Marta Kołnacka jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2020. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Spędziła pani 12 godzin w karetce, a potem 22 w namiocie, bo pacjent, do którego przyjechaliście z ratownikami, nie przyznał się, że ma kaszel i gorączkę.

Sparaliżował pracę całego naszego zespołu i karetki na 34 godziny. Zataił informacje, który powinien przekazać dyspozytorowi.

Zrobił to celowo?

Nie sądzę, to starszy człowiek. Nie chcę go tłumaczyć ani oskarżać, może to był efekt wyparcia? Uważał, że to na pewno nie koronawirus, bo przecież nie wychodzi z domu, tylko do sklepu i przychodni. Bo na początku wszyscy skupiliśmy się na tym, że aby mieć koronawirusa, trzeba wrócić z Włoch albo mieć kontakt z kimś, kto stamtąd przyjechał. To już tak nie działa. Teraz koronawirusem może zarazić się każdy z nas, w zasadzie wszędzie.

Dlatego tyle mówimy o ostrożności, myciu rąk, niewychodzeniu z domu, nie gromadzeniu się w grupkach.

Karetka czekała 34 h na wyniki testu pacjenta. W tym czasie zespół był uziemionyKaretka czekała 34 h na wyniki testu pacjenta. W tym czasie zespół był uziemiony archiwum

Pojechaliście do tego pacjenta, co się wtedy wydarzyło?

Najpierw dostaliśmy zgłoszenie, że człowiek ma problemy kardiologiczne. Kiedy otrzymujemy taki sygnał od dyspozytorni, od razu teraz dopytujemy: czy jest jakiś kaszel, gorączka. Powiedziano nam, że nie ma. Dla bezpieczeństwa o to samo zapytaliśmy pacjenta jeszcze w drzwiach. Odparł, że nic takiego nie występuje. Każdemu jednak – bez względu na to, co powie – mierzymy temperaturę. No i niespodzianka: mężczyzna miał powyżej 39 stopni. Potem w wywiadzie przyznał się, że od trzech, czterech dni męczy go kaszel. Zabraliśmy go do szpitala ze względu na serce, na które się skarżył. Od razu skontaktowaliśmy się z sanepidem, spytaliśmy, co mamy robić. Usłyszeliśmy: „Natychmiast bezwzględna kwarantanna. Do czasu, aż będą wyniki testu pacjenta, musicie się izolować”.

Zawieźliśmy mężczyznę do szpitala zakaźnego, a sami zaparkowaliśmy - tak jak nas poinstruowała dyspozytornia – na naszej stacji mechaniczno-diagnostycznej przy ul. Woronicza w Warszawie. Zajechaliśmy tam grzecznie w samo południe, stanęliśmy, zaczęliśmy czekać, co dalej. Byliśmy w trójkę: dwóch ratowników i kierowca.

Co było dalej?

Zobaczyłam, że kawałek od nas też stoi karetka z zespołem. Też czekają. Spytałam z daleka, od której tak koczują. Jak usłyszałam, że od 13 godzin, słabo mi się zrobiło. Oni też byli sparaliżowani przez pacjenta. Cały czas pozostawałam w kontakcie z kierowniczką naszej stacji. Wyznaczono nam toaletę, do której nie mógł wchodzić nikt inny. Ale przez kilka godzin nikt do nas nie przyszedł, nie zainteresował się. Po prostu mieliśmy czekać. Bez jedzenia, wody. Nie mogliśmy pójść do sklepu ani po kanapkę, to jasne.

Napisałam na Facebooku, jak wygląda praca uziemionego zespołu. Ludzie zareagowali bardzo ciepło: zaczęli proponować, że przyniosą jedzenie, śpiwory, herbatę, gorącą kawę. Siedzieliśmy w tej karetce i zastanawialiśmy się, co dalej. Obiad podrzucił nam znajomy, oczywiście zachowaliśmy środki ostrożności, proszę sobie nie wyobrażać, że podszedł albo wszedł do karetki. Zjedliśmy, czekaliśmy. Musieliśmy dostać wyniki testu pacjenta. A jak wiadomo – to trwa. Przed 22 przyjechali strażacy i zaczęli rozstawiać dla nas namiot. Powiedziano nam, że możemy się do niego przenieść, że jest nasz. Spędziliśmy tam całą noc. Dostaliśmy kawę, herbatę, wodę. Była nagrzewnica. Ludzie przywieźli nam kolację.

Namiot, w którym ratownicy czekający na wyniki pacjenta spędzili noc. Warszawa, marzec 2020Namiot, w którym ratownicy czekający na wyniki pacjenta spędzili noc. Warszawa, marzec 2020 archiwum

A pani rodzina?

Mój partner zdenerwował się, podjechał na chwilę podrzucić mi czyste ubranie i bieliznę. Nie wiedział, czy zobaczymy się przez najbliższe dwa tygodnie. Podał mi rzeczy przez upoważnioną do tego osobę, nawet nie mogliśmy się przytulić. To było bardzo dziwne. Nasza kierowniczka przywiozła nam o 6 rano przed swoją pracą śniadanie. Bardzo jej za to dziękuję.

Nie wiedziałam: będzie ta kwarantanna przedłużona czy nie. No i kiedy przyjdą wyniki pacjenta? Kwarantannę nakłada sanepid, więc według mojej wiedzy – tylko on ją mógł z nas ściągnąć. Ale mnie nie boli ta kwarantanna, ja chciałam zaapelować o jedną rzecz.

Jaką?

O odpowiedzialność obywatelską. Ratownicy, lekarze, pielęgniarki – jesteśmy teraz na pierwszej linii frontu.

