Nina Patalon jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Nina Patalon: Wie pani, co robię, gdy spada mi motywacja?

Monika Tutak-Goll: Nie mam pojęcia. Ogląda pani mecze światowej ligi, włącza swoje ulubione rozgrywki?

Wręcz przeciwnie. Zatrzymuję się obok jakiegoś „orlika” i patrzę, jak grają dziewczynki. Spontanicznie, bez jakiejkolwiek kalkulacji, uśmiechnięte, czysta radość. Czasem też czysty smutek, gdy stracą bramkę, ale to są prawdziwe, głębokie emocje. Gminny turniej daje mi nieraz większego kopa niż Liga Mistrzów. A wie pani, co najczęściej słyszą dziewczynki, które wybiegają na boisko?

Co takiego?

„No ta nawet ładna”. Słabe, prawda?

Bardzo.

Okropnie mnie to denerwuje. Bo nie patrzymy na to, czy dana zawodniczka świetnie gra w piłkę, czy jest skuteczna, dobra, szybka, tylko na to, jak wygląda. A kogo to obchodzi, czy ona jest ładna, czy brzydka? I to nie tylko mężczyźni komentują ich wygląd. Kobiety robią to w takim samym stopniu. To bardzo podkopuje ich pewność siebie. Pracuję z nastolatkami, więc wiem, o czym mówię. My, trenerzy i trenerki, cały czas musimy je wzmacniać, by były pewnymi siebie dziewczynami i zawodniczkami.

Ale często spotykam się z tym, że dziewczyny są obrażane, na przykład podczas meczu: „Rusz ten tyłek!”, „Jak cię kopnę, zaczniesz biegać!”.

Od kogo to słyszą?

Niestety, nawet od trenerów. I one nie reagują. A muszą reagować, muszą wiedzieć, że ktoś narusza ich przestrzeń, że tak nie można. Oczywiście im większa świadomość i kultura osobista, tym tego typu zachowań mniej, bo są standardy, których należy przestrzegać. Nie wolno tak się odzywać ani krzyczeć. Jak słyszę, że ktoś krzyczy, mówię: „Chcesz pokrzyczeć, idź do lasu, pokrzycz na drzewa, ale z ludźmi staraj się rozmawiać”.

Nie brakuje co prawda programów, które mówią o dyskryminacji, równym traktowaniu, i całe szczęście: to powoduje, że dziewczyny coraz głośniej zaczynają mówić, co myślą, oczekiwać pewnych standardów, ale żeby mogły mówić to, co chcą, robić to, co chcą, i grać w piłkę, to muszą przejść cały długi proces zmiany myślenia o sobie.

Co najczęściej myślą o sobie dziewczynki, które do pani trafiają?

Mają zaniżoną samoocenę i poczucie własnej wartości. Opinia ludzi jest dla nich ważniejsza od własnej. Mam takie zawodniczki – jedna zagra naprawdę dobry mecz, ale ktoś jej powie: „Tak sobie dziś wypadłaś”, i już czuje, że wypadła źle. Zawsze mówię: „Jesteś zadowolona z tego, jak zagrałaś? To najpierw słuchaj siebie, potem innych. Musisz się nauczyć, które opinie są prawdziwe”. Małych dziewczynek, takich siedmioletnich, pytam: „Lubisz grać w nogę? Fajnie jest? Przyjdziesz tu jeszcze?”. „Przyjdę”, słyszę. „To fajnie, czekamy na ciebie, bardzo dobrze grasz”.

No, ale jak one potem wchodzą do sklepu – co jest świetnie opisane w książce „Pewna siebie dziewczyna” – i widzą wielkie zdjęcia, na których mężczyźni zawsze są w ruchu, nurkują, biegają, grają, a kobiety na zdjęciach w strojach sportowych tylko pozują, to co one mają sobie myśleć? Że są od wyglądania. I nie wierzą w siebie. I nigdy nie czują się wystarczająco kompetentne.

Chłopcy nie mają takiego problemu jak dziewczynki.

