Ewa Zgrabczyńska jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Czwartek, 31 października. Telewizje na żywo relacjonują akcję ratowania dziewięciu tygrysów z koszmarnego transportu, który utknął na polsko-białoruskiej granicy.

Ewa Zgrabczyńska, dyrektorka zoo w Poznaniu, staje przed kamerami w dresie i niebieskiej kufajce.

– Udało się! Proszę państwa, uratowaliśmy je! Uratowaliśmy dziewięć tygrysich istnień! – płacze, trzymając w dłoniach maskotkę tygrysa. W kolejnych dniach telewizje będą wielokrotnie powtarzać tę scenę.

Zgrabczyńska przeprasza, że jest w dresie, brudna i spocona: – Nie spaliśmy. Jesteśmy po to, by ocalać. To sens naszego istnienia dla zwierząt.

Zwierzęta mam w genach

Poniedziałek, 4 listopada. Zgrabczyńska wzruszona, bo poznaniacy przynoszą do jej biura kwiaty, maskotki, ciasto. Dziękują za uratowanie zwierząt. – W oczach tygrysów pojawia się już nie pustka i rozpacz, ale nadzieja. Mają jedzenie, mają ciepło. I zaczynają pufać – opowiada dyrektorka.

– Pufać?

– Tak... Pff, pff... Tak jak koty domowe mruczą, okazując więź z człowiekiem, tak nasze pufają.

Na wywiady czeka kolejka dziennikarzy. Przyjeżdża telewizja z Rosji, Zgrabczyńska rozmawia po rosyjsku. Dzwonią ze światowych agencji informacyjnych, Zgrabczyńska odpowiada na pytania płynnym angielskim. Zna jeszcze niemiecki. Zjeździła kawał świata. W tajdze syberyjskiej odmroziła sobie dłonie – ślady pozostały.

– Zwierzęta mam w genach – opowiada. – Dziadkowie i rodzice mieli fioła na punkcie zwierząt i to przeszło na mnie.

Pudel Szarik

Druga wojna światowa. Dziadek Ignacy (ze strony ojca) ucieka z robót przymusowych w Niemczech, przywozi do domu kotkę, która żywi się wojskowymi sucharami i rządzi całym domem. Dziadek Zygmunt (ze strony matki) pływa na statkach, by utrzymać rodzinę. Z wojaży przywozi dzieciom egzotyczne świnki morskie i papugi.

Rodzina ma też owczarki podhalańskie i kozę, która wchodzi do mieszkania na piętrze jak pies. Był jeszcze kundel Ciapek, który uratował dziadkowi życie. Zygmunt, przymuszony do pracy dla Niemców, dolewał wodę do paliwa do czołgów. Niemiecki oficer chciał go zastrzelić, ale Ciapek rzucił się mu do gardła.

Pies ginie, dziadek ucieka. Potem kradnie skądś figurę świętego Franciszka i stawia na grobie Ciapka. Rodzina zapala bohaterskiemu psu świeczki.

Mała Ewa wychowuje się na poznańskich Jeżycach. Dom jest otwarty, matka gotuje gar zupy i karmi miejscową biedotę. Każdemu pomaga. Ewa nasiąka tym, po latach w utrzymaniu zwierząt będą pomagać jej osoby wykluczone: z więzienną przeszłością, byli alkoholicy.

Ma półtora roku, gdy przy jej łóżeczku ląduje królik uratowany przez rodziców na miejscowym targowisku. Miał być czyimś obiadem, u boku małej Ewy dożyje swych dni.

Gdy Zgrabczyńska ma trzy i pół roku, jej matka widzi na rynku woźnicę, który smaga biczem konia. Nie wytrzymuje, stawia Ewę na trotuarze, a sama wyrywa mu z rąk bicz. Woźnica jest silniejszy, uderza matkę biczem po twarzy.

