walczyć. No i jest jeszcze Kościół. Jego głos ma duże znaczenie szczególnie w takich małych społecznościach jak nasza. Ludzie chodzą tu do kościoła, słuchają tego, co mówią księża. Gdyby ksiądz namawiał do tolerancji i akceptacji osób LGBT, to myślę, że wielu wiernych by posłuchało.

Założyła pani niedawno konto na Facebooku.

Długo się opierałam, ale synowie mnie namówili. Mówili, żebym przestała wydziwiać, bo już wszyscy tam są.

Przeczytałem tam, że podobał się pani film „Hejter” Jana Komasy. Napisała pani: „Zrobił na mnie ogromne wrażenie. Sama doznałam hejtu ze strony tych, którzy chcieli pozbyć się mnie ze stanowiska dyrektora szkoły”.

Przeraża mnie, że ludzie wierzą we wszystko, co przeczytają w internecie. Oczywiście to, co wylało się na mnie, jest niczym w porównaniu z tym, co pan Komasa pokazał w swoim filmie. Ale wobec mnie też pojawiły się różne oskarżenia, część ludzi w nie uwierzyła. Donos wysłany do proboszcza był tylko preludium.

Aneta SulwińskaAneta Sulwińska Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

Od kwietnia nie jest już pani dyrektorką szkoły. Obowiązki pełniła pani tylko przez dziesięć miesięcy.

Objęłam je, bo dyrektor odchodził z pracy, a ja byłam w tym czasie jedną z wicedyrektorek. Burmistrz zapowiedział konkurs na nowego dyrektora, namawiał mnie, żebym startowała. Wtedy zaczęły płynąć na mnie kolejne donosy, tym razem już nie anonimowe. Pisała je przewodnicząca rady rodziców, która widziała kogoś innego na stanowisku dyrektora. Zarzucono mi mobbing, mojego męża, który uczy wychowania fizycznego, oskarżono o agresję i pobicie ucznia. Policja potwierdziła, że to była nieprawda. Ten uczeń wdawał się w bijatyki, kilka razy zabieraliśmy mu nóż, z którym przychodził na lekcje. Mąż tylko chwycił go za bluzę. A z mobbingiem było tak, że jedna z woźnych była na zwolnieniu lekarskim, umarł jej mąż. Po pogrzebie zapytała, czy może wziąć urlop okolicznościowy. Odesłałam ją do kadr, bo nie znam się dokładnie na tych przepisach i chyba nie muszę się znać. Potem córka woźnej napisała na mnie skargę do rady miasta, że nie chciałam dać mamie urlopu. A ja naprawdę szłam tej pani na rękę: gdy mąż ciężko chorował i był w szpitalu, zwalniałam ją z pracy, potem nie musiała nawet tych godzin odpracowywać. Przewodnicząca rady rodziców nasyłała też na mnie kontrole z kuratorium, a w końcu poszła z oskarżeniami do lokalnych mediów. Wszystkie zarzuty okazały się bezpodstawne: kuratorium nie dopatrzyło się uchybień, rada miasta uznała skargę za niezasadną. Jednak pomówienie poszło w świat.

To była tylko walka o stołek dyrektora? Nie chodziło o pani aktywność?

Tego nie wiem. Poza donosem do proboszcza wątek mojego wsparcia dla osób LGBT już się nie pojawiał. Ale już podczas samego konkursu doszło do zastanawiającej sytuacji. W komisji są przedstawiciele samorządu, rodziców i kuratorium. Zwykle kuratorium wysyła do Błaszek pracowników z delegatury w Sieradzu. Tym razem przyjechali z kuratorium z Łodzi. A wszyscy wiemy, w czyich rękach są kuratoria oświaty.

Pytali o Marsze Równości?