Nina Patalon, trenerka piłki nożnej: Często spotykam się z tym, że dziewczyny są obrażane, na przykład podczas meczu: 'Rusz ten tyłek!', 'Jak cię kopnę, zaczniesz biegać!'.Nina Patalon, trenerka piłki nożnej: Często spotykam się z tym, że dziewczyny są obrażane, na przykład podczas meczu: 'Rusz ten tyłek!', 'Jak cię kopnę, zaczniesz biegać!'. Fot. Rafał Masłow

To mi przypomina, że kiedyś po lekcji judo trener zapytał grupę mojego syna, na ile się ocenia. Jeden z chłopców unikał tego dnia ćwiczeń, nie bardzo mu się chciało, ale w skali 1-4 ocenił się na 4. „Czwórka?”, zdziwił się trener. „Aaa, no to pięć!”, odparł chłopiec. Dziewczynki raczej nie wystawiały sobie aż tak wysokich ocen.

Boją się ocenić za wysoko, bo co ktoś sobie o nich pomyśli? „Zuchwała! Przemądrzała!” Nadal uczy się je źle rozumianej skromności. I potem zawodniczka gra świetne mecze, ale jedno krytyczne zdanie powoduje, że wszystko się rozsypuje jak domek z kart, na nowo trzeba budować.

Jak pani odbudowuje tę pewność siebie w dziewczynkach?

Nie jestem na ogół grzeczna, miła, ale mam swoje metody, które pozwalają dziewczynom czuć, że są ważne. Zawsze jak przyjeżdżają pierwszy raz na zgrupowanie, wiem, jak która ma na imię albo jaką „ksywkę” lubi. Podczas treningu muszę użyć imienia każdej z nich. Na pierwszych spotkaniach staram się z każdą wymienić chociaż jedno zdanie. Żeby pokazać, że się tu liczy, że jest dla nas ważna. Zawodniczki zawsze dostają pozytywne komentarze, nie tylko ode mnie, ale także od dwóch moich asystentów. One muszą wiedzieć, że ktoś na nie patrzy, ktoś o nie dba. Gdy któraś jest krótko z nami, staramy się wyróżnić ją dwa, trzy razy na treningu.

Oczywiście później są treningi, kiedy tych indywidualnych pochwał jest bardzo mało, ale zwracamy się wtedy do całego zespołu: „To było świetne, powtórzmy to”. I to nie jest pustosłowie. Dziewczyny po prostu dobrze grają w piłkę nożną. Po meczu robię też ankietę ewaluacyjną i pytam: „Co było dobrego w twoje grze?”. Jak mi któraś mówi, że nic, włączam wideoanalizę i pokazuję: „Zobacz, świetnie tę akcję rozpoczęłaś, podałaś celnie, wyszła z tego dobra sytuacja”. I nie mówię „zagrałaś fantastycznie” tylko po to, by kogoś podbudować. Zawsze jestem szczera.

Teraz mam bardzo ciekawą drużynę, jeszcze 17-latek, pracujemy z połową trzeci sezon, to dziewczyny najlepsze w kraju, mają ogromny potencjał, były na mistrzostwach Europy i pyta o nie wiele klubów. A one i tak nie do końca wierzą w siebie. Uczę je reagować na pochwały, tego powinniśmy uczyć od dziecka. Bo potem wymagamy, żeby były na boisku waleczne, agresywne, pewne siebie w grze, a zapominamy, by zrobić to podczas treningu.

Czyli piłka nożna kobiet to nie tylko walka ze stereotypami, ale także ze swoimi słabościami.

Czasem pracujemy więcej nad psychiką niż kondycją. To ważniejsze. W piłkę może grać każdy, oczywiście każdy będzie miał inne predyspozycje, ale nie oszukujmy się – piłka nożna w swoich zasadach na amatorskim poziomie to prosty sport. Do sportu profesjonalnego trafiają najzdolniejsze, silne psychicznie zawodniczki, które po siedmiu porażkach wstaną i będą grać dalej.

Nina Patalon, trenerka piłki nożnejNina Patalon, trenerka piłki nożnej Fot. Rafał Masłow

Średnia perspektywa.