Gdy telewizja puszcza „Czterech pancernych i psa”, Ewa chce mieć owczarka niemieckiego, który będzie wierny i mądry jak Szarik. Wyciąga zaskórniaki i jedzie z ojcem na targ. Ale owczarek jest za drogi. Dziewczynka mówi, że bez Szarika do domu nie wróci, więc ojciec kupuje jej pudla. Zapewnia, że temperamentem będzie przypominał psa z serialu.

Ewa ulega, bo lepszy pudel niż nic. W pamięci zostanie jej wielkie libido psa: uciekał z domu, gdy okoliczne suczki miały cieczkę, został ojcem wielu szczeniaków.

Małą Ewę ciągnie do zwierząt egzotycznych. Znajomym rodziny jest kierownik poznańskiego Starego ZOO, którego dziewczynka nazywa wujkiem.

Ma kilka lat, gdy przeciska się przez kraty i wchodzi do klatki lwa. Wujek ją wyciąga. Za karę Ewa nie może przez tydzień chodzić do zoo.

Gdy ma 14 lat, wujek proponuje, by została wolontariuszką. Karmi zwierzęta, sprząta klatki, pomaga w zabiegach. Trzyma do zastrzyków węża boa i małe karakale. Widzi, jak matka karakali zdycha na zapalenie pęcherza.

Kiedy opiekun wyprowadza na spacer czarną panterę, wyrywa mu smycz, bo sama chce ją prowadzić. Znosi do domu świnki morskie, które miały być pokarmem dla drapieżników. Mieszkają w łazience. Bawi się tam z nimi ojciec Ewy, kierownik w fabryce maszyn żniwnych.

– Rodzice karmili, wyprawiali do szkoły, ale od trzeciego roku dawali mi dużą autonomię. Sama decydowałam, co robię, co czytam – wspomina Zgrabczyńska.

Trening, a nie tresura

Chce jak najwięcej wiedzieć o zwierzętach. Studiuje zoologię na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Dostaje stypendia, ma indywidualny tok nauczania, wyjeżdża za granicę. Jest jedną z pierwszą osób w Polsce, które zajmują się biologią zoo, czyli obserwacją życia zwierząt w niewoli. Pracuje naukowo, pisze doktorat, uczy studentów. Współpracuje z organizacjami pozarządowymi, które bronią praw zwierząt.

W mieszkaniu w kamienicy hoduje koty, tworzy nawet własną rasę. Sąsiedzi skarżą się na nieprzyjemne zapachy.

Cztery lata temu władze Poznania ogłaszają konkurs na dyrektora zoo. Poprzedni odchodzi w atmosferze skandalu po uśmierceniu bez uzasadnienia kilkudziesięciu żółwi czerwonolicych. Politycy lewicy, która współrządzi miastem, namawiają Zgrabczyńską, by startowała. Staje przed wyborem: dokończyć habilitację czy podjąć wyzwanie. Zgrabczyńska, która przez lata przyglądała się ogrodom zoologicznym jako naukowiec, nie ma o nich dobrego zdania:– Niewola to jedno z największych paskudztw, jakie człowiek zrobił zwierzętom. Zoo rozumiane jako zwierzyniec działający ku uciesze gawiedzi jest reliktem. Dziś misja ogrodów zoologicznych musi być inna.

Postanawia wystartować w konkursie. Wygrywa. Pytam o tę misję. – Przede wszystkim ochrona gatunków, jak w przypadku popielic czy chomików europejskich. Rozmnażamy te zwierzęta i przywracamy naturze. Potem: utrzymanie puli gatunków zagrożonych wyginięciem. I wreszcie: edukacja przyrodnicza. Na Zachodzie to już się dzieje, w Polsce my jesteśmy w awangardzie. Wprowadzamy pokazowe karmienia, treningi zwierząt.

– Treningi czy tresurę?

– Ogromna różnica.

Tresura to zmuszanie zwierzęcia do czynności, których nigdy by nie wykonywało. Trening wykorzystuje bez przemocy naturalne zachowania zwierzęcia, wzmacnia te pożądane, buduje dobrą relację z człowiekiem.

