Anna Misiewicz jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Rozmowa z Anną Misiewicz, bohaterką filmu „Tylko nie mów nikomu”

Magdalena Karst-Adamczyk: W filmie „Tylko nie mów nikomu” powiedziała pani do księdza, który skrzywdził panią w dzieciństwie: „Nigdy nikomu o tym nie mówiłam”. Nigdy? Nikomu?

Anna Misiewicz: Najbliżsi nie wiedzieli. Ani rodzice, ani rodzeństwo, ani mąż. Wyznałam im prawdę kilka miesięcy temu, kiedy zdecydowałam się wystąpić w filmie Tomka Sekielskiego. Wcześniej, przez 32 lata, milczałam.

Domyślam się, że to były trudne rozmowy.

Bardzo. Rodzice mocno to przeżyli.

Na początku wahałam się, czy w ogóle im powiedzieć. Kalkulowałam: na wsi nie ma internetu, a skoro film będzie dostępny tylko na YouTubie, gdzie pewnie obejrzy go kilka tysięcy osób, może nie warto? Może się nie dowiedzą?

Dlaczego łatwiej było powiedzieć o tym, co panią spotkało, przed kamerą, niż wyznać to najbliższym? Dlaczego nie powiedziała pani rodzicom wcześniej?

Nie chciałam zniszczyć im życia.

Kiedy byłam dzieckiem, rozważałam, czy powiedzieć im prawdę. Nie miałam wątpliwości, czy mi uwierzą. Wiedziałam, że uwierzą i że tej sprawy nie zostawią. Ale wiedziałam też, że nie uwierzy społeczność, w której żyjemy. Że ludzie uznają mnie w najlepszym wypadku za kłamczuchę, w najgorszym – za wariatkę, którą trzeba leczyć, może nawet zamknąć w jakimś zakładzie. Że staną murem za księdzem. Wiedziałam, że potem w naszej wsi nie będzie już dla nas życia i będziemy musieli się stamtąd wynieść. A dla rodziców dom po dziadkach, ziemia, praca na roli były wszystkim, co mieli. Zastanawiałam się: jak oni zostawią ten dom rodzinny? Jak sobie poradzą, zaczynając wszystko od nowa? Myślałam, jakie to będzie trudne dla całej mojej rodziny. Postanowiłam nie mówić.

A jak na to, że teraz zdecydowała się pani powiedzieć, wpłynęło to, że została pani mamą? Kilka miesięcy temu głośno było o filmie „Leaving Neverland” o molestowaniu dzieci przez Michaela Jacksona. Obaj bohaterowie, dziś dorośli mężczyźni, przez całe życie wypierali przeszłość, umniejszali to, co się stało, i chronili sprawcę, którego kochali. A potem urodziły się ich dzieci i po raz pierwszy zobaczyli swoje doświadczenia z dzieciństwa w skali jeden do jednego.

To chyba też jest klucz do zrozumienia mojej historii. Dopóki spoglądałam na to, co mnie spotkało, w kontekście tylko własnego doświadczenia, mogłam myśleć – i często myślałam – że to nieważne, bo wielu ludzi doświadczyło straszniejszych rzeczy.

Ale kiedy w podobnej sytuacji wyobraziłam sobie swoje dziecko, to już nie byłam w stanie dłużej się oszukiwać, że ta krzywda, którą wyrządził mi ksiądz, to nic takiego.

Czy wtedy, jako dziecko, wiedziała pani, że to, co robi ksiądz, jest złe?

Z jednej strony tak, z drugiej nie.

Rodzice nie pozwalali mi oglądać „filmów dla dorosłych”, więc wiedziałam, że są sprawy nie dla dzieci, takie, na które nie mogę patrzeć, którymi nie powinnam się interesować. I wiedziałam, że to właśnie robi ze mną ksiądz.

Ale ja traktowałam księdza jak autorytet moralny, osobę wielkiego zaufania.

Każdego księdza czy tego konkretnego?

Każdego. Tak zostałam wychowana. Przez całą szkołę podstawową co niedziela chodziłam do kościoła.

„Ksiądz wiedział, że jestem grzeczną dziewczynką, że nikomu nie powiem” – powiedziała pani do niego w czasie konfrontacji.