W boksie mówi się, że najlepszy jest ten pięściarz, który potrafi przyjąć najwięcej ciosów. Bo jest na tyle mocny, że podniesie się i zada ten najważniejszy jeden cios. I o tym rozmawiam z dziewczynami. Pamiętam taki przełomowy mecz, kiedy z reprezentacją do lat 19 przegraliśmy 9:0 z Niemkami w eliminacjach do mistrzostw Europy. Grałam wtedy na boisku. Może nie jest to dobre wspomnienie, ale wtedy zdecydowałam, że zostanę trenerką. I naprawdę nie chcę, by moje zawodniczki przeżywały to, co ja wtedy. Ale chodzi o pewną wytrwałość i determinację. Jest potrzebna dziewczynom, bo im w ogóle jest dużo trudniej.

Wiele poświęcają, by profesjonalnie grać. Nie mówię, że mężczyźni tak nie mają, ale mają jednak wiele ułatwień. A kobieta musi sobie wszystko poukładać, żeby pogodzić różne role. Ja wybrałam pewną drogę, która sprawia mi przyjemność. Trudno powiedzieć, że to moja praca, bo piłka nożna od zawsze była moją pasją.

A co dla pani jest najtrudniejsze?

Łączenie roli matki z byciem trenerką.

Denerwuje się pani, kiedy wszyscy pytają, jak to się udaje? Bo piłkarzy, alpinistów, bokserów nikt nie pyta, jak godzą ojcostwo ze sportem.

Ale ja muszę na te pytania odpowiadać! Bo to pokazuje dziewczynom, że można, że się da tak żyć, zakładać rodziny, jeśli chcą. Bardzo dużo moich koleżanek zrezygnowało ze sportu, kiedy zostały matkami.

Może nie stworzono im odpowiednich warunków?

Oczywiście, tych warunków nie ma i jeszcze długo nie będzie, ale myślę, że kulturowo się przyjęło: mam rodzinę, to ja mam być dyspozycyjna, chodzić na zebrania, zabierać dziecko do lekarza. Kobiety słyszą często: „Zostałaś matką, daj sobie spokój, nie masz już tej kondycji, odpuść”. Ja słyszę często: „Ty tak dużo wyjeżdżasz!”. Wyjeżdżam, ale każdą wolną chwilę staram się spędzić w domu z moim sześcioletnim synem. Czasem zabieram go ze sobą, może być ze mnie dumny. Nie bez przyczyny mówi się, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Widziałam wiele koleżanek, które poświęciły się dla domu i są rozgoryczone. Nie mówię o sytuacji, kiedy kobieta tego chce i gdy to jej świadomy wybór – absolutnie to rozumiem i szanuję. Oby tylko to się nie odbyło pod zewnętrzną presją. Moja mama zrezygnowała z pracy, gdy brat miał siedem lat. Miała nas trójkę. Ale to była jej decyzja, najlepsza wtedy dla niej. I wspaniale. Podziwiam mamy, które chcą opiekować się dziećmi dłużej niż na urlopie macierzyńskim.

Pani ile wytrwała?

Pół roku. Dłużej nie mogłam. Męczyłam się, nie mogłam już karmić piersią. Pamiętam, że pojechałam na zgrupowanie, tutaj laktacja, koszmar, to trwało cztery dni. Piłam po kilka szklanek szałwii, żeby ją zatrzymać. I to była moja decyzja. Pozwólmy decydować kobietom. Tego uczę też swoje dziewczyny – samodecyzyjności.

Tę wiedzę, jak pracować z dziewczynkami, jak je wzmacniać, wynosi pani z tego prestiżowego kursu mentorskiego FIFY, na który pani się niedawno dostała?

Też. Dzięki temu kursowi mam możliwość przebywania i uczenia się od Anny Signeul, która jest trenerką w Finlandii, wcześniej była trenerką Szkocji i Szwecji, czy Pii Sundhage, szwedzkiej trenerki, która obecnie prowadzi zespół Brazylii. Przykład innych mentorek inspiruje, ale ja też mam swój charakter i na przykład nigdy nie będę typem trenerki-przyjaciółki, która przytula, rozczula się i pociesza. Taka już jestem. Ale bardzo lubię czerpać od innych kobiet. Wie pani, czytałam gdzieś, że zbadano środowisko sportowe i okazało się, że kobiety wolą bardziej pracować z mężczyznami niż z kobietami. Mnie to dziwi. Co więcej, uważam, że te badania nie są wiarygodne.