Nie, tego tematu nie poruszyli. Ale były bardzo szczegółowe pytania o przepisy: ile dni ma dyrektor na coś tam. To są rzeczy, które w każdej chwili dyrektor może sprawdzić, nie musi mieć tego w głowie. Przegrałam w głosowaniu. Poparli mnie przedstawiciele burmistrza, przeciwko byli szefowa rady rodziców i delegaci kuratorium. Chciałam się wycofać z tego konkursu, ale rodzina przekonała mnie, żebym nie dawała wrogom satysfakcji. Wcześniej to ja wspierałam synów, teraz oni mnie. Mateusz jest silny psychicznie, przyzwyczajony do hejtu, choć nie zawsze tak było.

Odchodziła pani ze stanowiska, gdy dotarła do nas epidemia koronawirusa. Uczy pani zdalnie?

Nie mamy wyboru, choć wszystko było nieprzygotowane. Mamy świetnego informatyka, więc udało nam się w dwa dni postawić platformę do zdalnego nauczania, publikujemy tam materiały i zadania dla uczniów. Gdy byłam dyrektorką, uczyłam tylko jedną klasę. Teraz mam ich pięć. Zdalne nauczanie to fikcja. Nie jesteśmy w stanie zweryfikować, czy uczniowie robią zadania samodzielnie. Wiem, jak wyglądał próbny egzamin ósmoklasisty: dzieci siedziały przed komputerem, przez komórki kontaktowały się ze sobą i ustalały, jaką odpowiedź wpisać. Moim zdaniem w tym roku wszyscy powinni dostać promocję do kolejnej klasy, ale bez ocen.

Napisała pani na Facebooku: „Uczę w szkole ponad 20 lat, zawsze wydawało mi się, że oprócz tego, że mam czegoś nauczyć, to jeszcze mam zadbać, by moim uczniom wpoić hierarchię cennych wartości: życie, zdrowie, miłość, rodzina, uczciwość! Teraz mam wrażenie, że one już nie są ważne. Mam skupić się na tym, by w czasie pandemii znali części mowy, zdania, zasady ortograficzne. Nieważne, że się boją, martwią o rodziców”.

Teraz już się z tą pandemią oswoiliśmy, ale na początku wszyscy byliśmy bardzo przejęci. Skoro dorośli się martwili, to dzieci też. Nie mogłam z nimi porozmawiać, ale zadawałam im takie prace: „Napisz list do babci i dziadka z prośbą, by uważali na siebie w czasie pandemii” albo „Napisz, jak spędziłeś Święta Wielkanocne i czym różniły się od poprzednich świąt”.

Chciałam sprawdzić, co się dzieje w ich domach. I moje podejrzenia się potwierdzały: dzieci pisały o smutku i żalu, że nie mogły pojechać do rodziny, odwiedzić bliskich, że nawet lany poniedziałek był inny niż zawsze.

Chciałam nawet zadać im pisanie pamiętnika, ale wycofałam się, bo rodzice mogliby uznać to za zbytnią ingerencję w ich życie.

Bała się pani o synów?

Mateusz był w Poznaniu. Tuż przed pandemią rzucił pracę w dużej korporacji, by skupić się na pracy w Grupie Stonewall, stowarzyszeniu, które wspiera osoby LGBT. Igor jest studentem, wrócił do Błaszek, bo zajęcia też miał zdalne. W Poznaniu pracował w gastronomii, ale rząd zamknął lokale. Nie miał pracy, czynsz za mieszkanie trzeba było płacić, musielibyśmy wysyłać mu pieniądze. Igor siedział z nami w domu dwa miesiące. Wielkanoc spędziliśmy bez Mateusza. To była jego decyzja: uznał, że nie będzie narażał ani jednej, ani drugiej babci. Postąpił odpowiedzialnie.

Czego ta epidemia panią nauczyła?

Że do pełni szczęścia wystarczy mi rodzina. To były trudne momenty, człowiek chciał wyjść do ludzi, bo jesteśmy istotami społecznymi, ale potem weszliśmy w ten rytm życia w izolacji i w zasadzie było dobrze. Choć Igor jest dorosły człowiek, to wszystko było dostosowane pod niego: obiad o tej godzinie, o której mu pasuje. Teraz wrócił do Poznania, chciał już pracować, bo gastronomię odmrozili. Jak wyjeżdżał, mówił: „Kurde, mamo, nie chce mi się jechać, tak dobrze jest u ciebie”.

