Aneta Sulwińska jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Piotr Żytnicki: Ksiądz się zapowiedział?

Aneta Sulwińska: Zadzwonił przed ósmą rano, byłam już w szkole. Koniec sierpnia to gorący czas: układamy plan lekcji, uczniowie poprawiają egzaminy. Więc ksiądz zadzwonił, powiedział, że chce przyjść i się ze mną spotkać, ale nie wyjaśnił, w jakiej sprawie. W szkole jest religia, siłą rzeczy mamy ze sobą kontakt. Byłam jednak zaskoczona, bo kwestie organizacyjne przed nowym rokiem szkolnym już omówiliśmy. W zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Szybko przyszedł?

Telefon był przed ósmą, a ksiądz miał być o wpół do dziewiątej. Był punktualnie. Zapytał, czy udało mi się spełnić jego prośby co do godzin pracy katechetów i przypisaniu ich do klas, które mają uczyć. Powiedziałam, że tak. I wtedy ksiądz wyjął ten list.

„Niestety zaraza LGBT+ dotarła już do Błaszek. Jak mamy wytłumaczyć naszym dzieciom to zło, jeśli dyrektorka popiera i reklamuje LGBT+” – napisali autorzy donosu, który przyniósł pani proboszcz.

Powiedział, że chciał, bym o tym wiedziała. Przejrzałam ten list, ale nie czytałam od deski do deski. Gdy zobaczyłam zdjęcia załączone do listu, to już wiedziałam, co będzie tematem.

Zdjęcia pani rodziny na Marszu Równości w Poznaniu. I pani syna Mateusza, który Marsz Równości organizuje.

Zapytałam: „Czego ksiądz w tym momencie ode mnie oczekuje? Że się wyrzeknę swojego syna? Bo jest gejem?”. „Nie, nie oczekuję tego od pani. Chciałem tylko, żeby pani wiedziała” – tak odpowiedział. Nie mam mu nic do zarzucenia. Bo wie pan, moi znajomi mają różne opinie. Twierdzą np., że ksiądz nie powinien do mnie przychodzić, tylko z ambony skrytykować na mszy autorów listu. Ale postąpił, jak postąpił.

Ksiądz wychodzi, a pani wraca po pracy do domu i opowiada to rodzinie?

Gdzież tam! Nie zdążyłam wrócić do domu. Zadzwoniłam do Igora, młodszego syna. Ten powiedział starszemu, Mateuszowi. I zaraz miałam telefon: „Tata podjedzie do ciebie, dasz mu ten list”. Dałam. Nie zdążyłam wyjść z pracy, a już wszystko było w necie.

Mateusz opublikował ten list. Nazwał go „homofobicznym rzygiem”. I dodał: „Jednocześnie wyrażam radość z powodu posiadania wspaniałej mamy, która takie żenujące zagrywki ma głęboko w dupie”.

Synowie nie pytali, czy mogą to upublicznić, ale nie mam pretensji. Zdjęcia naszej rodziny z Marszu Równości były wcześniej w internecie. Każdy mógł je zobaczyć, ale ja nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją. I potem pojawił się ten anonim.

Dzwonią dziennikarze, a pani z nimi rozmawia.

Zadzwonił Mateusz i powiedział, że chce pan się skontaktować. I że zrobię, co będę chciała, ale on uważa, że skoro tak daleko to zaszło, to warto porozmawiać. Zgodziłam się. Potem był telefon z TVN i innych redakcji. Wszystko przechodziło przez Mateusza, bo dziennikarze znają jego numer, a mojego nie. Dla mnie takie wywiady są dużym stresem, bo nigdy nie miałam do czynienia z podobną sytuacją. Porozmawiałam z dziennikarzami także dlatego, że już w komentarzach w internecie zaczęła się nagonka na księdza. Nawet z sugestiami, że pewnie sam spreparował ten list. Postanowiłam, że powiem, jak jest. Jeszcze się „Fakty” w TVN nie skończyły, a już zadzwonił były dyrektor szkoły, którego zastąpiłam.

