Joanna Pajkowska jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Paulina Reiter: Była pani nienasycona? Nie wystarczył pani poprzedni rejs?

Joanna Pajkowska: Nie wystarczył. Był świetny, ale nie był tym, co sobie wymarzyłam – samotnym rejsem dookoła świata bez zawijania do portów. Płynęłam na małej łódce, osiem i pół metra, wszystko szło zgodnie z planem aż do Przylądka Dobrej Nadziei, gdzie trafiłam na sztorm. W prognozach był jeszcze większy sztorm. Oceniłam, że to może być za dużo na mój mały jacht, i schroniłam się w Port Elizabeth na południu Afryki.

Czuła pani zawód?

Nie. Uważam, że podjęłam słuszną decyzję, rozsądną. Lubię wyzwania, ale życie jest mi miłe. Nigdy sobie tego nie wyrzucałam. Po co mam się bić po głowie? Ale niedosyt został.

Czyli jak się nadarzyła okazja, to znów panią pociągnęło?

To, niestety, trwało dziesięć lat. Moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na kupno jachtu odpowiedniego do pływania w najtrudniejszych rejonach kuli ziemskiej. I nie za bardzo umiem szukać sponsorów. Polski Związek Żeglarski wspiera żeglarstwo olimpijskie, na takie pływanie jak moje nie ma pieniędzy.

W końcu pożyczyłam łódkę od znajomego niemieckiego żeglarza Uwe Röttgeringa. On na niej opłynął świat i pokazywał mi ją z dumą, ze wzruszeniem, bo człowiek wiąże się emocjonalnie z rzeczami martwymi, a co dopiero z jachtem, na którym spędził tyle dni w dobrych i złych warunkach. Jak Uwe pokazał mi tę łódkę, od razu pomyślałam, że byłaby dobra na mój rejs. Ale nie odważyłam się poprosić. Dopiero jak się bardziej zaprzyjaźniliśmy, zapytałam i Uwe się zgodził.

Jak wygląda przygotowanie do takiego rejsu?

Trudność polega na tym, że nie będzie możliwości uzupełnienia zapasów po drodze. Wszystko biorę ze sobą. Przewiduję różne naprawy, gdyby coś się zepsuło, muszę mieć narzędzia, części zapasowe. Zapakować za dużo nie można, bo im łódka cięższa, tym wolniejsza i bardziej podatna na uszkodzenia, ponieważ większe siły działają na maszt, takielunek. Trzeba wypośrodkować.

Więc co bierzemy?

Wodę. Co prawda teraz są odsalarki, które przetwarzają wodę morską w pitną, ale takie urządzenie może się popsuć. Co wtedy? Człowiek bez wody długo nie pociągnie. Postanowiłam wziąć zapas wody słodkiej na cały rejs.

Ile litrów?

550. Tej wody używałam tylko do picia, myłam się morską, żeby pitnej nie marnować, i bardzo oszczędnie nią gospodarowałam, aż za bardzo – 180 litrów mi zostało. Liczy się według normy dwa litry na dobę, ale ja mało piję.

Jeśli chodzi o jedzenie, to nie chciałam żadnych słoików – to kłopot, jak się wszystko potłucze w czasie sztormu. Ale wzięłam kilka z domowymi przetworami, od przyjaciółki, i były pyszne, doceniłam je na środku oceanu i żałowałam, że mam tak mało. Jadłam głównie dania liofilizowane. Są bardzo smaczne i je się w opakowaniu, nie trzeba zmywać. Ale nie są tanie, 30 zł za obiad. Na śniadanie płatki owsiane z suszonymi owocami, dużo krakersów, pasztety itp. Oprócz tego trochę owoców, jabłka, pomarańcze nieźle się trzymają, wystarczyły na prawie miesiąc.

Co jeszcze?

Krem z filtrem, leki. Książki na Kindle’u.

Jest czas poczytać?