Gdy kończyła pani pracę na stanowisku dyrektorki, Igor napisał na Facebooku: „Dobra robota, Mamo! Jestem przekonany, że dzięki temu, jak dzielnie to wszystko znosiłaś, Twoi uczniowie i uczennice wiedzą, że nie zostawisz ich w potrzebie, choćby wszyscy inni się od nich odwrócili!”.

Oni mnie często wzruszają. Raz napisałam do nich: „Słuchajcie, jak ja się cieszę, że Was mam”. Odpisali: „Nie zapominaj, że to działa w dwie strony, my mamy Ciebie”. Te wszystkie historie cementują nasze relacje. Jeśli w życiu prywatnym wszystko się układa, to człowiek potrafi spojrzeć z optymizmem na ten świat, choć łatwo nie jest. Widzi pan, co się dzieje. Liczyliśmy na to, że po ostatnich wyborach zmieni się władza, ale się nie udało. Duża część społeczeństwa nie dostrzega tego, co my dostrzegamy: nienawiść, nietolerancję, homofobię. Według ostatniego raportu Polska jest najbardziej homofobicznym krajem w Unii Europejskiej.

Gdy obserwuje pani uczniów, widzi pani nadzieję na zmianę?

To nie szkoła, ale dom rodzinny ma największy wpływ na wychowanie. Dziecko często przejmuje poglądy rodziców. Dostrzegam to, gdy w pracy domowej albo w dyskusji na lekcji dotykamy tematów tolerancji. To są dzieciaki z szóstej, siódmej klasy. Pytam: „Jakie znacie z życia przykłady nietolerancji?”. Wymieniają osoby chore, niepełnosprawne, innego wyznania, o innym kolorze skóry. Ale pojawiają się też uchodźcy. Wtedy dopiero widać, jakie poglądy mają rodzice, jak skuteczna jest propaganda władzy. Próbuję to prostować. Mówię: „Pomyśl, jak byś się czuł, gdybyś to ty musiał uciekać z kraju”. Ale jedna z dziewczynek powiedziała raz: „Proszę pani, niedaleko mnie mieszka taki facet, co chodzi w butach na obcasie, i wszyscy się z niego śmieją”. Zapytałam wtedy: „A dlaczego się śmieją? Dlaczego nie może się tak ubierać?”.

W czasie pandemii zrobiła pani coś jeszcze – podała w internecie swój numer telefonu i zaproponowała wsparcie rodzicom dzieci nieheteronormatywnych.

Do końca marca życie zawodowe zajmowało mi dużo czasu. Byłam w szkole przed siódmą rano, wychodziłam po czwartej po południu. Gdy wracałam do domu, to już niewiele mi się chciało. Teraz poczułam, że mam więcej czasu, zastanawiałam się, co mogę z nim zrobić. Pomyślałam, że mogę pomagać. Skonsultowałam to oczywiście z moimi chłopakami. „No super, mamo, zrób to” – powiedzieli. Igor zaproponował, żebym nie podawała prywatnego numeru, tylko kupiła drugi telefon. Mateusz się wahał: „Mamo, nie wiem, czy jesteś na to psychicznie gotowa, ludzie będą chcieli, żebyś rozwiązywała ich problemy, których często nie da się rozwiązać, zastanów się nad tym”. Na początku chciałam wspomagać dobrym słowem osoby nieheteronormatywne, ale powiedziałam: „Dobrze, Mateusz, to może najpierw napiszę o rodzicach takich osób”. Zastanawiałam się, czy w ogóle ktoś do mnie zadzwoni. Igor mówił: „Mamo, na pewno”. Ale minął jeden dzień, drugi, telefon milczał, sprawdzałam, czy działa, czy jest naładowany. Mateusz wtedy powiedział: „Bo wy myślicie, że to takie proste: jakaś kobieta napisze coś w internecie i już rodzice się rzucają i do niej dzwonią. Jakby to było takie proste, to ludzie by nie ukrywali, że mają dziecko nieheteronormatywne, tylko otwarcie by rozmawiali. To nie jest taka prosta decyzja, ty musisz mieć ten telefon pół roku i czasem rodzic będzie się przez kilka miesięcy zastanawiał, czy do ciebie zadzwonić, czy nie”.