I co powiedział?

Wolałby pan nie słyszeć! Odniósł się w mocnych słowach do komentarzy mieszkańców. A potem były telefony od znajomych z pracy. I wiadomości od znajomych ze studiów. Bo robiłam w te wakacje podyplomowe studia menedżera oświaty. Tu mam te wiadomości. Pokażę panu.

„Jesteś wielka”, „Utarłaś tym ciemnym masom nosa”, „Brawo”, „Draństwo, tak zaczynał się faszyzm”.

Dostałam też list od stowarzyszenia rodziców dzieci LGBT. Napisali, że są poruszeni sytuacją z anonimem. Że są całym sercem ze mną i wierzą, że w Błaszkach więcej jest ludzi rozumiejących, że wspieranie dziecka to naturalna powinność i potrzeba rodzica, niż takich, którzy piszą takie anonimy. Następnego dnia poszłam do pracy. To nie jest mała szkoła. Samych nauczycieli jest ponad 50. Do tego woźne, sekretarki, pracownicy stołówki. Widziałam, że niektórzy byli zmieszani. Nie wiedzieli, jak się zachować. Ale się nie odzywali. Pod koniec sierpnia mieliśmy egzaminy poprawkowe. Rodzice przychodzili z dziećmi i przy okazji podchodzili do mnie, poklepywali po ramieniu, mówili, żebym się trzymała. A jedna z mam podeszła do mnie i powiedziała: „Pani dyrektor, mam podobną sytuację, moja córka jest lesbijką”. Wcześniej tego nie ujawniała. Poczułam, że to, co się stało, dało siłę innym ludziom.

W szkole wiedzieli, że dyrektorka ma syna geja i jeździ na Marsze Równości?

Moi najbliżsi znajomi wiedzieli. Ale przy tak dużym gronie pracowników nie jest możliwe, by wiedzieli wszyscy. Zresztą trudno oczekiwać, żebym chodziła po szkole i wszystkim oznajmiała, że mam syna geja. Ale dzisiaj wszyscy mają Facebooka i mogą wszystko śledzić.

Jak znalazła się pani w 2-tys. Błaszkach?

Jestem z Kalisza, a mąż z Błaszek. Poznaliśmy się w liceum. Rodzice męża zbudowali dla niego dom w Błaszkach. Zamieszkaliśmy tam. Jak się ma dwadzieścia kilka lat, wychodzi za mąż, to wydaje się, że tak będzie dobrze, zwłaszcza że oboje uczymy w szkole. Ja miałam pracę, mąż miał pracę, do tego piękny nowy dom. I tak wyszło.

Pani zawsze chciała uczyć?

Zawsze. Już w szkole podstawowej mówiłam mamie, że chciałabym uczyć właśnie języka polskiego.

Potem urodził się Mateusz.

Jest starszy od Igora o dziewięć lat. Nigdy nie sprawiali problemów. Mateusz co niedzielę chodził do kościoła. Moja teściowa jest osobą wierzącą, sąsiadka mówiła jej: „Urszula, jak ci zazdroszczę, jak ten twój wnuk się modli”. No ale Mateusz już do kościoła nie chodzi. Ja też nie. Jestem wierząca, ale nie praktykuję. Mąż jest bardziej religijny.

Mateusz dorasta, ale nie umawia się z dziewczynami.

Poszedł do liceum w Kaliszu. Nie chciał codziennie dojeżdżać do szkoły, więc zamieszkał u mojej mamy. W domu najczęściej był w weekendy. Już wtedy się udzielał, był wiceprzewodniczącym samorządu szkolnego, uczył się języków. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, że nie miał dziewczyny w liceum. Dopiero jak poszedł na studia do Poznania, zaczęłam o tym myśleć.

Zamieszkał z koleżanką w kawalerce.