Przeczytałam 75, to chyba nieźle jak na 216 dni.

Nieźle. Co pani czytała?

Niezbyt ambitną literaturę, dużo kryminałów, odkryłam Zygmunta Miłoszewskiego. Fajny, człowiek się wciąga i przestaje się martwić, że jakiś sztorm idzie. Można się odstresować.

„Fanfan”, którym pani popłynęła, jest większy niż poprzedni jacht. Ma 12 metrów.

40 stóp. To fajna wielkość. Przy przepływaniu wokół przylądków na południu te dodatkowe kilka metrów się przydało. W środku było mi bardzo wygodnie, mimo że mi woda w baniakach i jedzenie zajęły trochę miejsca. I mogłam stać, bo to wysoka łódka. Ja wszystkiego mam metr sześćdziesiąt, spokojnie się mieściłam.

Czy 216 dni i 16 godzin samotności to dużo?

Mnie moje towarzystwo nie męczy i nie nudzi. To samotność z wyboru, chciałam być sama, więc nie była dla mnie trudnością.

Może dlatego, że nie miałam rodzeństwa? Byłam przyzwyczajona. Nie jestem jakimś odludkiem, jestem raczej towarzyska, ale w tej sytuacji, jeśli postawiłam sobie taki cel, to zrozumiałe, że chciałam tej samotności.

A zmęczenie?

Czy w samotnym rejsie jest zmęczenie? Jest. Ale ja już pływam samotnie od lat, więc nauczyłam się gospodarować swoimi siłami, nauczyłam się spać samotnie, wchodzić w taki rytm, że nie czuję zmęczenia. Po prostu jestem już doświadczona. Na początku, gdy wypływałam sama, to miałam halucynacje, słyszałam głosy. Wydawało mi się, że są ze mną inne osoby na jachcie, siedzimy, gadamy, pijemy kawę, ja wychodzę na pokład zmienić żagle, a oni nie. Nawet się złościłam, że do gadania to są chętni, a do pomocy nikogo. Potem się z tego śmiałam, ale zdaję sobie sprawę, że to jest niebezpieczne. Ważne jest, żeby nauczyć się spać w takich warunkach, bo nie da się odzwyczaić od spania. Na adrenalinie można trochę dłużej bez snu wytrzymać, ale żeby płynąć siedem miesięcy, trzeba być przytomnym, by podejmować rozsądne decyzje.

Joanna PajkowskaJoanna Pajkowska Fot. Rafał Masłow

Jaki jest ten rytm, który sobie pani wypracowała?

Śpię 45 minut, budzę się, wstaję, popatrzę, czy się nic złego nie dzieje, poprawiam żagle, coś skoryguję i znów idę spać na 45 minut. Nawet nie muszę nastawiać budzika, sama się budzę. Staram się spać w nocy, jeśli się nie udaje, odsypiam w dzień. Umiem rozmawiać ze swoim organizmem, przekazać mu, że coś ma tak i tak zrobić. Żeglarze wyrabiają w sobie specyficzną czujność, nawet gdy śpię, to słyszę, jak wiatr się wzmaga. A to oznacza, że muszę wyjść, zmniejszyć ilość żagla. W rejsie nie słucham muzyki, choć czasem pewnie byłoby miło posłuchać piosenki, a nie tego wyjącego, czasami przerażającego wiatru.

Czy to jest ciężka praca fizyczna?

No, żeby zmienić żagle, trzeba się trochę napracować. Ale przecież pani widzi, że ja nie jestem żadną atletką, pewnie jakbym miała więcej siły, zrobiłabym coś szybciej, a tak sobie robię wolniej i to nie jest koniec świata. Nie będę się krygować, skończyłam 60 lat.

To inspirujące. Dlaczego pani się to udało? Co jest w pani takiego, co umożliwiło dokonanie takiego czynu?

Potrafię być zdeterminowana.