I ktoś zadzwonił?

Tak. Matka chłopaka, który jednak nie jest gejem. Powiedziała: „Obserwuję panią na Facebooku, mądrze pani pisze, mamy problem z synem”. Chodziło o problemy wychowawcze: chłopak znika z domu, zaczęły ginąć pieniądze. Rodzice poszli do psychologa, który doradził: zabrać telefon, odciąć od internetu i pieniędzy. Ta matka chciała potwierdzenia, że to dobra metoda. Pierwszy telefon i od razu poczułam się bezsilna. Nie mogłam jej pomóc, bo to było poza moimi kompetencjami, nie mam takiego doświadczenia, wiedzy. Jako matka geja mogę rozmawiać z innymi rodzicami, jak poradzić sobie z zaakceptowaniem tego faktu, mogę się oprzeć na własnych przeżyciach.

Ma pani swoich suberbohaterów?

Imponuje mi Monika Tichy, aktywistka ze Szczecina. Nie jest osobą homoseksualną, ale od lat staje w obronie osób LGBT. Jej matka nie akceptuje tego zaangażowania, Monika zmaga się też z hejtem. Wychowuje syna z zespołem Aspergera. Nie wiem, skąd czerpie taką energię i siłę, podziwiam jej aktywność. W ubiegłym roku była na wszystkich Marszach Równości w całej Polsce. Spotkałyśmy się na zjeździe stowarzyszenia, które skupia rodziców osób LGBT. Monika odbierała tam nagrodę.

Poznała tam też pani innych rodziców. Co mówili?

Gdy historia donosu stała się głośna, stowarzyszenie napisało do mnie list z wyrazami wsparcia. Potem zaprosili mnie na swój zjazd w Łodzi. To byli rodzice, którzy zaakceptowali orientację swoich dzieci, ale bardzo się o nie martwią. Poznałam małżeństwo – syn niedawno im powiedział, że jest gejem. Ci rodzice poszli na Marsz Równości w Białymstoku i byli przerażeni. Inna matka, z Podlasia, powiedziała: „Możecie mnie odwiedzić, ale nie spotkamy się u mnie w domu, bo mi go spalą”. To są prawdziwe dramaty. We mnie też jest strach o synów, ale ich społeczne zaangażowanie sprawiło, że bardziej się z nim oswoiłam. Opowiedziałam też swoją historię. Rodzice gratulowali mi odwagi, że w małej miejscowości matka, nauczycielka, dyrektorka postawiła się księdzu i powiedziała, że będzie nadal wspierać syna. Dla nich to było budujące. Ja nie uważam, że to była odwaga. To po prostu miłość matki do dziecka.

***

Wyróżnione w Plebiscycie „Wysokich Obcasów” 2019

Superbohaterka „Wysokich Obcasów” – Aneta Sulwińska, nauczycielka, matka

Laureatka Nagrody Czytelniczek – Weronika Nawara, pielęgniarka

Nagroda Specjalna od marki Sesderma – Joanna Pajkowska, żeglarka i podróżniczka

Nagroda Dekady – Olga Tokarczuk, pisarka, noblistka

***

Tekst premierowy. Pochodzi z magazynu "Wysokie Obcasy", który ukaże się 6 czerwca. WO do kupienia razem z "Wyborczą"

Aneta Sulwińska, Superbohaterka WO 2019r. Okładka WOAneta Sulwińska, Superbohaterka WO 2019r. Okładka WO