Lidia Nwolisa jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Magdalena Karst-Adamczyk: Jak siedmio-, ośmiolatek reaguje na przemoc ze strony rówieśników?

Lidia Nwolisa: Dziecko nie powie wszystkiego, bo nie potrafi nazwać swoich emocji. Zamiast powiedzieć: „Chcę porozmawiać”, mówi: „Pobawmy się”, a w zabawie jest dużo agresji. Mówi swoim zachowaniem oraz ciałem, np. na stres reaguje bólem głowy.

Tak było w przypadku Franka. Przez wiele dni bolała go głowa. Był rozdrażniony i agresywny, bił rodzeństwo na oślep – to był przerażający widok.

Po kilku dniach w końcu powiedział.

Przeczekał weekend i opowiedział mi wszystko w poniedziałek, gdy przyszłam go odebrać ze szkoły.

Mój mąż, tata Franka, jest Nigeryjczykiem. To nie był pierwszy raz, gdy jako rodzina doświadczyliśmy przemocy i dotknął nas rasizm. Przy tej sytuacji z Frankiem wyszło, że nasze dzieci ukrywają przykre historie, które je spotykają, bo wiedzą, że tata mocno to przeżywa.

To częste. Lucyna Kicińska, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży, słyszała od nastolatków: „Nie powiedziałem rodzicom, że chcę się zabić, bo mają dość stresu w pracy”.

Z całą pewnością Franek nie powiedział od razu, bo chciał nas chronić. Próbował poradzić sobie z tym sam. W końcu pękł. Na szczęście.

Co dokładnie wydarzyło się w szkole 25 marca 2019 r.?

Synka zaatakowała grupka trzech chłopców z równoległej klasy. Wyczekali, gdy Franio był sam, zaczęli go bić, kopać. Wyzywali: czarny, Murzynie.

Nie widział tego nikt dorosły?

Też nie mogę tego pojąć, wystąpiłam o monitoring. To być może efekt przepełnienia szkół – w podstawówkach po reformie pojawiły się dwa dodatkowe roczniki. Ale największym problemem nie jest wcale to, że nikt nie widział. Najgorsze, że nikt nie wiedział, jak zareagować, kiedy sprawa wyszła na jaw.

Po tym, co nas spotkało, mam smutną refleksję: polska szkoła publiczna nie ma kompetencji do radzenia sobie z przemocą.

Co pani zrobiła, gdy synek powiedział, że pobili go rówieśnicy?

Ponieważ powiedział mi o tym w szkole, wzięłam go za rękę i poszliśmy do pani dyrektor. Dyrektorka zapewniała, że zajmie się sprawą. Ale po powrocie do domu usiadłam i napisałam jeszcze skargę, by wszystko zostało na piśmie. Opisałam każdy szczegół, który Franio był w stanie odtworzyć.

Następnego dnia opisałam zdarzenie na profilu na Facebooku. Nie pamiętam, jak to pisałam. Pamiętam tylko, jak powiedziałam mężowi, że nie mogę dusić tego w sobie, a on poradził: „Pisz”. Miałam rozdarte serce. Mój post, który powstał w wielkich emocjach, poszedł w świat. Komentowali go ludzie od Kanady po Nową Zelandię. Ale przede wszystkim pisały osoby stąd. Oferowały pomoc, dzieliły się doświadczeniami. Pisały małżeństwa mieszane, mamy dzieci rudych, ojcowie dzieci z niepełnosprawnościami. Osoby, które podobnie jak nasza rodzina doświadczyły przemocy. Tło nienawiści oraz agresji bywa różne, to nie jest tylko rasizm.

Te opowieści pozwoliły mi dostrzec, jak silne jest w naszej kulturze zamiatanie problemów pod dywan. Dowiedziałam się, jak często z osób, które zgłaszają przemoc, robi się wariatów i jak często dzieciom, które sygnalizują, że doświadczyły przemocy, zarzuca się, że konfabulują.