Myślę, że mnie wybrał. To nie przypadek, że padło właśnie na mnie. Wiedział, że jestem wzorową uczennicą. Posłuszną, nieśmiałą dziewczynką, która się nie wychyla, chyba że trzeba wyrecytować wierszyk na apelu albo przeczytać psalm na mszy w kościele…

Albo przyjść skoro świt, aby posprzątać plebanię.

Sprzątanie zorganizowała jedna z koleżanek z klasy, ksiądz jadał niedzielny obiad u jej rodziców. To absurdalny pomysł, by siedmioletnie dziewczynki sprzątały u księdza, u kogokolwiek. A tam naprawdę był bałagan. Kuchnia wyglądała jak po wielkiej libacji. Ksiądz szybko przydzielił mi inne zadanie niż zmywanie zaschniętych naczyń: miałam sortować pieniądze zebrane na tacę. Wysypywał pieniądze z tacy z worków na łóżko. Na jednym stosiku układałam złotówki, na drugim dwójki, na kolejnym piątki. Potem to samo trzeba było zrobić z banknotami.

Za pierwszym razem wydawało mi się, że to wyróżnienie – awans z brudnej kuchni do pokoju księdza na piętrze. A potem ksiądz zamknął drzwi na klucz.

Przez rok wykorzystywał panią seksualnie. Dotykał, całował w usta, masturbował się pani rękami.

To trwało dłużej niż rok, to była pierwsza i druga klasa. Raz w tygodniu wychodziłam z domu o 6 rano, szłam trzy kilometry przez łąki, często po wodzie, błocie i śniegu, by być u księdza przed 7. Tam czekały koleżanki. One zmywały, ja szłam sortować pieniądze. Nasz pobyt u księdza trwał niecałą godzinę, bo o 8 musiałyśmy być w szkole.

Przed lekcjami szłam jeszcze do łazienki. Myłam ręce, szyję. Chciałam zmyć z siebie jego zapach. Bałam się, że nauczycielka zwróci uwagę, że pachnę nie jak dziewczynka.

Podczas konfrontacji zapytała pani księdza Jana A., czy skrzywdził więcej dzieci poza panią i jeszcze jedną dziewczyną, której imię pani wtedy wymieniła. Skąd pani wiedziała, że to spotkało kogoś jeszcze?

Byłyśmy w tej samej grupce, która przychodziła do księdza sprzątać. Obie chodziłyśmy do pokoju na górze układać pieniądze.

To było takie naturalne, że sobie powiedziałyście o tym, co robi wam ksiądz?

Myśmy sobie o tym nie powiedziały…

Kadr z filmu 'Tylko nie mów nikomu', dokumentu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w polskim Kościele katolickimKadr z filmu 'Tylko nie mów nikomu', dokumentu Tomasza Sekielskiego o pedofilii w polskim Kościele katolickim 

Czyli pani widziała, że on zamyka się z nią tak samo jak z panią?

Tak. A czasem zamykał się z nami obiema. Ona patrzyła na to, co ksiądz robi mnie, a ja na to, co robi jej.

Spotkałam ją jakiś czas temu. Powiedziałyśmy sobie „cześć”, zarumieniłyśmy się i spuściłyśmy wzrok. To była cała nasza rozmowa.

Po dwóch latach ksiądz przestał.

Czułam, że znalazł sobie inną dziewczynkę, której robi to samo, co robił mnie. Nam.

Czy poczułam ulgę? Chyba niewystarczającą, wciąż się go bałam. Do ósmej klasy uczył mnie religii. Spotykałam go raz-dwa razy w tygodniu na lekcjach i każdego dnia mogłam spotkać na szkolnych korytarzach. Schodziłam mu z drogi, robiłam wszystko, by tylko się na niego nie natknąć.

To był wybuchowy człowiek. Potrafił nakrzyczeć na kogoś z ambony podczas mszy, np. za to, że nie zamknął drzwi. A dla mnie był zawsze miły, łagodny. To też mnie przerażało.

Na koniec ósmej klasy wręczaliśmy kwiaty nauczycielom, było losowanie. Wylosowałam księdza Jana. Byłam sparaliżowana.

Jak przeżyła pani te osiem lat?