Weźmy trening medyczny. Zamiast tygrysa szalejącego z niepokoju na widok broni, którą podaje się zastrzyk, mamy tygrysa, który wsuwa łapę przez kratę i daje sobie zrobić zastrzyk. Bo wie, że za chwilę dostanie kawałek mięsa. Tresura to zło. Widowiska cyrkowe z udziałem zwierząt to zło. Powinny zostać zakazane.

Wszystkie chore zwierzaki

Zgrabczyńska organizuje w zoo akcje palenia kości słoniowej, by pokazać, jak okrutne jest kłusownictwo, jak haniebny handel kością słoniową. Zaprasza celebrytów. Protestuje, gdy do Poznania przyjeżdżają na występy cyrki ze zwierzętami.

Ale w całej Polsce staje się znana z innego powodu. Zaczyna przyjmować do zoo zwierzęta okaleczone i porzucone, źle traktowane w cyrkach i nielegalnych hodowlach, odbierane przez aktywistów, ale też policję i prokuraturę. Zwierzęta jadą do Poznania z całej Polski, bo inne ogrody odmawiają pomocy, a Zgrabczyńska nie.

W poznańskim zoo znajduje schronienie odebrany z cyrku niedźwiedź Baloo, który ma wyrwane pazury, braki w uzębieniu i zwyrodnienia stawów. Gdy przyjeżdża do Poznania, nie może normalnie jeść i na nowo uczy się chodzić. Dołącza do niego niedźwiedzica Cisna znaleziona w Bieszczadach przez pracowników GOPR. Ma dwa miesiące, gdy przestraszoną i wygłodzoną Zgrabczyńska bierze na ręce i karmi mlekiem z butelki, jak niemowlaka.

Policja przywozi Zgrabczyńskiej lwicę Kizię oraz Leosia, hybrydę lwa i tygrysa, która w naturze nie występuje. Były zabawkami zamożnych kobiet w Rybniku i Tarnowskich Górach.

Latem 2017 r. policja znów dzwoni. Tym razem likwiduje nielegalną hodowlę dzikich zwierząt, która działa pod przykrywką cyrku w Pyszącej pod Śremem. Zgrabczyńska pomaga służbom rozwieźć po Polsce ponad 300 zwierząt. Kilkadziesiąt zabiera do Poznania. Problem pojawia się, gdy się okazuje, że prokuratura nie chce płacić za ich utrzymanie. Zgrabczyńska chce wystawić śledczym fakturę, zapowiada, że wytoczy proces o zapłatę kilkuset tysięcy złotych. Powstrzymują ją miejscy urzędnicy.

Ścigana za kastrację

Wkrótce potem prokuratura zaczyna śledztwo w sprawie złamania ustawy o ochronie zwierząt. Bo weterynarze w poznańskim zoo wykastrowali dwa młode tygrysy odebrane z nielegalnej hodowli. Zgrabczyńska tłumaczy, że zwierzęta mieszkały na jednym wybiegu, dorastały i były wobec siebie agresywne, mogły się okaleczyć, a nawet zabić. Kastracja była jedynym wyjściem, bo nie można było ich rozdzielić. Ale prokuratura stawia Zgrabczyńskiej zarzuty. Grożą jej trzy lata więzienia.

Politykę przygarniania zwierząt krytykują dyrektorzy innych polskich ogrodów. „Azylowanie poszczególnych osobników to nie zadanie współczesnych ogrodów” – pisze do Zgrabczyńskiej Radosław Ratajszczak, prezes zoo we Wrocławiu, członek Rady Dyrektorów Polskich Ogrodów Zoologicznych.

Wojnę ze Zgrabczyńską toczy też Ireneusz Sobiak, powiatowy lekarz weterynarii w Poznaniu. Wszczyna kontrolę, grozi konsekwencjami. – Jeżeli chcemy mieć w Poznaniu azyl dla dzikich i domowych zwierząt, to go miejmy. Ale nie nazywajmy tego ogrodem zoologicznym – mówi Sobiak.