A tu nie ma mowy o konfabulacji – jest czysty lęk o własne życie.

Pani wpis na Facebooku był w kolejnych dniach szeroko komentowany i udostępniany. Co na to szkoła?

Milczała. To był najdłuższy tydzień naszego życia, dni mijały wolniej niż zawsze. Dyrektorka odezwała się do nas dopiero w czwartek.

Franek poszedł we wtorek do szkoły?

Wstaliśmy rano – cała rodzina wciąż w szoku, mocno poturbowana. Pytam synka, czy da radę iść do szkoły, a on odpowiada pytaniem: „Mamo, a co mam zrobić, kiedy oni znowu będą mnie bili?”. Poradziłam, by biegł do najbliższego nauczyciela i wołał o pomoc, a Franek odparł: „To jednak zostanę w domu”. Przez kilka dni – pomiędzy atakiem a dniem, kiedy nam powiedział – przeżywał w szkole potworny stres.

Potem przyznał, że znalazł w świetlicy szafę na plecaki, za którą był w stanie się wcisnąć. Gdy widział zbliżających się agresorów, biegł tam i się chował.

Dla siedmioletniego chłopca, ucznia pierwszej klasy, wyjście do szkoły było jak wyjście na front.

Atak na Franka to była pierwsza sytuacja, w której jedno z naszych dzieci doświadczyło przemocy fizycznej. Dlatego ta sytuacja nas powaliła. Z przemocą psychiczną w postaci wyzwisk byliśmy obeznani. I na takie sytuacje zawsze staraliśmy się reagować. Z mężem organizowaliśmy warsztaty w klasach, do których chodziły nasze dzieci. To czasem pomagało, dzieci z klasy były wobec nas przyjazne. Kiedy starsza, ośmioletnia córka doświadczyła w szkole szykanowania, koledzy stanęli w jej obronie. Jeden z nich został nawet poturbowany, gdy jej bronił. Kiedy siedział potem z kontuzjowaną nogą, powiedział: „Gdyby było trzeba, życie bym za ciebie oddał”. Wzruszająca jest postawa tego chłopca, ale sama sytuacja jest bardzo smutna – uznaję za porażkę dorosłych fakt, że dzieci muszą się werbować, jednoczyć, żeby walczyć o bezpieczeństwo w szkole.

W środę Franek również nie chciał iść do szkoły?

Tak. Ale uznałam, że jeżeli Franio kolejny dzień zostanie w domu, to jego lęk przed szkołą tylko się zwiększy. Oczywiście od razu mogłam uznać, że zmieniamy szkołę, tyle że ja nie chcę uczyć dzieci postawy ucieczkowej.

Zaproponowałam synkowi, że pójdę z nim do szkoły, siądę pod klasą i będę na niego czekać. I tak zrobiliśmy: poszliśmy razem do szkoły, ja siedziałam na korytarzu, a on po dzwonku sygnalizującym przerwę wybiegał do mnie.

Czwartek?

Zostaliśmy w domu. To siedzenie na korytarzu było jednak rozpaczliwe. Nie do zniesienia – i dla niego, i dla mnie. Oboje stwierdziliśmy, że nie damy rady.

W czwartek około południa dostała pani wreszcie sygnał ze szkoły.

Zadzwoniła dyrektorka, umówiłyśmy się na spotkanie kolejnego dnia. W piątek zaczęły się rozmowy z dyrektorką, pedagogiem, psychologiem.

Czy rodzice chłopców, którzy atakowali, spotkali się z państwem?

Bardzo mi na tym zależało. Z zawodu jestem mediatorką i bardzo wierzę w mediacje. Nie wierzę, że ścieżka wojenna może wprowadzić jakąś zmianę, bo do tego konieczna jest zmiana świadomości. Nie wierzę też w zmuszenie agresorów, by powiedzieli „przepraszam”, kiedy sami nie czują skruchy.

Nalegałam na profesjonalnego mediatora. Ale szkoła się nie zgodziła. Musiałam to uszanować, to nie mój teren.