Sama się nad tym zastanawiam. Chyba podeszłam do tego zadaniowo – postanowiłam skupić się na nauce i zrobić wszystko, by kiedyś wyjechać z Topoli. Wiedziałam, że nie chcę przejąć gospodarstwa po rodzicach, że nie chcę pracować tak ciężko fizycznie jak oni.

Wtedy, ale i potem nauczyłam się żyć z tym, co mnie spotkało. Trochę to doświadczenie zaakceptowałam, trochę wyparłam. Ono było we mnie nie poprzez wspomnienia, ale poprzez mój stosunek do samej siebie.

Moje poczucie wartości było i jest bardzo niskie. Byłam i jestem lękliwa, niepewna. Niestety, niektórzy to wykorzystują. Także osoby, które uważałam za bliskie, ważne. Wciąż uczę się dbać o siebie w pierwszej kolejności.

Czy jako osoba dorosła poszła pani na terapię?

Nie. Terapia to forma zaopiekowania się sobą. Przez wiele lat nie przyszło mi do głowy, że mam do tego prawo. Teraz, po wydarzeniach ostatnich tygodni, pojawiła się taka myśl. Ale wciąż gdzieś z tyłu głowy jest też inna – że terapia nie jest wydatkiem pierwszej potrzeby.

Reporter Marcin Kącki, autor książki „Maestro. Historia milczenia” o pedofilskim skandalu w chórze Polskie Słowiki, powiedział, że gdy po latach wrócił do swoich bohaterów, którzy w dzieciństwie byli molestowani przez dyrygenta Wojciecha Kroloppa, spotkał ludzi z problemami. Tych, którzy nie przepracowali przeszłości na terapii, ta przeszłość dopadła.

Mnie w kilku momentach życia też. Kiedyś ktoś dla mnie ważny stale kłamał i manipulował mną. Doszłam do wniosku, że to moja wina.

Że skoro spotykają mnie złe rzeczy, to znaczy, że na nic innego nie zasługuję. I wtedy wróciła do mnie przeszłość, pomyślałam, że to, co spotkało mnie w dzieciństwie, to też była moja wina.

Że ksiądz wybrał mnie, bo byłam niewiele warta. Odechciało mi się żyć.

Ale potem pomyślałam, że mam jednak władzę nad tym, co zrobię ze swoim życiem – czy się pogrążę w rozpaczy, czy jednak o siebie zawalczę. Nawet jeśli w moim przypadku oznaczało to walkę o siebie każdego dnia, wybrałam to drugie.

Udział w filmie „Tylko nie mów nikomu” miał być zamknięciem pewnego rozdziału.

Jak trafiła pani na Tomka? Jak on trafił na panią?

Był grudzień 2018 r. Jak zawsze pod koniec roku podsumowywałam wydarzenia ostatnich 12 miesięcy. Sporo myślałam o sobie – co powinnam zmienić, co rozwijać, na co uważać. W internecie znalazłam informację o tym, że Tomek Sekielski kręci film o pedofilii w Kościele i że szuka osób molestowanych przez księży, które chcą opowiedzieć swoją historię. Pomyślałam, że napiszę do Tomka, opowiem mu swoją historię i może dzięki temu raz na zawsze się od niej uwolnię. Napisałam maila: „Dzień dobry, panie Tomaszu, nazywam się Anna Misiewicz. Jestem ofiarą księdza pedofila. Miałam wtedy siedem lat…”.

Tomek zadzwonił do mnie trzy dni później.

Czekała pani na sygnał od niego?

Nie. Dla mnie celem samym w sobie było napisanie tej wiadomości. To miało być symboliczne oczyszczenie. Kiedy w telefonie usłyszałam głos Tomka, byłam zaskoczona i oszołomiona. Jeszcze wtedy wydawało mi się, że moja historia nie jest dość dramatyczna.

Pytała pani wcześniej, czy jako siedmiolatka czułam, że ksiądz robi mi krzywdę, a ja powiedziałam, że czułam ambiwalencję. Podobnie czułam się przez 32 lata. Z jednej strony wiedziałam, że to, co mnie spotkało, było straszne, z drugiej – wydawało mi się to mało istotne. Bo spotkało mnie. Nie sądziłam, że ktokolwiek może uznać moją historię za ważną.