Odbiera nawet poznańskiemu zoo status „jednostki zatwierdzonej”, na mocy którego ogrody mogą się wymieniać zwierzętami bez wymaganej przepisami kwarantanny. Ale potem traci stanowisko, a jego następczyni uchyla tę decyzję.

Zgrabczyńską atakują też politycy. Tomasz Lipiński, wtedy radny PO, przekonuje, że Poznań powinien się zdecydować, czy chce prowadzić ogród zoologiczny, czy azyl dla zwierząt. Proponuje nawet miejskie referendum w tej sprawie.

– Naszą misją jest ratowanie zwierząt, zapewnienie im godnego życia – odpowiada na zarzuty Zgrabczyńska.

Pod koniec października ratuje dziewięć tygrysów uwięzionych na polsko-białoruskiej granicy. Wtedy usłyszał o niej świat.

Dyrektor musi pracować

Pytam o nienawiść, którą jej działania budzą wśród dyrektorów innych ogrodów zoologicznych.

– Jak mawiała babcia Zgrabczyńska: kto miękki w dupie, ten pietruszką się struje. Ja tę dupę od kopania mam tak twardą, że spływa to po mnie jako po wydrze czy po kaczce – odpowiada.

Gdy chce się robić rewolucję lub ma się misję, to trzeba się liczyć z hejtem i łatką wariatki. To cena, którą trzeba zapłacić za postęp.

– Ogrody zoologiczne się zmieniają, zmienia się postrzeganie praw zwierząt. Czy to właściwy kierunek? Dla mnie barometrem jest reakcja społeczeństwa, a ta jest niesamowita, otrzymujemy ogromne wsparcie. Także od takich autorytetów jak Jurek Owsiak.

Szef Wielkiej Orkiestry Świąteczne Pomocy przekazał 50 tys. zł na ratowanie tygrysów. Sponsorzy i ludzie z całego świata wpłacili w sumie ponad milion złotych.

Zgrabczyńska widzi już efekty swoich działań: – Kiedyś ludzie narzekali, że mamy w naszym zoo mało zwierząt i że na tych dużych wybiegach kiepsko je widać. A teraz zwiedzający mówią, że jest cudownie, bo zwierzęta mają takie wielkie wybiegi i mogą się na nich naturalnie zachowywać.

Gdy do zoo przyjeżdżają fotoreporterzy, dyrektorka pozuje do zdjęć, ale nie chce pokazywać rąk. – Są strasznie brzydkie, z szorstką skórą, paznokciami, które nigdy nie widziały lakieru, z niewyciętymi skórkami. Trudno mi utrzymać czystość, bo sama sprzątam po swoich zwierzętach. Widać też odmrożenia z tajgi syberyjskiej. Jak się pracuje w ciężkich warunkach, to skóra tak wygląda.

A dres i kufajka, w których wystąpiła przed kamerami, to też codzienność? – Garsonkę mogę włożyć tylko na ważne spotkanie w urzędzie. A w zoo uwielbiam pracować fizycznie, dotykać zwierząt, uczestniczyć w zabiegach weterynaryjnych. Nie lubię siedzieć za biurkiem, robię papierkową robotę, bo muszę, ale najszczęśliwsza czuję się przy zwierzakach. Naprawdę miałam wyjść przed kamery w garsonce i na obcasie?

Syn się nie odzywa

Zgrabczyńska ma 48 lat. Mieszka na wsi pod Poznaniem z 13-letnim synem. Dom jest pełen zwierząt.

– Ile masz ich dokładnie? – pytam.