Czemu?

Bo jeśli mamy w każdym sporcie zespołowym 90 proc. mężczyzn i 10 proc. kobiet, to na czym bazują te badania? Żeby kobiety mogły polubić współpracę z innymi kobietami w sporcie, to musi być nas więcej. Mamy w Polsce zaledwie 48 kobiet trenerek z licencją UEFA A, a to podstawa, by móc aplikować wyżej, do UEFA Pro.

Pani jako pierwsza Polka ukończyła najwyższy kurs UEFA Pro. Zakwalifikowały się tylko 24 osoby z setki.

I jako jedyna kobieta tam aplikowałam. A kiedy się dostałam, usłyszałam od jednego z trenerów: „Nie dostał się mój kolega, a jakąś kobietę przyjęli”. Wydawało mi się, że to nawet nie było złośliwe, mówił to trochę jakby z podziwem. Potem mi wyjaśnił, że myślał, że skoro się dostałam, to że kobietę muszą po prostu przyjąć, dla zasady. A tak nie było. Musiałam zdać egzaminy, pisemne, ustne, prowadzić zespół w najwyższej albo prawie najwyższej klasie rozgrywkowej, kryteria są bardzo wysokie. I musiałam jeszcze udowadniać, że rzeczywiście się nadaję. Często tak jest, że kobiety muszą się wykazywać dodatkowo, bo patrzą na ciebie z niedowierzaniem.

A teraz media piszą o pani „druga po Nawałce”.

Rzeczywiście, skończyłam te same kursy co trener Adam Nawałka. Dlatego media to podchwyciły.

W tym roku nie było żadnej trenerki startującej na kurs UEFA Pro. PZPN cały czas myśli, co zrobić, żeby trenerki się zgłaszały, żeby je zachęcać, stworzyć im warunki.

Nina Patalon, trenerka piłki nożnej z drużynąNina Patalon, trenerka piłki nożnej z drużyną Fot. 'Łączy nas piłka'

Bo talenty są?

Są talenty, ale mało z nich pracuje na najwyższym poziomie. Mieliśmy dwie trenerki w polskiej Ekstralidze, ale teraz nie mamy żadnej.

Dlaczego?

Kobieta musi być bardzo charyzmatyczna i musi sobie poradzić w tym środowisku. Dodatkowo powinna głośno mówić, czego chce, i czasem domagać się awansu – tego też trzeba się nauczyć albo mieć autorytety, przykłady silnych kobiet. Wie pani, ja naprawdę już sporo osiągnęłam, a od 2011 roku jestem najbardziej krytykowana od początku swojej kariery.

Z jakiego powodu?

Jestem pierwszą kobietą, która prowadziła zespół w Ekstralidze. Miałam 24 lata, gdy zaczęłam prowadzić Medyk Konin. Byłam bardzo młoda, ale ani prezes, ani nikt z otoczenia nie bał mi się tego powierzyć. Grałam z tymi dziewczynami wcześniej, przez osiem sezonów byłam czynną zawodniczką, byłam we wszystkich klasach sportowych, rozwinęłam piłkę dziecięcą w Koninie, pracowałam jako koordynatorka i przez kilka sezonów prowadziłam rezerwy tego klubu. Powierzono mi pracę z zawodniczkami, mimo że część była starsza ode mnie. Ale dla wielu ludzi ta decyzja była irracjonalna. Mówili, że nie mam doświadczenia, że jestem za młoda. Nie wymiękłam, nigdy nie brakowało mi odwagi, wiedziałam, że sobie poradzę. I to w tej drużynie narodziła się Ewa Pajor, która teraz gra w Bundeslidze, narodziły się Ola Sikora i bardzo dojrzała Patrycja Balcerzak, która też jest dziś za granicą, mamy Anię Szymańską, która jest drugą bramkarką reprezentacji. One wszystkie przechodziły przez szczebel Medyka Konin. Ewka Pajor do 17. roku cały czas grała w moich drużynach, przyszła z Uniejowa. Wybitnie utalentowana, nie wolno jej było przeszkadzać w rozwoju. Wcześniej grała z chłopakami w lokalnej drużynie, ale przerastała ich.