Podczas telefonicznej rozmowy umówiliśmy się na spotkanie w cztery oczy. W Katowicach, gdzie wtedy mieszkałam, trwał szczyt klimatyczny, były problemy komunikacyjne. Zaproponowałam spotkanie w Sosnowcu. Bardzo dobrze je pamiętam. Po raz pierwszy opowiedziałam komuś swoją historię i widziałam, że po drugiej stronie siedzi człowiek, który mi wierzy. Nie patrzy na mnie jak na aktorkę, która coś wymyśla, udaje, chce zaistnieć. On mi wierzy.

Wtedy pierwszy raz w życiu pomyślałam, że to, co mnie spotkało, wcale nie było nieważne.

Kto wpadł na pomysł, by zrobić konfrontację z księdzem?

Ja. Podczas tego spotkania z Tomkiem byłam w takich emocjach, że chciałam zaraz, od razu jechać do księdza. W tej jednej chwili wszystko do mnie wróciło. Rany, które lata temu sama zakryłam plastrem, teraz odsłoniłam. I zrobiłam to świadomie – nie po to, by je rozdrapywać, posypywać solą, ale by spojrzeć na nie raz jeszcze, powiedzieć: „Tak, byłam molestowana przez księdza, ale to nie była moja wina”, i pozwolić im się goić.

Czułam, że bez konfrontacji z księdzem to będzie trudne. Ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, gdzie mieszka, czy wciąż żyje. Tomek szybko sprawdził i dowiedział się, że ksiądz mieszka w domu emeryta w Kielcach. W tym momencie nabrałam pewności, że chcę go zobaczyć.

Tomek ostudził mój zapał. Powiedział, żebym to przemyślała. I żebym zdecydowała, czy chcę jechać sama, czy z kamerą. Nie nalegał, by to znalazło się w filmie. To też była moja decyzja.

Kadr z filmu 'Tylko nie mów nikomu' Tomasza i Marka SekielskichKadr z filmu 'Tylko nie mów nikomu' Tomasza i Marka Sekielskich 

Bardzo odważna. Jak i sama konfrontacja.

Przygotowywałam się do niej przez wiele lat. W przeszłości podjęłam jedną próbę.

Miałam 18 lub 19 lat. To był moment, kiedy już potrafiłam nazwać to, co zrobił mi ksiądz. Wiedziałam, że to przemoc seksualna, pedofilia, jedna z największych krzywd, jakie dorosły może wyrządzić dziecku.

Potrzebowałam wtedy jakiegoś zaświadczenia z parafii, już nie pamiętam po co. Postanowiłam, że wykorzystam okazję i, patrząc księdzu w oczy, powiem, co mi zrobił. Bardzo długo się zbierałam, analizowałam, co dokładnie chcę powiedzieć.

Pojechałam pod plebanię, zatrzymałam się przed bramą – akurat była otwarta – weszłam na podwórko. Żołądek ściśnięty. Idę w stronę budynku – jeszcze tylko ganek, dzwonek z toreadorem, ten sam od lat, i już za chwilę mu wygarnę, jak bardzo mnie skrzywdził, jak chore było to, co mi robił. Ksiądz Jan A. wyjrzał przez okno, a potem otworzył drzwi i od progu mnie przywitał: „O, Ania”. Pytam: „Czy ksiądz mnie pamięta?”, a on mówi, że tak, pamięta. I że byłam taka grzeczna… Dokładnie ta sama reakcja, co w filmie. Już nic nie byłam w stanie powiedzieć. Skuliłam się w sobie. Poprosiłam tylko o zaświadczenie i zapytałam, ile płacę. Powiedział: „Od ciebie nie wezmę pieniędzy”. Odkręciłam się i poszłam. Byłam zupełnie bezradna. I zła na siebie.

Nie widziała pani swojego oprawcy wiele lat. Co pani czuła, gdy spotkała go zimą tego roku, kiedy razem w Markiem Sekielskim, podszywającym się pod pani męża, zapukaliście do jego drzwi z ukrytą kamerą?

Targały mną skrajne emocje. Z jednej strony czułam do niego obrzydzenie, złość, byłam wściekła. A z drugiej strony było mi go żal.

Żal?

Zobaczyłam starego, schorowanego człowieka, który ledwo się porusza. A mnie nauczono – wpojono mi to wręcz – że starszych ludzi trzeba szanować, oszczędzać.