– O Jezu… – wzdycha Zgrabczyńska. – Policzmy… Najpierw psy. Mam bernardynkę uratowaną z pseudohodowli, owczarka niemieckiego więzionego wcześniej w kojcu metr na metr. Mam owczarka francuskiego Bazyla, niestety, jest już stetryczałym dziaduniem. Potem trzy małe pieski, ale to spadek po zmarłej niedawno mamie, więc może nie liczmy. Jest wśród nich chihuahua Henryk, szef stada, wypoczywa na innych psach, a koty traktuje jak żywe poduszki. Rozpuszczony, ale arcymądry, obcego do domu nie wpuści. Jak czasem zajmie mi łóżko, to śpię na podłodze. Dalej trzy dogi i dwa mastify tybetańskie, bo kocham duże psy. Dwa owczarki środkowoazjatyckie. Potem jeszcze pies z nielegalnej hodowli, zabezpieczony przez prokuraturę. Pies, którego podarowali mi przyjaciele…

– Wychodzi 15.

– Powinno być 16, ale nie wiem teraz, którego zgubiłam. Mam też 20 kotów. Osiołka, którego przygarnęłam, bo zmarła mu mama. I kozła Lucjana, którego uratowałam spod noża rzeźnickiego. Gdy był mniejszy, uwielbiał siedzieć na sofie i oglądać kreskówki. A teraz jest kozą obronną, pilnuje domu.

Zgrabczyńska napisała bajki dla dzieci na podstawie prawdziwych przygód swoich zwierząt. Znajoma zrobiła ilustracje. Teraz dyrektorka zoo szuka wydawnictwa. Chce zadedykować książkę synowi.

– Od pięciu dni się do mnie nie odzywa – wyznaje. – Jest wściekły, że matka mogła zginąć. Wie, że wchodziłam do ciężarówki, w której był agresywny tygrys w rozpadającej się klatce. Zabezpieczali nas policyjni antyterroryści. Słyszałam szczęk odbezpieczanej broni. Dźwięk, którego nie zapomnę. Wchodziłam pierwsza z weterynarzem, bo nie mogłam narażać pracowników na niebezpieczeństwo. Może to głupie, ale pomyślałam, że lepiej zginąć, niż siedzieć w więzieniu.

Syn był wściekły też kilka lat temu, gdy ratowała małą niedźwiedzicę Cisną. – Wisiał przy kratach i mówił, że niedźwiedź zabrał mu matkę. Ale to wyjątkowe sytuacje. Dzieci są nam dane przez moment, po to żebyśmy je wychowali jak najlepiej, a potem oddali światu i społeczeństwu. Nie chowam go pod kloszem. Wie, czym jest choroba, śmierć, bo widział, jak odchodzili moi rodzice, jak odchodzą zwierzęta. Wie też, czym jest tolerancja, szacunek, empatia. Chciał być lekarzem weterynarii, ale teraz chce być historykiem. To jego decyzja, pójdzie swoją drogą. Mam nadzieję, że będzie fajnym facetem, który coś dobrego zrobi dla innych. Życie jest tak kruche, że trzeba pozostawić po sobie jakiś dobry ślad.

Ewa Zgrabczyńska stara się to zrobić. – Ziemia została nam powierzona w opiekę, a nie po to, byśmy czynili ją sobie poddaną. Mamy się nią opiekować, a nie niszczyć. Zwierzętom też musimy zapewnić opiekę.

Chce walczyć o stworzenie w Poznaniu ogólnopolskiego azylu dla dzikich zwierząt. Chce walczyć o zmiany w prawie polskim i europejskim, które zlikwidują nielegalny handel tymi zwierzętami. Chce walczyć z pokazami zwierząt w cyrkach.

– Podpiszę cyrograf z diabłem, pojadę do Putina, do papieża Franciszka, wszędzie, gdzie będzie trzeba, by zmienić prawo.

Na początek jedzie 13 listopada na debatę do Parlamentu Europejskiego. Temat: „Szczyt kryzysu – jak rozwiązać problem z ratowaniem zwierząt dzikich i zagrożonych wyginięciem”.