Pani jeździła wtedy po całym województwie i szukała dziewczyn, które grają z chłopakami.

To prawda, wyciągałam je z tych małych miejscowości i zapraszałam do siebie na zajęcia. Moją rolą było wyszukanie najzdolniejszych osób, które mogą w danym momencie profesjonalnie uprawiać sport. Wiedziałam, jak trudno jest dziewczynom gdzieś w głębi kraju.

Pani też pochodzi z małej miejscowości.

Kiedy dorastałam, potrzeba było olbrzymiej wytrwałości, by dziewczynka mogła grać w piłkę. Urodziłam się w Działdowie, wychowałam w Filicach. Tata grał i zabierał mnie i siostrę na wszystkie ligi okręgowe. Podawałyśmy tam piłki, ale szybko mi się to znudziło. Zaczęłam sobie żonglować, okazało się, że nie robię tego gorzej od kolegów. To były czasy, kiedy wszędzie grało się w piłkę: na przerwie, po szkole, przed szkołą. Grałam jako jedyna dziewczynka.

Koledzy wpuszczali panią na boisko? Bo ja pamiętam, że u mnie na blokowisku rysowałyśmy z dziewczynami kwadraty na betonie i podawałyśmy sobie piłkę. I to było tyle z tą piłką nożną. Mogłyśmy podawać chłopakom, jak grali, ale do meczu nas nie zapraszali.

Mnie też nie, ale się wpychałam. Na początku kazali mi stać na bramce. Ale bardzo dużo czasu spędzałam z piłką sama. Znajomi rodziców przywieźli mi kiedyś książkę „Praktyczna szkoła piłki nożnej” i uczyłam się gry z tej książki. Byłam samoukiem. Nie miałam trenera, nie miałam zawodników, byłam ja i ta książka. Ale i tak słyszałam docinki od chłopaków: „Po co chcesz z nami grać, nie masz koleżanek?”, „Ona i tak nie potrafi, baba”. To trwało do momentu, gdy osiągnęłam już taki poziom, że się na tym podwórku wyróżniałam. Jak się zaczęłam wyróżniać, miałam już inny status w grupie. Potem to nie mnie wybierano, ale ja wybierałam zawodników do drużyny. Niestety, nie mogłam jeździć z chłopakami na turnieje. Trenowałam już w Starcie Działdowo, zgodzili się, ale na rozgrywki mnie nie brali. Na Warmii i Mazurach nie było wtedy takich zajęć dla dziewczynek. Rodzice pytali: „I z kim chcesz grać?”. Musiałam pokazywać im, że dziewczyny są w piłce. Kiedyś informacje o kobiecych drużynach można było znaleźć tylko w Telegazecie. Włączałam i pokazywałam: „Patrzcie, tu są!”.

Mama powiedziała w końcu: „Jeśli chciałabyś jeździć na słoniu, bo sprawia ci to przyjemność, to masz jeździć na tym słoniu”. To ona załatwiała mi treningi. Najpierw z chłopcami, a potem usłyszała, że w Lubawie jest taka grupa dziewczyn. Powstawały wtedy kadry województwa. Zawiozła mnie tam, prezes Marek Borkowski skontaktował się z Medykiem Konin, po tygodniu od razu przenieśli mnie do lepszej drużyny. Wszystko miałam wtedy podporządkowane piłce. Kompletnie nie przejmowałam się, co wypada dziewczynce, a co nie. Pamiętam, że raz mama śmiertelnie się na mnie obraziła.

Za co?