Uważam, że połowa sukcesu jest w głowie. Wierzę w to. Tego się nauczyłam na morzu – wiary w swoje siły.

Pozytywnie podchodzę do zadań, nie dramatyzuję. Spokojnie analizuję, jak coś osiągnąć. Jeśli tracę humor, bo jest trudno, przypominam sobie, że przecież robię to z własnej woli, za własne pieniądze, dla własnej przyjemności. Gdy miałam jakieś trudności – złamane żebra, pogoda daje w kość, jest zimno, mokro – mówiłam sobie: „To zaraz przejdzie, będzie lepiej”. A potem: „Ach, znowu się udało”.

W pewnej chwili wysiadł pani autopilot, który steruje.

Przy samotnej żegludze to ważne urządzenie, które steruje za człowieka. Człowiek nie może sam cały czas sterować. Jako urządzenie awaryjne miałam na pokładzie samoster, który sterowany jest wiatrem, nie elektroniką. Świetnie się spisał. Zanim go uruchomiłam, sterowałam sama przez 16 godzin. To był taki trochę trudny moment, bo pojawia się zmęczenie, człowiek przysypia, wiadomo, coś by się zjadło, napiłoby się, do toalety poszło. Akurat wtedy były duże fale, przed przylądkiem Horn. Ale jak człowiek musi sobie dać radę sam, to daje.

Niesamowicie pani potrafi umniejszyć grozę i powagę swojego wyczynu. Może pani spróbować przez chwilę tego nie robić?

Faktycznie, ludzie mi mówią, że opowiadam o tym rejsie, jakby to było nic takiego, niedzielna wycieczka na Hel. Płynęłam trudną trasą, na oceanach południowych, gdzie są najtrudniejsze warunki, ogromne fale, nawet 12-metrowe. Łódź trzeba kontrolować, żeby nie płynęła za szybko, bo zjazd z takiej fali z dużą prędkością może być niebezpieczny. Trzeba uważać, żeby nie ustawić się bokiem do fali, łódka może się przewrócić, co może się skończyć złamaniem masztu lub urwaniem steru, wtedy to koniec rejsu. Gdy jest się w dole takiej fali, dookoła nic nie widać, tylko następną falę z tyłu. Lepiej nie patrzeć. Były takie momenty, kiedy wszystkie paznokcie obgryzłam. Ale cały czas sobie powtarzałam, że jestem tu dla przyjemności. Że jest trudno, ale to się musi skończyć.

Ale wie pani, już minęły dwa miesiące od ukończenia rejsu i teraz, patrząc z perspektywy, to mi się wydaje, że na oceanie zawsze jest fajnie. Już zapomniałam o tych trudnym momentach.

Taki rejs to jest doświadczenie czego? Wolności?

Dla mnie to realizowanie marzenia, postanowienia. Mam takie spotkania, gdy opowiadam ludziom o rejsie i często podchodzą potem do mnie kobiety, zauważyłam, że są bardziej spontaniczne niż mężczyźni. Mówią, że czują się podbudowane moją opowieścią, że też chcą coś ciekawego zrobić w życiu. Przecież nie muszą płynąć dookoła świata, można realizować dużo mniejsze marzenia i to daje równie ogromną satysfakcję.

A ponieważ mój rejs skończył się sukcesem, to teraz żyję w euforii. Wszyscy mnie chwalą. Okazuje się, że to już nie tylko realizacja mojego prywatnego marzenia, ale że to też wielkie wydarzenie, i ludzie powtarzają mi, że na palcach dwóch rąk można policzyć kobiety, które tego dokonały.

Nie myślałam w tych kategoriach, tylko o tym, że ja tego dla siebie bym chciała.

Skąd się wzięło to pani marzenie o morzu? Pani jest z Warszawy.

Pierwszy kontakt z morzem miałam na studiach, poczułam, że tam jest fajnie. To było we wczesnych latach 80. Inaczej to żeglowanie wyglądało niż dziś, nie było oddychających ubrań, GPS-ów. Teraz nawigacja jest dużo łatwiejsza. To największa rewolucja w żeglarstwie. Ja uważam, że to świetne, bo jest bezpieczniej.