Co działo się dalej?

Odbyły się mediacje bez mediatora, które były dalekie od mediacji.

Jakie były reakcje rodziców chłopców?

Reakcje były różne, od skruchy po reakcję bardzo nieempatyczną. W pewnym momencie któryś z rodziców zaproponował, abyśmy wyjęli komórki i sprawdzili, czy słowo „Murzyn” jest obraźliwe.

Jest coś takiego jak wtórna wiktymizacja i ja po tych „mediacjach” czułam się, jakby mi ktoś plastry poodrywał z ran.

Wszystko toczyło się własnym rytmem i wszystko działo się za późno. Rozmowy z dziećmi agresorami też były za późno. W przypadku przemocy szybkość reakcji to podstawowy warunek.

Jeżeli przez tydzień nikt nie porozmawiał z dziećmi o tym, co zrobiły, nikt nie napiętnował ich zachowania, to, po pierwsze, mogło wzmocnić ich poczucie bezkarności. Po drugie, mogło pozostawić wrażenie, że nie zrobiły nic nagannego. Po trzecie, dzieci mogły zapomnieć, co dokładnie się wydarzyło.

I stało się to wszystko.

Z taką procedurą i z tak niskimi kompetencjami, jeśli chodzi o mediacje, polska szkoła nie ma szans w starciu z nienawiścią. Nienawiść śmieje się nam w twarz.

Ale chyba wszystko zaczyna się w domu?

Jestem przekonana, że wszystko, co jest rasistowskie, przemocowe, związane z nienawiścią, dzieci wynoszą z domu. Nawet jeśli dzieci oglądają w telewizji czy w internecie treści, które potencjalnie mogą mieć na nie zły wpływ, to jednak wpływ rodziców jest silniejszy. Jeżeli rodzice korygują złe zachowania, to one nie będą eskalować, ale kiedy nienawistne zachowania są w domu wzmacniane, to przenoszą się do szkoły.

Czy wybierając szkołę dla swoich dzieci, myślała pani o rasizmie, który może im zagrozić?

Po tym, co w kwietniu spotkało Franka, trafiłam do telewizji śniadaniowej. Do rozmowy został zaproszony także Szymon Reich, który ma afrykańskie pochodzenie, fantastyczny człowiek. Dzień przed programem zadzwonił do nas, przedstawił się, chciał się przygotować do rozmowy, więc dopytywał o naszą sytuację. Był przekonany, że dzwoni do kobiety z głębokiej prowincji. Kiedy mu powiedziałam, że to wydarzyło się w szkole w centrum Warszawy, nie mógł uwierzyć.

Odpowiadając na pani pytanie: kiedy wybieraliśmy szkołę w Śródmieściu, w Warszawie, do której chodzi wiele dzieci obcokrajowców, zakładaliśmy, że to daje jakieś szanse, że będzie to miejsce dla naszych dzieci przyjazne. Daliśmy szkole pełny kredyt zaufania.

Jak pani zdaniem szkoła powinna zareagować na sygnał, że pomiędzy uczniami doszło do przemocy?

Kluczem są działania prewencyjne. Za wzór może posłużyć model skandynawski, w którym dzieci już od najmłodszych lat uczą się poprzez zabawę – warsztaty, gry planszowe czy aplikacje na telefon – rozpoznawania przemocowych sytuacji oraz identyfikowania swojej w nich roli jako ofiary, oprawcy lub świadka. W zależności od tego, w jakiej roli występują, wiedzą, jak mają się zachować. Wiedzą np., że świadek nie może być bierny i nie może milczeć. Że musi wysłać oprawcy sygnał, że ten źle postępuje. To jest kompletne odwrócenie naszego polskiego zamiatania pod dywan – tam nawet gdyby dorośli chcieli ukryć jakikolwiek incydent z udziałem dzieci, te od razu wyciągną go na powierzchnię.