Śpiewałam wtedy w chórze kościelnym, ale umówiłam się z chłopakami, że po chórze idę grać w piłkę. Po kościele miałam od razu lecieć na boisko, więc pobiegłam na występ chóru w stroju Alessandra Del Piero z Juventusu Turyn. Miałam wtedy 13 lat. Stałam na schodach kościoła, występ, dziewczynki wystrojone w sukienki, robią nam zdjęcia, przed nami rodzice, widzę, że moja mama kompletnie załamana. Powiedziała tylko: „Co ty masz na sobie?”. Nigdy się nie przejmowałam tym, co myślą o mnie inni.

Do którego roku życia grała pani z chłopakami?

Do 15. Do tego wieku piłka jest koedukacyjna. Dziewczynki świetnie sobie radzą. Czy pani wie, że większość dziewczynek do?12. roku życia ma o 40 proc. lepszą kondycję od chłopców? Są silniejsze. Potem zaczynają się różnice w dojrzewaniu, oczywiście przebiegają u każdego i każdej inaczej, ale motoryka się zmienia, widać różnicę fizyczną. Dlatego zaczyna się podział na piłkę dziewczęcą i chłopięcą. Mnie się świetnie grało z dziewczynami. Ale łapałam kontuzje.

Miała pani siedem operacji!

Tak, na tę w 2007 roku – kiedy zerwałam więzadła krzyżowe – brałyśmy z mamą kredyt. Kosztowała 10 tys. zł i 20 tys. rehabilitacja.

Państwowo nie mogłyście tego zrobić?

Mogłyśmy, ale to by się pewnie odbyło w tym roku. Na szczęście wtedy część dołożył klub.

Piłkarki nie są ubezpieczone?

W tej chwili każdy klub musi ubezpieczyć piłkarki. W tym roku PZPN ogłosił, że ubezpiecza ponad setkę kadrowiczek. A więc wszystkie. To pozwala im pokryć koszty leczenia i rehabilitacji. Trzy, cztery operacje w roku to norma na 30 zawodniczek.

Nigdy panią te operacje nie zniechęciły do piłki?

Nigdy. Po kontuzji trochę jeszcze grałam, ale już rozpoczynałam pracę jako trenerka. Miałam 19 lat, gdy zaczęłam się szkolić w tym kierunku. Podobało mi się to, widziałam, że „szatnia jest moja”, że dziewczyny się ze mną liczą, że jak zawalczysz o zespół, to potem on zawalczy o ciebie. Dlatego zawsze stawałam po ich stronie. W pojedynkę nie zrobisz nic.

O pieniądze lepsze dla kobiet piłkarek też pani walczy?

Staram się. Jestem zatrudniona jako ekspertka w PZPN-ie. Odpowiadam za piłkę młodzieżową i konsultowane są ze mną sprawy związane z piłką kobiecą. I proszę mi wierzyć – teraz wszyscy, od prezesa Bońka, po sekretarza generalnego, dyrektorów wszystkich departamentów wiedzą, jak ważne jest wspieranie kobiet w piłce nożnej. Piłka kobieca nabiera znaczenia, w tym roku PZPN zdecydował się przekazać 30 mln zł na rozwój piłki kobiecej w ciągu pięciu lat.

To pewnie nadal ciągle nieporównywalnie z piłką mężczyzn. Jaka jest różnica w zarobkach piłkarzy i piłkarek?

W tej chwili 1:10 na najwyższym poziomie. Jeśli ona zarabia 5 tys. zł (dobra zawodniczka), to on 50 tys. Rozmawiam często z dziewczynami, by się nie przejmowały, że w piłce kobiecej nie ma jeszcze takich pieniędzy.

Ale one muszą się jakoś utrzymać.

Jak wywalczymy standardy, przyjdą i pieniądze. Tak jest na całym świecie. Amerykanki, które zaskarżyły federację piłkarską w związku z niskimi zarobkami, miały bardzo dużo racji. Bo nie można powiedzieć, że nie generują dużych przychodów. Wygrywają, mają ogromną oglądalność, bilety na finał mistrzostw świata kobiecej piłki nożnej wyprzedały się w pół godziny, mają sponsorów, kampanie reklamowe, wchodzi telewizja. Na mecze reprezentacji kobiet USA przychodzi 40 tys. ludzi. Te zawodniczki nie mogą mieć więc gorszych kontraktów niż panowie, którzy najwyżej w historii doszli do ćwierćfinału mistrzostw świata.