Byłam na SGPiS-ie, dziś to SGH. Nie byłam przekonana, że to moje powołanie życiowe, studia nie zajmowały mi dużo czasu, więc zapisałam się do Warszawskiego Klubu Jachtowego. Kluby były dofinansowane przez państwo, nie trzeba było mieć majątku, by pływać. Któregoś dnia kolega z klubu przyszedł i mówi: „Słuchajcie, szukamy kogoś, kto będzie nam gotował obiady. Zaczynam budować jacht”. To były wakacje, akurat nigdzie nie wyjeżdżałam, więc mówię: „To ja chcę”. Jakie ja miałam pojęcie o gotowaniu? Niewielkie. Gotowałam dla swojego psa, umiałam zrobić rosół i krupnik, bo to jadł.

Od tego się zaczęło. Nie miałam wtedy pojęcia o żeglowaniu ani o budowaniu jachtów, niby skąd? Więc tam przyjeżdżałam, w hali, gdzie budowany był jacht, gotowałam obiady i ponieważ coraz bardziej mi się tam podobało, to włączyłam się w budowę łodzi. Coraz wcześniej przyjeżdżałam, coraz później wyjeżdżałam. A potem się zakochałam.

W tym chłopaku od jachtu?

Tak. Szybko uczyłam się tam wszystkiego, żeby dobrze wypaść, bardzo się starałam. Nauczyłam się tych wszystkich kombinerek, śrubokrętów, całego tego budowania, wiedziałam, gdzie po sklejkę pojechać, żeby zdobyć, gdzie po epoksydy. Całe dnie tam zaczęłam spędzać, bo i gotowałam, i budowałam. W Polsce było wtedy dość szaro, a tam było fajnie. Zbudowaliśmy piękny trimaran, bardzo szybką jednostkę trzykadłubową, pierwszą taką w Polsce.

Przy tej budowie były jakieś inne dziewczyny?

Nie, byłam jedyna. Ale mogę powiedzieć, że nikt mnie nie traktował jakoś inaczej – ani lepiej, ani gorzej. Obiady gotowałam, ale sama się zgłosiłam przecież. Nikt mi nie mówił, żebym mu zrobiła kawę. Oglądałam ostatnio film „Maiden” o Tracy Edwards, która z pierwszą kobiecą załogą opłynęła świat w 1989 roku, i widziałam, że dziewczyny, Angielki, naprawdę musiały się przepychać łokciami, żeby je poważnie traktowano. Może dlatego, że to takie mieszczańskie społeczeństwo, gdzie kobieta powinna zajmować się tylko domem i dziećmi? W Polsce tak nie było wtedy. Mnie chłopcy traktowali równo.

I popłynęła pani tym trimaranem?

Tak, ale na kanale La Manche mieliśmy wypadek. Łódka się wywróciła, nas podjął statek, ale ratując nas, na naszych oczach rozłupał naszą łódź. Straciliśmy ją. Już jak wracaliśmy do Polski, mój chłopak układał plan budowy następnej. Więc jak tylko wróciliśmy, zaczęliśmy budować katamaran, łódkę dwukadłubową, 45 stóp długości. Nim popłynęliśmy przez Atlantyk w regatach szlakiem Kolumba, start był w 1984 roku.

I jak?

Dużo mieliśmy problemów. Przecież wtedy w Polsce niczego nie było, rzeczywistość była dość siermiężna. Pamiętam, jak wyrzucaliśmy ciężkie, niedziałające akumulatory za burtę, bo były tylko niepotrzebnym ciężarem. Nie mogliśmy się porównywać z zachodnimi jednostkami, byliśmy ciężcy, ciągle coś się psuło, rwało. Ale dopłynęliśmy na drugą stronę, ukończyliśmy te regaty. Budziliśmy dość duże zainteresowanie przez to, że przybyliśmy zza żelaznej kurtyny.