Rodzina Nwolisów, od lewej: Elena (16 lat, córka Lidii z poprzedniego związku), Franek (8 lat), Arinze, Lidia, Bianka (9 lat), Alex (12 lat)Rodzina Nwolisów, od lewej: Elena (16 lat, córka Lidii z poprzedniego związku), Franek (8 lat), Arinze, Lidia, Bianka (9 lat), Alex (12 lat) Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Czy gdziekolwiek w polskich szkołach prowadzona jest tego typu edukacja?

Znam prywatne szkoły, które stosują porozumienie bez przemocy Marshalla Rosenberga (ang. Nonviolent Communication, NVC). Mam nadzieję, że są także szkoły publiczne, które bardzo poważnie i systemowo rozbrajają problem przemocy, tyle że dotąd nie miałam szczęścia na nie trafić.

Po śmierci prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza władze kilku miast zapowiedziały przeprowadzenie w szkołach lekcji na temat mowy nienawiści, dostrzegając związek między nienawistnym językiem a fizyczną przemocą. Środowiska związane z Kościołem i PiS-em oponowały, bo walka z mową nienawiści z absurdalnych powodów kojarzy im się nie z walką z przemocą, ale z seksualizacją dzieci. Tymczasem systemowe działania przeciw przemocy powinny być prowadzone we wszystkich szkołach bez wyjątku. W przeciwnym razie doprowadzimy do sytuacji, gdy bezpieczeństwo w szkołach stanie się przywilejem tych, których stać na prywatne placówki.

Pamięta pani, co przed wakacjami stało się w podstawówce w podwarszawskim Wawrze? Chłopiec zabił kolegę nożem na terenie szkoły. Przecież tam wszyscy wiedzieli, że chłopiec jest niebezpieczny, a mimo to nie udało się zapobiec tragedii. A agresywne dziecko jest jak tykająca bomba, która wcześniej czy później wybuchnie, jeśli nikt jej nie rozbroi.

Szkoła okazała się hermetycznym systemem, który sam nie jest w stanie się uleczyć, a zapewne nikogo z zewnątrz na jej teren by nie wpuszczono – z takich samych powodów, z jakich oponowano przeciwko zewnętrznemu mediatorowi w naszym przypadku.

Sytuacja z Wawra uświadomiła mi, że jeżeli władze szkół nie będą reagowały na przemoc, np. taką, jaka spotkała mojego synka, to takie wydarzenia jak w Wawrze za kilkanaście lat staną się codziennością.

Jeżeli będziemy przyzwalać na przemoc w pierwszej klasie, to za kilka lat nasze dzieci będą bały się chodzić do szkoły.

Jak szkoła powinna radzić sobie z agresywnym dzieckiem?

Bombę zwykle rozbraja się, rozłączając kabelki. W szkołach, w których funkcjonuje porozumienie bez przemocy, i nauczyciele, i dzieci potrafią rozmawiać w sposób, który rozłącza kabelki na bardzo wczesnym etapie. Przemoc powinna być traktowana jak alarm pożarowy. Gdy rozlega się dźwięk alarmu, wszyscy powinni wiedzieć, co robić.

Pomimo żalu do szkoły, złości na sytuację, która was spotkała, a przede wszystkim pomimo traumy, jaką dla całej waszej rodziny była przemoc wobec Franka, pani działania od początku były bardzo pokojowe. Np. nie zdecydowała się pani na oficjalną skargę do kuratorium, nie zaalarmowała pani Rzecznika Praw Dziecka.

Intuicyjnie czułam, że to jest wypowiedzenie wojny szkole, a tego nie chciałam. Choć wiem, że chroni nas kodeks karny i gdybyśmy zgłosili sprawę, zostałby uruchomiony prokurator, to nie jest droga, którą chcemy podążać. Podobnie jak nigdy nie przeszło mi przez myśl, by moje dzieci uzbroić, przygotowując je w ten sposób na kontakt z rasistami. Pod moim postem na Facebooku pojawiły się pytania, co jako matka kolorowych dzieci robię, by je chronić, a obok sugestia, że moje dzieci powinny już znać siedem sztuk walki, żeby nikt im nie podskoczył.