A na moje pytanie, czy coś go łączy z tą Martą, odpowiedział, że nie. Trochę mnie to zdziwiło, bo jeśli nic go nie łączy, to dlaczego chce z nią mieszkać. Wydawało mi się to trochę nietypowe. I zaczęły się w głowie pojawiać różne pytania, myśli. Nie wiem, czy je odpychałam. Ale na pewno nie jest tak, że gdy rodzic dowiaduje się, że jego dziecko jest homoseksualne, to jest szczęśliwy. Nie, tak nie jest. Gdy ja się dowiedziałam, gdy Mateusz mi powiedział, przeżyłam to bardzo. Szukałam odpowiedzialności za to w nas, rodzicach. Zastanawiałam się, czy to nie nasza wina.

Co pani wiedziała wtedy o osobach LGBT?

Że są. I nic więcej. Nie interesowałam się, czy są w moim środowisku. Dopiero później zaczęłam to dostrzegać. W Błaszkach jest mnóstwo osób LGBT. Niektóre są spokrewnione z tymi, z którymi pracuję. Ale te osoby to ukrywają. Znamy się od lat, wspierają mnie teraz, ale nie powiedzą: wiesz, mam córkę lesbijkę czy brata geja. Ja o tym wiem od dawna. Nie wiem, skąd bierze się ten lęk.

Aneta Sulwińska: Mateusz powiedział mi: 'Mamo, ale ja nie mam z tym problemu, że jestem gejem'. Wtedy zrozumiałam, że to nie jest dla niego żadne piętnoAneta Sulwińska: Mateusz powiedział mi: 'Mamo, ale ja nie mam z tym problemu, że jestem gejem'. Wtedy zrozumiałam, że to nie jest dla niego żadne piętno Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

Jak wyglądał coming out Mateusza?

To było dziewięć lat temu. Mateusz napisał list do swojego chłopaka i zostawił na biurku. Zauważył go Igor, który miał wtedy dziesięć lat. Pokazał list mojemu mężowi. To było Boże Narodzenie, pełno gości, wieczór. Jak wszyscy wyszli, to mąż mi powiedział o tym liście. Już wcześniej miałam podejrzenia, teraz zapytałam Mateusza, a on potwierdził. Po świętach pojechał z powrotem do Poznania, a my z tym zostaliśmy. Wtedy człowiek zaczyna dużo czytać. Orientuje się, że osób homoseksualnych jest dużo, to nie są pojedyncze przypadki. I zaczyna się też lęk, obawa o dziecko, bo wiemy, z jaką agresją spotykają się osoby homoseksualne. Dzisiaj ten lęk jest tym większy, że Mateusza jest wszędzie pełno.

Pomagał pani odnaleźć się w tej sytuacji?

Pamiętam, że od razu wylałam swoje lęki. Mateusz powiedział mi wtedy: „Mamo, ale ja nie mam z tym problemu, że jestem gejem. Nie zamartwiam się. Mnie jest dobrze po prostu”. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest dla niego żadne piętno.

Nie było myśli: „Może da się to wyleczyć?”.

Nie, nigdy tak nie myślałam. Mateusz zaś służył nam pomocą. Raz przywiózł książeczkę dla rodziców osób homoseksualnych.

A reakcja rodziny?

Uznałam, że to Mateusz powinien im powiedzieć o swojej orientacji, jeśli chce. A w rodzinie różne pytania padały. Moja ciocia, która ma już ponad 70 lat, a Mateusza traktuje jak wnuka, cały czas pyta, czy ma dziewczynę, kiedy będzie ślub. I mówi: „Jakich ty masz ładnych i przystojnych synów! Powinnaś mieć wnuki”. Później, gdy się oswoiłam z tą myślą, to rzeczywiście czułam żal, że tych wnuków nigdy nie będzie. Ale inna sprawa mnie bardziej martwiła – że kiedyś ja i mąż umrzemy. Dobrze, że jest Igor, który zapewne będzie miał rodzinę i dzieci, ale boję się, że kiedyś Mateusz może zostać sam. Dziś jest młody, energiczny, ale do czasu. Ta obawa, co wtedy z nim będzie, ciągle mi towarzyszy. Staram się ją od siebie odsuwać.

Mateusz w końcu powiedział rodzinie?