Wróciliście?

Tak. Ale nie od razu, bo była zima. Postanowiliśmy ją przeczekać na Karaibach. Ładnie, ale jak się nie ma pieniędzy, to nie jest różowo. Szukaliśmy jakiejś pracy, żeby coś zarobić, jedliśmy mielonkę z puszki przywiezioną z Polski. Nie narzekałam, dla mnie to było super. I chyba wtedy pojawił się w mojej głowie pomysł samotnego żeglowania, bo Wojtek, mój ówczesny chłopak, miał pomysł, żeby startować w samotnych regatach przez Atlantyk. Pomyślałam, że też bym dała radę, ale on ma łódkę, a ja nie. Potem się rozstaliśmy, to był trudny związek. Ale nie patrzę źle na ten okres, bo się dużo od niego nauczyłam. I przejęłam jego marzenie. Jemu nie udało się go nigdy zrealizować, a mnie jednak tak. Za to marzenie jestem mu wdzięczna.

Po rozstaniu zostałam bez mieszkania, bez niczego. Postanowiłam, że wyjadę do pracy do Anglii, żeby zarobić pieniądze. Wizę dostałam na dwa miesiące. Miałam znajomą w Anglii, mieszkała na wsi w Devon i miała owce. I ja, kobieta z miasta, nagle znalazłam się na tej wsi.

Została pani pastuszką?

Tak. Wysłano mnie na kurs „basic shepherd”, ukończyłam go, dostałam certyfikat, gdzieś go mam, powinnam w ramki oprawić. Największym przeżyciem dla mnie było to, że trzeba pomagać przy narodzinach owieczek. Wkłada się rękę w tę owcę i wyciąga młode, bo to jedna łapka mu się zaprze, to się źle ułoży. Potrafiłam całymi godzinami pilnować, żeby te owce się rodziły jak trzeba. Ludzie mówią: „Ucz się ucz, bo będziesz owce pasał”, a dla mnie to było wielkie przeżycie. Po raz pierwszy jeździłam traktorem. Wiejskie życie strasznie mi się spodobało. Z tych dwóch miesięcy wyszło w końcu 13 lat w Anglii.

13 lat przy owcach?

Nie, przy owcach przez rok, póki nie dostałam pozwolenia na pracę. Potem poznałam takiego faceta, co kładł dachy z trzciny, więc mu w tym pomagałam, wiązałam tę trzcinę. To też mi się podobało, fajna robota, coś naturalnego. On uważał, że fantastycznie pracuję, że mam niesłychany zapał.

Ale ciągle rozglądałam się za pracą przy łódkach. I znalazłam. Zaczęło się od czyszczenia jachtów. Pracowałam ciężko, szef to doceniał, wysłał mnie na jeden kurs, na drugi, jakieś zaoczne studia techniczne. Byłam jedyną kobietą w klasie, mnie to zdopingowało, byłam najlepsza w grupie. Potem zrobiłam jeszcze kurs operatora dźwigu. Wyciągałam i wodowałam jacht, włosy rozwiane, apaszkę wiązałam na szyi, okulary słoneczne – niech patrzą, jak kobiety potrafią.

Joanna Pajkowska podczas rejsuJoanna Pajkowska podczas rejsu Fot. archiwum prywatne

Pływała pani?

Bardzo dużo, w każdej wolnej chwili. Tu się wciągnęłam do jednej załogi, tam do drugiej, startowałam w różnych regatach, każdy urlop, wszystkie weekendy spędzałam pod żaglami.

Dlaczego wróciła pani do Polski?