Tylko że ja nie chcę podążać drogą agresji. Nie chcę siać w swoich dzieciach strachu przed światem i ludźmi.

Pomimo rasizmu, którego wielokrotnie doświadczył w Polsce pani mąż?

Wielokrotnie doświadczył rasizmu, ale też wielokrotnie – dobra i empatii.

W jakich okolicznościach pani mąż tu zamieszkał?

Był piłkarzem, wypatrzył go selekcjoner z Europy. Mąż, który jeszcze wtedy nie był moim mężem, dostał wybór: Polska albo Niemcy.

Dlaczego wybrał Polskę?

Wszystkie filmy, które oglądał o Europie, sprawiły, że wyobraził sobie, że biali ludzie są aniołami. Uznał, że w Polsce, która była wtedy ojczyzną papieża, spotka tylko dobrych ludzi. To było 16 lat temu.

Jak wyglądało jego pierwsze spotkanie z krajem dobrych białych ludzi?

To było zderzenie z zimnem, bo przyleciał w listopadzie. A potem rzeczywiście wydarzyło się sporo rzeczy. Mąż jest poskręcany w paru miejscach na śruby, bo został zaatakowany na ulicy przez grupę rasistów przed lokalem, a ochroniarz podał im jeszcze metalowe krzesło, żeby mogli skuteczniej bić. To był środek Warszawy.

Z rasizmem spotykamy się często. Gdziekolwiek idziemy, załatwić paszport czy do warzywniaka, już po pięciu sekundach jesteśmy w stanie ocenić, czy mamy do czynienia z rasistą.

Kiedy kilka miesięcy temu poszliśmy do kina na film „Green Book”, to miałam sweter mokry od łez. Wszystko, co tam było, my przeżyliśmy. Przez pół seansu przepraszałam męża za to, jak on i jego bracia są traktowani.

Ale prawdą jest też, że zawsze jak doświadczaliśmy zła, to zaraz potem pojawiał się plaster ogromnej ilości dobra. Więc ostatecznie pojawiali się ci biali aniołowie, dla których mąż tu przyjechał. Pomagali, wspierali. Jak się dzieje coś rasistowskiego na ulicy, podchodzą ludzie, którzy płaczą – z bezsilności, ze współczucia. W ten sposób poznaliśmy wielu przyjaciół.

Skąd w osobie, której rodzina doświadczyła w życiu tyle zła, taka nieskończona wiara w ludzi?

Nie mogę myśleć inaczej. Jeśli nie będę optymistką, pozytywnie nastawioną do ludzi i świata, to utonę w tym gównie, które mnie otacza. Mam w sobie dyscyplinę, by codziennie rano zmusić się do myślenia, że jesteśmy bezpieczni i że jesteśmy otoczeni przez białych aniołów.

Pani chroni rodzinę. Rasizm nie dotyka pani bezpośrednio.

Rasista na ulicy krzyknął kiedyś do mojej córki: „Wracaj do Afryki!”. Ona potem pyta: „Ale gdzie ja mam wracać? Przecież nigdy jeszcze nie byłam w Afryce”.

Kiedy dzieci doświadczą rasizmu i przychodzą do domu złamane na pół, to gdy ja próbuję dać im empatię, czasem słyszę: „Mamo, ty nigdy tego nie zrozumiesz, jak to jest iść ulicą i słyszeć obelgę pod swoim adresem, bo ty idziesz ulicą i nie słyszysz takich słów”.

Co pani odpowiada?

Nie mam odpowiedzi. Ćwiczę się w empatii – by wiedzieć, choć nie doświadczam. Myślę też, że taka, jaka jestem, najbardziej mogę dzieciom pomóc – jestem łącznikiem między tymi dwoma światami.