Dlatego proszę pacjentów: mówcie od razu, jeśli macie kaszel czy gorączkę. Nie wolno niczego zatajać.

Ratownicy z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego rozpoczęli właśnie akcję #NieKłamMedyka

To bardzo ważne. Przez to, że pacjent ukrywa swoje dolegliwości, stają karetki w całej Polsce. To paraliżuje pracę ratowników i lekarzy. Karetki są wyłączane z życia. Dobrze, że nasz pacjent miał negatywny wynik – nie zostaliśmy wyłączeni na dwa tygodnie, ani ja, ani mój kolega ratownik, ani kierowca. A przecież teraz każde ręce są potrzebne, wszyscy wchodzą na pokład. Jeden zespół mniej odbija się czkawką na całym systemie, zwłaszcza teraz. Niech będzie takich zespołów dziesięć, choćby w samej Warszawie, wolę nie myśleć, co się wtedy stanie.

A jeśli ktoś dzwoni i mówi, że ma gorączkę, kaszel, to przyjeżdżacie? Wiele osób mówi, że wcale nie, że to nie wystarczy.

Zawsze było tak, że karetka jedzie do osoby z bezpośrednim zagrożeniem życia i zdrowia. Gorączka i kaszel nie były przed pandemią wskazaniem do wysłania karetki. Wysoka temperatura też. A teraz w takiej sytuacji powiadamia się przede wszystkim sanepid. Są ścieżki, jak się zachować, gdy wystąpią objawy koronawirusa.

Mamy całe zespoły pogotowia, które przewożą ludzi z koronawirusem, ale są tak obciążeni, że jeździmy już wszyscy.

Kiedy wiemy, że ktoś ma podejrzenie Covid-19, zakładamy specjalny kostium, inaczej do tego podchodzimy.

Nie jest tak, że jak ktoś zadzwoni i powie, że złamał rękę, ale też ma gorączkę i kaszel, to odpowiemy: o nie, zagrożenie, radź sobie sam. Jedziemy, tylko odpowiednio się zabezpieczamy. Jak założymy kombinezon, wejdziemy do pacjenta, zbadamy go, zawieziemy do wskazanej placówki, a potem podjedziemy do stacji diagnostycznej, poddamy karetkę dezynfekcji, rozbierzemy się z tych kostiumów, zdezynfekujemy, wszystko według zasad, wrócimy potem do pracy.

Wiele razy wiozłam już pacjentów z podejrzeniem koronawirusa. Zakładaliśmy kombinezony, kiedy jeszcze nie było przypadku tej choroby w Polsce. Wiedzieliśmy, że np. jedziemy do osoby, która przyleciała z Tajlandii, wracała przez Kijów, na lotnisku nie była sprawdzana, a przyjechała z gorączką i kaszlem. Więc powtórzę: kochani pacjenci, myślcie też o nas. Mamy rodziny, tak samo nie chcemy ich zarazić.

Boi się pani?

Każdy się niepokoi, żeby nie złapać – przepraszam – tego dziadostwa. Mam nadzieję, że nie zachoruję, ale jeśli zachoruję, to wyzdrowieję, nie powinno mi nic grozić: jestem młoda, nie mam obniżonej odporności. Wydaje mi się, że wszystko zależy od społeczeństwa, na ile ludzie wezmą to wszystko na poważnie. Liczba chorych rośnie, ale ciągle jest mniejsza niż w innych krajach, więc niektórzy wychodzą niepotrzebnie z domów do miejsc, gdzie jest sporo ludzi.

Nad Wisłą siedziały ostatnio grupki młodzieży.

Czy trzeba wprowadzić kary za bezmyślne zbieranie się w towarzystwie, by ludzie zaczęli się bać? A może mandaty za zatajanie informacji przed ratownikami? Może wtedy ktoś potraktuje to z pełną odpowiedzialnością? Ostatnio jeden z zespołów pojechał do pacjenta, który zapewniał dyspozytora, że nie ma kaszlu, ani gorączki. I rzeczywiście nie miał. Ale zapomniał powiedzieć, że jest objęty kwarantanną. Na samym końcu przyznał: zapomniałem. To bardzo nierozsądne.

Jest jeszcze coś: nie wzywajcie karetki, jeśli nie musicie. Mnie się już naprawdę zdarzało pojechać nawet do złamanego paznokcia, nie żartuję.

Trzeba myśleć o ludziach, którzy naprawdę w tym czasie potrzebują karetki. Co z tymi, którzy dostają udaru, zawału? Liczba karetek jest ograniczona.

Kiedy stanęliście na 34 godziny, ludzie pisali do pani, wspierali, pozdrawiali, dziękowali.

To było fantastyczne. Proponowali, że przywiozą koce, śpiwory, zrobiła się wielka akcja wspomagania ratowników. To jest tym bardziej miłe, że pracuję tyle lat w zawodzie i muszę przyznać - nie ma wielkigo poszanowania dla naszej pracy. Jesteśmy i już. O nas się tak nie mówi, o nas się nie walczy. Nawet nasz strajk, parę lat temu, przebiegał po cichu, nie wybrzmiał tak jak strajki lekarzy czy pielęgniarek. Tym milej zobaczyć, że ludzie doceniają naszą pracę. Pisali: jesteśmy z wami, dziękujemy, że nas ratujecie. Po takich słowach człowiek czuje, że warto wstawać rano i przychodzić do tej pracy.

Marta Kołnacka, kierowniczka zespołu z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Warszawie, apeluje: Nie ukrywaj, że masz kaszelMarta Kołnacka, kierowniczka zespołu z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Warszawie, apeluje: Nie ukrywaj, że masz kaszel archiwum