To dość śmieszne. Przyjechałam na jakieś dwa tygodnie do Polski i się zakochałam w moim obecnym mężu, który akurat przez ostatnie 13 lat też mieszkał poza Polską, w Australii, i też przyjechał na chwilę do Polski. Już tu zostaliśmy. Alek także żeglował. Jest ode mnie o 11 lat starszy, więc poznał morze wcześniej niż ja. Ale on nigdy nie uważał, że samotne żeglarstwo ma jakiś sens, dla niego to zajęcie towarzyskie. A ja lubię pływać sama. I nie idzie mi wydawanie poleceń, dyrygowanie ludźmi, zwłaszcza jeśli są starsi, a ja miałabym im powiedzieć: „Zrób to czy tamto”.

To może być związane z tym, że jest pani kobietą?

Możliwe, nie wiem. Z czasem nauczyłam się być bardziej asertywna. Jak ludzie do mnie mówią „pani kapitan”, to czuję, że mogę wziąć tę odpowiedzialność. Ale nie lubię starej polskiej szkoły, że kapitan po wojskowemu wydaje komendy i jest traktowany jak sam Pan Bóg. Oczywiście dbam o bezpieczeństwo, trochę dyscypliny musi być, ale bez jakiejś musztry. Nie tak, że wszyscy dookoła skaczą, a kapitan siedzi i pyka fajkę.

Czy przez te lata pływania pani płeć to był jakiś temat?

Dość często. Zwłaszcza w Anglii. Bardzo przyzwoicie płatnym zajęciem jest przeprowadzanie łódek – ktoś gdzieś popłynął, ale nie miał już urlopu, by wrócić, i jacht trzeba przeprowadzić. Czasami na mój widok – niedużej blondynki – dziwili się. Dopytywali, czy kapitan przyjedzie. „Nie – mówiłam. – To ja jestem kapitanem”.

Kiedy zaczęła pani realizować to marzenie, które przejęła pani po chłopaku?

Są takie regaty, Ostar, które odbywają się co cztery lata. Pierwsze odbyły się w 1960 roku, płynęła w nich legenda żeglarstwa Francis Chichester. To był pomysł jego i jego kolegów, by samotnie przeprawić się przez północny Atlantyk. W tamtych czasach to się wydawało niemożliwe, że człowiek jest w stanie coś takiego zrobić. Wojtka, mojego byłego chłopaka, marzeniem było płynąć właśnie w tych regatach.

Popłynęła w nich jako pierwsza Polka w 1972 roku Teresa Remiszewska. Dopłynęła, choć pękł jej maszt, popsuł się akumulator i nie miała łączności ani świateł.

Jej łódka była źle przygotowana do rejsu, bo nie podchodzono do niej poważnie jako do kobiety. Niedawno wznowiono jej piękną książkę „Z goryczy soli moja radość”, która opowiada o tym rejsie. Jej córka Danka spotkała się ze mną przed moim rejsem i powiedziała mi, że realizuję marzenie jej mamy i że trzyma kciuki, żeby mi się udało. To mnie bardzo wzruszyło, bo to było wielkie marzenie Teresy Remiszewskiej, jej wielka idea, żeby kobieta, Polka, opłynęła świat. Jej się to, niestety, nie udało.

Gdy przepłynęliśmy w latach 80. tym jachtem, który zbudowaliśmy sami, przez Atlantyk, to Amerykanie, których poznałam, pytali mnie o marzenia życiowe.

W Polsce marzeniem wtedy było, żeby zdobyć jedzenie. No, może nie było aż tak dramatycznie, ale na pewno nie wychowywano nas, by marzyć. Tam natomiast wszyscy rozmawiali o ambicjach, o marzeniach. Zrozumiałam, że marzenia trzeba mieć.

Potem w Anglii ludzie też mnie pytali, czy wiem, czego chcę w życiu. I ja zrozumiałam, że chcę wystartować w samotnych regatach przez Atlantyk. Ale wstydziłam się o tym mówić. Wydawało mi się to głupie. Wszyscy ludzie pracują, żeby mieć większy dom, żeby kupić lepszy samochód, a ja chcę samotnie przepłynąć Atlantyk. No, wstyd.