Rasizm ma różne oblicza – kiedy byliśmy z mężem narzeczeństwem, spotkana w parku pani zdzieliła mnie parasolką, bo „nie wzięłam naszego”. Ale zdarzają się też takie sytuacje, że jesteśmy całą rodziną nad jeziorem, ktoś nas obserwuje, a potem podchodzi i mówi do jednego z naszych dzieci: „Jak ty ładnie mówisz po polsku”. Komuś może wydawać się to niewinne, ale taki z pozoru neutralny komunikat też może złamać, bo stawia dzieci w pozycji obcych. A one przecież są stąd, są Polakami, więc w jakim języku mają mówić. Zwykle w takich sytuacjach odpowiadamy: „Pan/pani też ładnie mówi po polsku”.

Jak pani dzieci przeżywają tego typu rasistowskie sytuacje? Czy z wiekiem jest łatwiej?

Każde dziecko, które ma jakąś inność, np. kolor skóry, musi znaleźć sposób na życie z tym. Kiedy obserwowałam dorastanie starszych dzieci, zauważyłam, że one w ramach budowania swojego ja znalazły koncepcję na to, jak żyć w Polsce z ciemnym kolorem skóry.

Mój starszy syn to potężny chłopak, który po podróży z tatą do Afryki odnalazł w sobie afrykańskie korzenie, zapuścił na głowie afro, które dziś nosi z dumą. Ma w sobie energię, bierze przyjaciół pod pachę i czasem oni bronią jego, ale też często on broni ich.

Córka jest ekstrawertyczna, silna, wygadana. To typ liderki. Ostatnio, gdy jakiś chłopak w szkole wyzywał ją od Murzynek, zareagowała słowami: „Pocałuj mnie w dupę, to wybieleję”.

Taką radę przeczytałyśmy pod moim postem na Facebooku, córka uznała ją za genialną i od razu wprowadziła w życie. Nawiasem mówiąc, rada okazała się skuteczna, bo chłopak zawstydził się, założył kaptur i odwrócił się na pięcie. Wiele osób mówi, że z wiekiem jest łatwiej. Przy dobrych wiatrach dzieci stają się silniejsze. Nie lubię tego powiedzenia, że co cię nie zabije, to cię wzmocni, ale prawda jest taka, że jest szansa, by ze swojej odmienności uczynić atut. I moje starsze dzieci idą w tym kierunku.

Niestety, Frania, naszego najmłodszego członka rodziny, złapało w momencie, gdy był najbardziej bezbronny, najsłabszy, kiedy jeszcze nie znalazł sposobu na siebie.

Wspomniała pani, że rozważała zmianę szkoły. Jaka jest ostateczna decyzja? Gdzie Franio i jego rodzeństwo poszli 1 września?

Dzięki temu, że my, rodzice, zrobiliśmy raban, czyli okazaliśmy dzieciom pełne wsparcie, one poczuły się silniejsze i postanowiły zostać. To, że zwerbowaliśmy innych rodziców i zorganizowaliśmy w szkole serię warsztatów o różnorodności, też bardzo pomogło.

Od początku wiedzieliśmy, że zmienimy tę szkołę. Nie byliśmy pewni, czy zmienimy ją na inną, ale podjęliśmy decyzję, że ją odmienimy na taką, która nie jest bezsilna wobec przemocy.

Wierzę, że razem zmienimy ten kraj, choć moje dzieci płacą za to wysoką cenę. Ale to one są prawdziwą szansą Polski na tolerancję. Jak mawia mój mąż: „Lepsza Polska jest możliwa”.

Lidia Nwolisa – trenerka, pierwszy w Polsce coach biznesowy akredytowany przez ICF, mediatorka NVC, prezeska fundacji na rzecz dzieci, prywatnie mama czworga dzieci

***

Tekst pochodzi z magazynu "Wysokie Obcasy", który ukaże się 14 września. WO do kupienia razem z "Gazetą Wyborczą".

Okładka WOOkładka WO