Tak. Ulżyło mi wtedy, bo wcześniej źle się czułam, że mam jakieś tajemnice, rozmawiając z mamą czy siostrą. Rodzina przyjęła to bardzo dobrze. Mój brat, chrzestny Mateusza, najpierw nie mógł uwierzyć, potem się rozpłakał. Nie wiem, co pomyślał, ale wiem, że bardzo się martwi o bezpieczeństwo moich synów. Cała rodzina wspiera Mateusza, nie tylko mama, tata i brat, ale też babcie, ciocie. On zresztą wiecznie powtarza, że ma szczęście, bo nie każdy jest w tak dobrej sytuacji.

Moja teściowa, nieco bardziej konserwatywna osoba, uważa, że byłoby lepiej, gdyby Mateusz się tak nie obnosił ze swoją orientacją. Zapytałam ją, czy myśli, że byłby szczęśliwy, gdyby się ukrywał. Dlaczego ma być nieszczęśliwy? Przecież nie robi nic złego.

Rodzina wiedziała. A znajomi?

Część wiedziała. Inni nie pytali, bo sami mają dzieci w wieku Mateusza, a nawet starsze, które nie założyły jeszcze rodziny.

Mateusz powiedział mi, że ważny był dla niego pewien moment – gdy przyjechała pani z mężem do Poznania odwiedzić jego i jego chłopaka. Zjedliście obiad, tata pomógł założyć rolety.

Gdy potem Mateusz powiedział mi, że się rozstali, było mi przykro, bo to był bardzo fajny chłopak. Cieszyłam się, że kogoś ma, bo myślę, że człowiekowi jest źle, gdy jest sam. Ale to była ich decyzja.

Jak pani zareagowała, gdy syn zaangażował się w walkę o prawa osób LGBT?

Mateusz mówił, że dopóki jego młodszy brat będzie chodził do szkoły podstawowej, to nie będzie się „afiszował”. Obawiał się negatywnych reakcji innych dzieci. Dzisiaj Igor, który jest już studentem i nie jest gejem, ale heteroseksualnym chłopakiem, organizuje pierwszy Marsz Równości w Kaliszu (odbędzie się 22 września). Działa w Młodych Demokratach, pomaga koleżance dostać się do parlamentu, był przewodniczącym szkolnego samorządu. Ten marsz ma być wyrazem solidarności i wsparcia. Igor ma homoseksualnych znajomych. Odkąd ogłosił, że organizuje Marsz Równości, dostaje na Facebooku wiadomości, że jest pedałem. Ani jednemu, ani drugiemu nie odradzałam angażowania się w te sprawy. Oni i tak zrobiliby to, co by chcieli. A ja mam dewizę, że można robić wszystko, co się chce, ale pod warunkiem że nikt przez nas nie płacze.

Gdy Mateusz zaczął chodzić w Marszach Równości w Poznaniu, nie było bezpiecznie. Kibole, narodowcy rzucali kamieniami, butelkami.

Żeby to był tylko Poznań! Mateusz jeździł po całej Polsce. Nie odradzałam mu tego, bo wiem, że i tak zrobiłby to, co by chciał. Tylko mąż napisał kiedyś do niego SMS-a: „Po co matce mówisz, gdzie jedziesz. Jakbyś nie pisał, toby się nie denerwowała”.

W końcu poszła pani w Marszu Równości.

To było cztery lata temu. Mateusz nas zaprosił, bo działał już w Grupie Stonewall, stowarzyszeniu, które organizuje marsz w Poznaniu. Pojechaliśmy. A dlaczego? Bo chcieliśmy, by poczuł nasze wsparcie. Nie wiedziałam, co nas tam spotka, nic sobie nie wyobrażałam. Wrażenie było bardzo pozytywne. Zobaczyłam wielu ludzi w różnym wieku, nie tylko osoby LGBT. Szły całe rodziny. Czasem słyszy się opinie, że w marszach chodzą bandy przebierańców. Owszem, ci ludzie się przebierają, tańczą, są weseli, nikogo nie atakują. A po drugiej stronie są ludzie w kominiarkach, którzy bluźnią i rzucają różnymi rzeczami. Czyje zachowanie się neguje? Nie przeciwników, ale uczestników marszu.