Na tę starość księdza nałożyły się jeszcze warunki, w jakich dziś żyje, bardzo skromne. Zupełny kontrast wobec tego, jak żył przed laty, kiedy miał do dyspozycji dwukondygnacyjną plebanię i jeździł najnowszym modelem subaru, błękitnym, pięknym. Topola to była jak na tamte czasy bardzo bogata parafia, w okolicy mieszkało wielu zamożnych ludzi. Na żyznych ziemiach rosły: cebula, ogórki, warzywa. Kwitł handel. Ale bogaty człowiek miał wtedy poloneza. Tylko ksiądz jeździł subaru. Pamiętam, że jak tylko widziałam ten samochód, uciekałam.

W domu emeryta w Kielcach zobaczyła pani starego, biednego człowieka. Pojawiła się myśl, by znów się wycofać?

Miałam moment zawahania, kiedy on wyszedł do toalety. Na filmie tego nie widać, ale nie było go z dziesięć minut – dla mnie wtedy to była wieczność. Wcześniej skarżył się, że ma migotanie przedsionków, mówił, że może tego nie przeżyć. Chciał wpędzić mnie w poczucie winy. I to mu się udało. Bo kiedy był w tej toalecie, ja myślałam, że on umarł. Przeze mnie.

Ale potem, kiedy wyszedł, to już mnie dopadła złość. I ona narastała. Krzyczałam: „Czego was tam uczą?! Czy Jezus brał się za małe dzieci?”. Byłam w takich emocjach, że musiałam stamtąd wyjść jak najszybciej, bo bałam się, że za chwilę stracę nad sobą panowanie. To było silniejsze ode mnie.

Pod wpływem filmu wiele osób w mediach społecznościowych opowiedziało, że też w przeszłości padło ofiarą księży pedofilów. Pewien dziennikarz opisał swoje jednorazowe doświadczenie, o którym wtedy nikomu nie powiedział. Wkrótce potem ksiądz zniknął, więc chłopiec uznał, że jakieś odważne dziecko poskarżyło się rodzicom i księdza spotkała kara. Ale nie – on tylko został przeniesiony do innej parafii. Dziennikarz śledził losy księdza i w końcu trafił na informację, że ksiądz nie żyje. Pewnego dnia przyszedł do niego dorosły mężczyzna, inżynier, ojciec dwójki dzieci, i go zabił.

Bardzo żal mi tego człowieka. Wyobrażam sobie, z czym żył przez lata. I jakie emocje przeżywał, kiedy spotkał swojego oprawcę. Kiedy po tych wszystkich latach patrzysz na kogoś, kto tak bardzo kiedyś cię skrzywdził, kiedy wiesz, jak to wpłynęło na to, kim jesteś, to rządzą tobą tylko emocje.

Konfrontacja z księdzem Janem A. wiele panią kosztowała, ale też panią wzmocniła – na tyle, że zdecydowała się pani zgłosić sprawę w kurii kieleckiej. Od słów przysięgi – zobowiązujących panią do milczenia – rozpoczyna się film „Tylko nie mów nikomu”. W filmie widzimy tylko fragment przesłuchania, bo Marka Sekielskiego, który miał ukrytą kamerę, wyproszono. Jak panią wtedy potraktowano?

To było bardzo dziwne doświadczenie.

Szłam tam jako pewna siebie osoba, która wie, że została skrzywdzona, i która wie, że osoba, która ją skrzywdziła, powinna ponieść konsekwencje, a wychodziłam skulona, skołowana, niepewna niczego, nawet tego, jak się nazywam.

Już kiedy zadzwoniłam, aby umówić się na to spotkanie, stała się przedziwna rzecz. Jak tylko się przedstawiłam i powiedziałam, że chcę zgłosić molestowanie, ksiądz delegat odpowiedział coś w rodzaju: „A, to pani. Znam sprawę. Biskup już mnie wysłał do księdza, ja już z nim rozmawiałem”. Byłam w szoku. Nawet nie wymieniłam nazwiska księdza, nie powiedziałam, o jaką parafię chodzi.

Może podjęto działania po tym, jak Tomek Sekielski pojawił się z kamerą w Topoli?

Nie wiem. Z wypowiedzi księdza delegata wywnioskowałam, że albo ksiądz Jan A. po naszym spotkaniu do wszystkiego się przyznał, albo też moją konfrontację z księdzem słyszał nie tylko Marek. Ksiądz delegat nie chciał tego wyjaśnić. W każdym razie sprawa trafiła już do biskupa. Umówiliśmy się na spotkanie w kolejną sobotę.