Ale kiedyś, po kilku kieliszkach wina, zaczęłam opowiadać o tym marzeniu. Tylko że – dodałam – nie mam łódki.

Więc teraz wszystkim powtarzam, że o marzeniach trzeba mówić, nawet jeśli wydają nam się głupie, wstydliwe. Jeśli marzenie w człowieku siedzi i jest odkładane ciągle na później, to nie jest to żadna droga, by do niego dojść. Trzeba być wyjątkowym człowiekiem, żeby tak się zawziąć i umieć je zrealizować. Natomiast jak się zaczyna o nim mówić, to ktoś coś podłapie, ktoś to usłyszy i możliwe, że będzie chciał nam pomóc. Ten facet może się we mnie trochę podkochiwał, bo zaproponował, że kupi jacht i mi go udostępni. Dla niego 30 tys. funtów to była jakaś normalna kwota, dla mnie – zupełnie nieosiągalna. Załatwiłam kilku małych sponsorów: na jedzenie, na wpisowe, na remont łódki. Wszystko na niej robiłam sama. Było przy tym dużo ciężkiej pracy. Udało się. Wystartowałam, ukończyłam z dobrym wynikiem. To była szybka nauka samotnego żeglowania. Był rok 2000.

Bała się pani?

Nie. Wreszcie miałam łódkę i mogłam startować. Wielka adrenalina, wielkie emocje. Byłam nakręcona. Regaty były trudne, jedne z najtrudniejszych w historii, sztorm za sztormem, skończyła mniej niż połowa jachtów, które wystartowały. Mnie się udało.

Duża satysfakcja?

Olbrzymia. Urosłam w swoich oczach. Oczywiście nie miałam szans wygrać, ale w swojej klasie zajęłam czwarte miejsce i byłam jedyną kobietą. To był dla mnie przełomowy moment, nabrałam pewności siebie. A wcale nie byłam już taka młoda, miałam 42 lata.

Często słyszę od kobiet, że to najfajniejszy wiek.

To prawda. Już się wie, czego się chce, już jakoś się człowiek życiowo ustawił. Trudnością może być dla żeglarki, jeśli ma wtedy małe dzieci, którymi trzeba się zająć. Wtedy trudno wypłynąć, zostawić je.

Terasa Remiszewska zostawiła pod opieką swojej mamy.

I trochę było krytyki, że jest „wyrodną matką”. Gdy ojciec wypływa, to nikt mu nie wytyka, że zostawił dzieci. Ja wybrałam, żeby nie mieć dzieci. Nigdy nie czułam potrzeby i nadal nie mam do siebie żalu, że dzieci nie miałam.

I co potem? Pomyślała pani, że Atlantyk to za mało?

Wszyscy mnie pytali: „I co teraz?”. To ja natychmiast: „Teraz popłynę dookoła świata samotnie. Atlantyk mam za sobą, tyle się nauczyłam, nabrałam pewności siebie”. Bo nigdy nie byłam pewną siebie osobą, dopiero morze mnie tego nauczyło. Chociaż nadal mam takie głupie momenty, że wstydzę się zapytać, która godzina albo czy ten autobus tu staje.

Ale znów to trochę trwało, dziesięć lat.

Tak. W 2009 roku zaprzyjaźniony konstruktor ze Szczecina Andrzej Armiński udostępnił mi jacht Mantra 28. Chciałam płynąć trasą wokół trzech przylądków, która jest trasą trudną. Andrzej powiedział: „Wiesz, ta łódka jest trochę za mała na te oceany południowe”. Nie chciałam płynąć przez Kanał Panamski, bo żeby przejść przez kanał, muszą być na pokładzie cztery osoby do cum i pilot. Ja chciałam przejść sama całą trasę. W końcu jednak wybrałam tę trasę, ale nie chciałam kanału wliczać do trasy samotnego rejsu – więc zaczęłam rejs po jego jednej stronie, a zakończyłam po drugiej. Potem było mnóstwo krytyki, że nie opłynęłam świata, bo mimo że opłynęłam 360 stopni, to zaczęłam w innym punkcie, a w innym skończyłam.