Ma pani na myśli Kościół?

Jako matka osoby homoseksualnej czuję zaskoczenie i ból, gdy ktoś nazywa mojego syna zarazą. Bo tak właśnie odebrałam słowa arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. Ale zachowanie drag queen, która podcięła gardło kukle z wizerunkiem arcybiskupa, także mi się nie podoba. Oglądałam w telewizji wydarzenia na marszu w Białymstoku. Byłam przerażona. Napisałam do Mateusza: „Gdzie jesteś?”. Odpisał: „Nie jestem w Białymstoku”. Władza szuka sobie wroga, kozła ofiarnego. Wcześniej straszono nas uchodźcami, teraz – środowiskiem LGBT. A społeczeństwo mamy konserwatywne, taka propaganda trafia na podatny grunt.

W Błaszkach także?

To bardzo trudne środowisko i to nie tylko moja opinia. Tu ludzie lubią pod kimś kopać dołki. Od kilku miesięcy pełnię obowiązki dyrektora szkoły podstawowej. Powierzył mi je burmistrz, bo byłam wicedyrektorem. Nie wiem, czy wezmę udział w konkursie na dyrektora, ale już do burmistrza płyną anonimy na mój temat. Donos do księdza też może mieć związek z konkursem.

Burmistrz panią wspiera po donosie do księdza?

Zadzwonił do mnie i powiedział: „Trzymaj się”.

To może nie jest tak źle, skoro nie spotyka się pani z negatywnym odbiorem.

Nie wiem, co ludzie mówią za moimi plecami. Ale że mówią, jestem pewna. A ja się nie zmienię. Dalej będziemy jeździć na marsze w Poznaniu i w Kaliszu, a nasze dzieci zawsze będą miały w nas wsparcie.

A jak przyjdzie do pani homoseksualny uczeń?

To możliwe, bo teraz podstawówka ma osiem klas. To czas wchodzenia w sferę seksualności. Jeśli jakiekolwiek dziecko nie będzie miało wsparcia w domu rodzinnym, będzie chciało porozmawiać, to będę służyć pomocą. Ale sugestie, które pojawiły się w anonimie, że teraz będziemy seksualizować dzieci, bo mój syn jeździ z zajęciami po szkołach, to bzdura.

A jeśli Mateusz zaproponuje: „Mamo, zróbmy zajęcia antydyskryminacyjne w twojej szkole”?

Dyrektor nie może podjąć takiej decyzji samodzielnie. To nie jest takie proste, jest rada rodziców. Nie wiem, jak by zareagowali, ale odzew byłby raczej negatywny.

A gdyby uczniowie i rodzice chcieli zorganizować akcję „Tęczowy piątek”?

To za małe środowisko. Żaden rodzic się nie wychyli. Nie w tych czasach.

Co doradziłaby pani rodzicom, którzy dowiadują się, że ich dziecko jest LGBT?

Na pewno nie wolno dziecka odtrącać. Trzeba się zorientować, czy dzieje mu się krzywda w środowisku, w którym funkcjonuje, czyli np. w szkole. Wspierać. Mówić, że po prostu tak jest, że to nie jest jego wina. Że przez to, że jest gejem, nie jest gorszy, tylko równy. I dla wszystkich rodziców mam radę, by uczyć dzieci tolerancji.

Patrzy pani w przyszłość z nadzieją?

Odpowiem panu po wyborach.

---

MARSZE RÓWNOŚCI

W ten weekend demonstracje tych, którzy chcieliby wesprzeć osoby LGBT i ich rodziny, odbędą się: 21 września w Toruniu 22 września w Kaliszu

Zapisz się na newsletter "Wysokich Obcasów" i czytaj teksty z sobotnich wydań magazynu już w piątki

>>NAUCZYCIEL NA CAŁE ŻYCIE - weź udział w konkursie. Do wygrania 5 tys. zł. Czekamy na Twoją opowieść