Opowiadała o tym też Hope Solo, bramkarka USA w rozmowie z „Wysokimi Obcasami”.

Druga sprawa: powtarzam dziewczynom, że mają prawo oczekiwać godnych kontraktów. Mają prawo negocjować lepsze pieniądze. Na kursie UEFA Pro miałam m.in. zarządzanie i negocjacje, przekazuję wiedzę swoim zawodniczkom. Ktoś kiedyś wysłał po mnie windę na dół, teraz ja wysyłam po inne kobiety, żeby mogły być piłkarkami, trenerkami, sędziami itp. Mam jedną zasadę: zawsze moją pierwszą asystentką na boisku jest kobieta.

Walczę o pieniądze, walczę ze stereotypami. Przecież niedawno na gali Złotej Piłki, gdy Ada Hegerberg, Norweżka, odbierała nagrodę dla najlepszej piłkarki, jeden z prowadzących, Martin Solveig, kazał jej zatwerkować (pokręcić pupą) dla Mbappé. „Zatańczysz dla niego? Pokręcisz pupą?”, usłyszała piłkarka. Wybuchł skandal, kamera pokazała zniesmaczonych Mbappé i Modricia, byli zażenowani. Ich mina mówiła jedno: to już nie jest fajne. Na szczęście takich zachowań jest coraz mniej, wszystko się zmienia, tylko potrzeba czasu i kobiecych wzorców do naśladowania.

Pani takie miała?

Mamę i nauczycielkę od WF-u w podstawówce, panią Anię Dąbrowską. To ona powiedziała twardo: „Będziesz trenowała z chłopcami”, chociaż inni w szkole średnio to widzieli. Nie mówiła: chłopcy mogą pograć w nogę, a dziewczynki w zbijaka, tylko pytała: „Kto chce grać w nogę? Aha, to idzie Nina i koledzy”.

Spotkanie takich silnych kobiet daje dziewczynkom dużo pewności siebie. I w polskiej piłce nożnej już je mamy.

W pierwszej lidze – trenerkę Marzenę Salamon w SMS-ie Łódź. Mamy Anię Gawrońską, która jest asystentką w Medyku Konik, Hanię Olszańską w Polonii Poznań, Natalię Niewolną i Paulinę Kawalec w reprezentacjach oraz wiele innych zdolnych pracujących z młodzieżą w reprezentacjach i klubach. Anna Signeul opowiadała mi, że kiedy Marika Domanski była pierwszą trenerką reprezentacji Szwecji kobiet, to Anna i Pia Sundhage były trenerkami młodzieżówek i jej asystentkami. Kiedy Marika przestała pracować – jedna wyjechała do Szkocji, druga do Chin i nie było kontynuacji. Anna powiedziała: „Nie zostawiając po sobie trenerki następczyni, nie zapewniasz ciągłości. Koniec, zaprzepaszczasz pracę”.

Jakie trenerki pani ceni?

Zaangażowane, pyskate, które nie boją się powiedzieć, co myślą. I to moja rada dla rodziców: nie wychowujmy dziewczynek na posłuszne, zgadzające się ze wszystkimi. Pozwólmy im włazić na drzewa, chodzić w brudnych sukienkach. Uczę dziewczyny nawet bezczelności, mają odważnie mówić, co myślą.

Pamięta pani kampanię „Pokaż, jak biega dziewczyna”? Małe dziewczynki biegły w niej normalnie, naturalnie, dorosłe – już nie. Ich ruchy stawały się karykaturalne, przerysowane. Nie wypadało im biegać tak swobodnie jak mężczyznom. Bo na tak biegnącą kobietę ktoś mógłby spojrzeć krzywym okiem.

My już zaakceptowaliśmy piłkę dziecięcą. Już nie mamy problemu, że małe dziewczynki w nią grają. Zaakceptowaliśmy także to, że jest piłka nożna dla nastolatek. Ale ciągle mamy problem, że dorosła kobieta gra w nogę i biega po boisku.