Drugi raz płynęła pani już przez trzy przylądki.

To jest trasa dużo trudniejsza, jedyna, którą się da opłynąć dookoła świat tak rzeczywiście samotnie, nie zawijając do portu, z punktu wyjścia do punktu zakończenia, z północnej półkuli. Planowałam ten rejs tak, by już nikt do niczego nie mógł się przyczepić.

Tyle rozmawiałyśmy o tym, co zapakować, ile się śpi, co się je, o sprawach technicznych. Zapomniałam zapytać, czy to, co pani widziała, było piękne.

Tak. To, co widziałam, jest przepiękne. Dla mnie przyroda jest bardzo ważna. Gdy płynie się przez oceany, spotyka się zwierzęta morskie, ptaki. Większość naszej planety to oceany i rzeczywiście są one olbrzymie, lądów jest mało, i ja płynę sobie przez te oceany, ptaki do mnie podlatują, siadają na łódce, odlatują. Podpływają delfiny, wieloryby, żółwie. Pojawiają się sztormy, które też są częścią przyrody. Są wschody i zachody słońca, każdego dnia inne, niepowtarzalne. Nocą gwiazdy, niesamowity widok, bo niezakłócony światłami lądu. Na środku oceanu człowiek może doznać niesamowitych przeżyć. Poczuć, że jest bardzo mały.

Gdy są sztormy, czuję, że ciągle negocjuję moją obecność. Ludzie mówią, że walczą z żywiołem. To nie mój styl. Ja nie jestem do oceanu źle nastawiona, więc z nim nie walczę, próbuję się z nim ułożyć, dogadać.

Czasami człowiek musi pogadać, więc mówię do wiatru, do fal: „No, już dobrze, już wystarczy, już dobrze”.

Gdy wracała pani z rejsu, to było pani trochę smutno, że to się już kończy?

Trochę smutno. To są takie mieszane uczucia. Z jednej strony satysfakcja, że coś sobie założyłam i się udało to osiągnąć. Ja jestem w jednym kawałku, łódka w jednym kawałku. Fajnie się skończyło. A z drugiej strony żal, że już koniec wielkiej przygody, koniec tych fantastycznych chwil. Szybko zapominam o złych momentach. Jak ktoś mnie zapyta: „A kiedy było najtrudniej?”. Ja mówię: „Już chyba nie pamiętam. Było ekstra! Było super!”.

To teraz pani została bez marzenia?

Okropne, prawda? Więc ja już oczywiście pracuję nad tym, żeby coś wymyślić.

Dziękujemy fundacji Rok Rzeki Wisły za udostępnienie szkuty „Dar Mazowsza”, www.rokwisly.pl; oraz Wiktorowi Strumille i Jakubowi za udostępnienie szkuty „Oskar Kolberg”

***

29 OOO MIL MORSKIEJ PODRÓŻY

28 kwietnia 2019 r. Joanna Pajkowska ukończyła samotny rejs non stop dookoła świata. Wyruszyła 23 września 2018 r., rejs trwał 216 dni i 16 godzin, start i meta miały miejsce w Plymouth w Anglii. Trasa wiodła przez Atlantyk na południe, dookoła Przylądka Dobrej Nadziei, dalej przez Ocean Południowy, dookoła przylądka Leeuwin (Australia), południowy Pacyfik, dookoła przylądka Horn i powrót przez Atlantyk na półkulę północną do Plymouth. Pajkowska żeglowała aluminiowym jachtem „Fanfan” liczącym 40 stóp (12 metrów).

Tym samym żeglarka jest czwartym polskim żeglarzem, który dokonał tego wyczynu, i pierwszą kobietą.