Czy to, że oni wiedzieli, sprawiło, że została pani potraktowana poważnie, z szacunkiem?

Ksiądz delegat był bardzo miły, bardzo elokwentny, używał takich słów, że ja nie wszystkie rozumiałam. Twierdził, że jest od usłużenia mi.

Opowiedziałam o tym, co spotkało mnie w dzieciństwie. Patrzyłam w ścianę, w podłogę, nie byłam w stanie spojrzeć mu w oczy.

A potem ksiądz opowiedział mi historię: że była u niego kobieta, która podobnie jak ja złożyła zeznania przeciwko starszemu księdzu. Ale kiedy dowiedziała się, że najgorszą karą, jaka może go spotkać, będzie wydalenie ze stanu kapłańskiego, co w praktyce oznacza, że on musiałby u kresu życia szukać innego miejsca, to ona – podobno – postanowiła się wycofać. Tyle że to nie takie proste – tłumaczył mi ksiądz delegat – bo z tego, co już powiedziała, nie mogła się wycofać, mogła natomiast złożyć oświadczenie, że to, co wcześniej zeznała, to kłamstwo…

Przepis – pułapka. Czuła pani, że to manipulacja?

Nie, w momencie, kiedy tam siedziałam, to nie. Byłam zbyt zdenerwowana. I odurzona zapachem. Perfumy księdza delegata – intensywne, duszące – mieszały się z zapachem tej salki, który bardzo mi przypominał zapach w kancelarii parafialnej u księdza Jana A.

Podpisała pani swoje zeznanie?

To jeszcze nie był koniec. Ksiądz delegat opowiedział mi jeszcze drugą historię. Jej bohaterem był „bardzo elokwentny pan prawnik, bardzo ceniony w Kielcach”, który też przyszedł zgłosić molestowanie i który też zapytał, co księdzu grozi. A kiedy dowiedział się, że wydalenie ze stanu kapłańskiego – to był też starszy ksiądz – powiedział, że chce się z nim widzieć. Więc poproszono tego księdza. Na spotkaniu padli sobie w objęcia, wybaczyli sobie wszystko. Wszyscy trzej płakali: elokwentny prawnik, ksiądz delegat i ksiądz pedofil.

Nie jestem w stanie wytłumaczyć pani, co się wtedy działo w mojej głowie. Pewność siebie wyparowała. Zapytałam księdza delegata, czy możemy zostawić moje oświadczenie bez podpisu, i zaproponowałam, że przyjadę za tydzień. Taka byłam skołowana, że byłam skłonna za tydzień znów jechać 600 km, zostawić małe dziecko w domu, żeby tylko odwlec decyzję. A przecież ja tam wchodziłam z decyzją.

Na szczęście ksiądz delegat oznajmił, że nie ma takiej możliwości. Podpisałam.

Ale dwie rzeczy nie dawały mi spokoju. Po pierwsze, ta przysięga. Miałam z tyłu głowy słowa, że ja z nikim nie mogę o tym rozmawiać oprócz osób do tego uprawnionych z kurii kieleckiej. Nie mogłam sobie z tym poradzić.

Po drugie, zdałam sobie sprawę, że moje zeznanie to były dwie kartki A4 – pierwsza zapisana cała, druga do połowy. Mój podpis był tylko na drugiej, na samym dole – połowa strony, powyżej mojego podpisu, została pusta…

Boi się pani, że coś tam dopisano?

To może irracjonalne, ja nie mam na to żadnych dowodów, tylko to wrażenie, które zostało we mnie po tym spotkaniu.

Może pani poprosić o wgląd do tego dokumentu?

Zapytałam o to. Ksiądz delegat odpisał, że dokument jest już w Watykanie, na miejscu nie ma kopii. Jeśli chcę do niego zajrzeć, muszę jechać do Watykanu.

Po filmie „Tylko nie mów nikomu” prokuratura wszczęła śledztwo z urzędu w sprawie molestowania, którego miał się dopuścić ksiądz Jan A. Jeśli pojawią się dowody pedofilii mieszczące się w prawie (sprzed mniej niż 30 lat), służby będą mogły rozpocząć postępowanie. Czy ktoś się z panią w tej sprawie kontaktował?