Jednak im więcej będziemy o tym mówić, pokazywać w mediach, tym lepiej. Pokazanie mistrzostw świata w piłce nożnej kobiet pozwoliło ludziom zobaczyć kawał dobrej piłki.

Pani widzi siebie w szatni męskiej?

Nigdy nie miałam okazji prowadzić żadnego profesjonalnego seniorskiego zespołu męskiego. Ale byłam w szatni u trampkarzy i u juniorów. Samo przebywanie w szatni to nie jest problem.

A co jest problemem?

To, żeby drużyną facetów dowodziła kobieta. W tej chwili to strata energii, nie tylko w Polsce.

Ale są kobiety trenerki, które prowadzą męskie drużyny?

Można je policzyć na placach jednej ręki. Corinne Diacre prowadziła zespół II ligi francuskiej, ale miała za sobą prezesa klubu. Powiedział piłkarzom krótko: ta pani tu jest, wy nie musicie.

Ale to jest jeszcze bastion męskości. Jak wejdzie kobieta – to co?o nas powiedzą koledzy, czy ten prezes nie zwariował?

Diacre prowadziła zespół przez trzy sezony, potem rozpoczęła pracę z reprezentacją kobiet Francji. To bardzo charyzmatyczna, silna kobieta, tylko to pomogło utrzymać jej męską szatnię. Ja nie mam ciśnienia na męską piłkę, mam co robić w kobiecej. U nas na razie brakuje trenerek. Ale przyjdzie taki dzień, gdy w Polsce pojawi się nawet rywalizacja między trenerkami, na razie trzeba walczyć o to, żeby ktoś tę kobietę zatrudnił.

W Stanach w 1979 roku zakazano wydawać więcej pieniędzy na piłkę chłopięcą niż dziewczęcą w szkołach. I z 300 tys. grających dziewczyn zrobiły się dziś 3 mln. Są i piłkarki, i trenerki.

To był świetny ruch, który przyniósł efekt w postaci rozwoju sportu kobiecego. U nas każdy samorząd mógłby się zainteresować piłką, pomóc dziewczynkom. Pamiętam, jak w Poznaniu poszliśmy z Wojtkiem Weissem, trenerem reprezentacji futsalu kobiet, do dyrektorki wydziału sportu Ewy Bąk, że chcemy zrobić szkolną ligę dla dziewczynek. To był 2013 rok. Ewa Bąk była piłkarką ręczną, więc rozumiała tę potrzebę. Powiedziała: „Dam granty, tylko powiedzcie, czy będzie zapotrzebowanie”. Zrobiliśmy turniej pilotażowy „Poznańskie piłkarki, szukamy talentów”, zgłosiło się 12 drużyn. Same szkoły. Okazało się, że zapotrzebowanie jest. W tamtym roku policzyłam, że z poznańskiej Ligi Orliczek wyszło 12 reprezentantek Polski – poszły do klubów piłkarskich, znalazły miejsce. Jak się zrobi miejsce dziewczynom na boisku, to one na nie naprawdę chętnie wejdą.

***

Nina Patalon (ur. 1986) – piłkarka, trenerka juniorek w piłce nożnej, jedyna w Polsce kobieta, która ma licencję UEFA Pro. Dostała się także na mentorski kurs FIFA. Karierę zaczynała w klubie Medyk Konin w 2002 r. Grała w tym klubie przez wiele lat (kilkakrotnie zdobywając Puchar Polski). W 20101 r. z powodu kontuzji zakończyła karierę piłkarską i została trenerką

 Dziękujemy za możliwość zrealizowania sesji na stadionie miejskim Legii; make-up i fryzura Joanna Bielec

***

Jak wychować pewną siebie, zdecydowaną dziewczynkę?
Opowiadają o tym Katty Kay i Claire Shipman w książce „Pewna siebie dziewczyna”.
Tłumaczenie Hanna Pasierska, Wydawnictwo Literackie

'Pewna siebie dziewczyna', Katty Kay i Claire Shipman, Wydawnictwo Literackie, tłum. Hanna Pasierska'Pewna siebie dziewczyna', Katty Kay i Claire Shipman, Wydawnictwo Literackie, tłum. Hanna Pasierska Fot. materiały prasowe