Trzy dni po emisji filmu do drzwi mojego domu zapukał starszy sierżant z Komendy Wojewódzkiej w Kielcach, który mnie zapytał, czy chcę spotkać się z prokuratorem i zeznawać. Powiedział, że mogę, ale nie muszę.

Był miły. Powiedziałam, że się zastanowię. Nazajutrz zadzwoniłam i powiedziałam, że się zgadzam. Wiedziałam, że moja sprawa się przedawniła, ale pomyślałam, że może pomogę jakiejś innej kobiecie zawalczyć o swoje prawa. Pani prokurator z Kielc przyjechała do mojej miejscowości i tu mnie przesłuchała. Nie musiałam jechać 600 km w dwie strony. Bardzo się denerwowałam. Niepotrzebnie.

Kadr z filmu 'Tylko nie mów nikomu' Tomasza i Marka SekielskichKadr z filmu 'Tylko nie mów nikomu' Tomasza i Marka Sekielskich 

Teraz już chyba nikt nie może podważyć pani historii.

Są osoby, które jednak to robią. Kiedy wrzuciłam na Facebooka informację, że o filmie mówiono w CNN, pewna kobieta, którą pamiętam z Topoli jako dziewczynę starszą ode mnie o najwyżej pięć lat, napisała, że nieźle to sobie wymyśliłam i że na pewno wzięłam za to dużo pieniędzy. Bo ona też chodziła do księdza sprzątać i nic takiego jej nie spotkało.

Zabolało to panią?

Ze strachu przed takim głosami milczałam przez 32 lata. One wciąż mnie dotykają, ale już nie są w stanie mnie złamać. To, co się wydarzyło w ostatnim czasie, było sprawdzianem dla moich relacji z wieloma osobami – niektóre nie przetrwały. Ale, paradoksalnie, dodało mi to siły.

Chodzi pani do kościoła?

Straciłam wiarę w Kościół, ale nie wiarę w Boga. Nie straciłam też wiary w ludzi, choć bardzo skrzywdził mnie niejeden człowiek.

Nie chodzę na msze, odkąd Kościół stał się polityczny. Nie podoba mi się hipokryzja ludzi, którzy przystępują do komunii, a zieją nienawiścią. Chodzę do kościoła w momencie, kiedy nikogo tam nie ma, kiedy światła gasną i jest najwyżej garstka ludzi.

Wbrew pani wcześniejszym przypuszczeniom film obejrzało nie kilkadziesiąt tysięcy osób, ale miliony. Przez dwa tygodnie po premierze media nie mówiły w zasadzie o niczym innym. Nawet Episkopat nie mógł już sprawy przemilczeć. Ze społecznego punktu widzenia film był bardzo potrzebny. A z pani perspektywy – było warto?

Czuję ulgę, ogromną ulgę. Wyjawienie tajemnicy, którą nosiło się przez tyle lat, jest jak zrzucenie wielkiego ciężaru. Bardzo wzmocniło mnie to, jak film został odebrany przez społeczeństwo, także przez ludzi dookoła mnie. Wciąż nie mogę się z tego otrząsnąć.

Ale w oczyszczenie Kościoła nie wierzę. Gdyby coś miało się wydarzyć, wydarzyłoby się w kilka dni po premierze. Wtedy był czas na działanie Episkopatu, np. zawieszenie księży do czasu wyjaśnienia sprawy. Myślę, że dyskusja, którą film wywołał, będzie sukcesywnie wyciszana.

Ale jeżeli moja historia otworzy szerzej oczy rodzicom i opiekunom, jeśli dzięki temu, że ją opowiedziałam, uda się uratować choć jedno dziecko przed wykorzystaniem seksualnym, było warto ją opowiedzieć.

Jeśli chodzi o mnie, to na pewno się przez te ostatnie tygodnie zmieniłam. Mam więcej pewności siebie. Wiele osób powiedziało mi, że jestem bardzo odważna, że jestem bohaterką. Kiedy człowiek myśli o sobie całe życie, że jest mały, niewiele znaczy, to takie słowa naprawdę mają wartość. A ja mam dla kogo żyć, mam rodzinę i mam synka, który jest dla mnie wszystkim.