Weronika Rosati jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Weronika Rosati opowiedziała publicznie o swoim rozstaniu z partnerem, znanym lekarzem, ojcem jej dziecka, o samotnym macierzyństwie i podwójnych standardach w ocenie kobiet i mężczyzn. W mediach społecznościowych rozgorzał spór i popłynęła fala hejtu.

Magdalena Środa: Kiedy powiedziałam znajomym, że chcę cię poznać i zrobić z tobą rozmowę do „Wysokich Obcasów”, obruszyli się: „Po co ci to? Jakaś aktorka, skandal, pranie brudów, to materiał dla Pudelka, nie dla feministycznej gazety. A poza tym narazisz się najlepszemu w swojej dziedzinie lekarzowi w mieście”. No, to narażam się. Dlaczego postanowiłaś nagłośnić swoją prywatną sprawę?

Weronika Rosati: Bo jest we mnie gniew.

Mówią, że gniew to zły doradca. Chociaż jak mnie pytają, skąd się wziął Kongres Kobiet, to mówię, że z gniewu. Gniewu z powodu dyskryminacji, lekceważenia, wykluczania kobiet. A to nie jest tylko gniew prywatny.

Mój gniew też nie jest tylko prywatny. Mam córkę i chcę, żeby moja osobista sprawa stała się jakoś użyteczna dla innych kobiet w podobnej sytuacji.

Czyli jakiej?

Jestem samotną matką.

To los bardzo wielu kobiet w Polsce.

Ale nic o nim nie wiesz, nim sama go nie doświadczysz. Nie chodzi przy tym tylko o sytuację finansową. Moja jest niezła. Pracuję, zarabiam, mam wsparcie rodziców.

Samotna matka to jednak nie tylko niskie dochody, to sytuacja społeczna, duchowa i egzystencjalna. Nie chodzi o to, że jesteś jawnie dyskryminowana, ale że czujesz się inna, gorsza, niepełna i tak jesteś postrzegana przez wielu. Ty i twoje dziecko. To nie są tylko wymysły przewrażliwionej aktorki obarczonej dzieckiem.

Największe problemy samotnych matek to…

W moim przypadku? Zacznijmy od logistyki. Wstaję o czwartej rano, przygotowuję się do pracy, czyli uczę się tekstu. Wychodzę o piątej. Mała jeszcze śpi. O szóstej muszę być na planie filmowym. Mała przemieszkuje więc ze mną u rodziców. Mama ją budzi, karmi i przyjeżdża na plan, gdzie spędzają prawie cały dzień. Mam to zapisane w kontrakcie, że zawsze jest miejsce dla Eli z babcią. W przerwach między scenami mogę zajmować się moją dziewczynką. Potem mama zabiera ją do domu. Gdy ja wracam, mała śpi.

To i tak dobra sytuacja.

To prawda, ja i tak mam dobrze. Bo mam cudowną mamę, pracę, w której pozwalają mi być z dzieckiem. A co się dzieje z kobietami, które nie mają pomocnej mamy, niani, wyrozumiałego pracodawcy?

Jednak, powtórzę, strona materialna czy logistyczna nie jest aż tak ważna jak poczucie głębokiego osamotnienia. Cała odpowiedzialność za zdrowie, życie, rozwój dziecka spoczywa na tobie. Nikt jej z tobą nie dzieli.

Nikt nie dzieli z tobą radości i pamięci o pierwszych krokach malucha, jego pierwszym zębie, słowach, nie patrzy z tobą, jak dorasta. Moja córka nie będzie miała we wspomnieniach pełnej rodziny jak inne dzieci. Ja czuję, że to jest niezgodne z naturą, dosłownie. I pewnie dlatego to tak mnie boli, rozpad rodziny pozostanie dla mnie na zawsze koszmarną traumą.

Gdy rozmawiam z koleżankami z planu, które opowiadają o swoich dzieciach i opiekujących się nimi mężach czy partnerach, to cieszę się, że mają fajne domy, ale jednocześnie jest mi bardzo przykro. Z żalu, trochę z zazdrości, z bezsilności i poczucia osamotnienia.

To nic nie da.

Więc mówię o tym. Od kiedy zaczęłam publicznie opowiadać o problemach samotnego macierzyństwa, dostaję wiele listów. Kobiety podchodzą do mnie na ulicy, mówią o swojej sytuacji: że też czują się dyskryminowane, że jak mąż jest wobec nich przemocowy, to się nie rozwodzą, choć powinny, bo myślą, że będzie jeszcze gorzej.

Samotna matka to gorsza matka – taka jest ocena społeczna. Chciałabym, żeby to się zmieniło.

Masz program?

Do dyskusji. Chcę wykorzystać swoją rozpoznawalność, by samotne macierzyństwo, ciągle w Polsce wstydliwie przemilczane, stało się tematem publicznym, dyskutowanym w społeczeństwie. Żeby stało się o nim głośno.

Po pierwsze, trzeba stworzyć takie warunki na rynku pracy i taką politykę socjalną, żeby samotne matki nie tkwiły w błędnym kole: muszą ciężko pracować, by wychowywać dzieci, a nie mogą ich wychowywać, bo ciężko pracują. Musimy walczyć nie tylko o miejsca w przedszkolach i żłobkach, ale też o realne wprowadzenie do firm takich standardów, które umożliwią łączenie macierzyństwa z pracą. W Polsce to łączenie pracy z rodziną jest bardzo trudne, a dla matek samotnie wychowujących dzieci – wielokrotnie trudniejsze.

Wróciłam do pracy, gdy Elizabeth miała cztery miesiące, i teraz nie mam tyle czasu dla niej, ile planowałam. Bywa, że pracuję po 12 godzin. A marzyłam, żeby posiedzieć z nią w domu choć rok, chodzić na spacery, zajmować się nią, wychowywać, jednym słowem, być tylko dla niej. Dziś często samotnym matkom nie pomaga ani ojciec ich dziecka, ani państwo, nawet nie dostają 500 plus, gdy mają jedno dziecko. Ta sytuacja woła o pomstę do nieba.

Po drugie, trzeba zacząć równo wymagać odpowiedzialności ojców za dzieci pochodzące ze związków małżeńskich i nie. Ojciec dziecka jest i pozostanie jego ojcem niezależnie od tego, jakie relacje wiążą go z matką dziecka. Samotne matki mierzą się z masą negatywnych stereotypów, ale to bycie niewychowującym ojcem powinno być prawdziwym powodem do wstydu. Czy dzieci pochodzące z małżeństwa są lepsze od dzieci partnerskich? Czy mają inne potrzeby, inną przyszłość?

Matki dzieci nie powinny być stawiane w sytuacji, w której ich rozstanie z partnerem oznacza społecznie akceptowalne porzucenie dziecka przez ojca. Wtedy przestaniemy się bać odejścia lub porzucenia, a mężczyźni zmuszeni będą do większej odpowiedzialności i mniejszej bezkarności.

Po trzecie, dzieci wychowywane przez samotne matki powinny naprawdę dostawać takie alimenty, by po rozstaniu z ojcem dziecka, mężem czy partnerem, ich sytuacja się nie pogorszyła.

Po czwarte, trzeba od małego, już w przedszkolach, uczyć chłopców bycia ojcem i partnerem, bo ta kompetencja nie jest „wyssana z mlekiem matki”. Trzeba uczyć współodpowiedzialności za wychowanie przyszłego dziecka. Ich rodzice też powinni o to się troszczyć. Jest coś chorego w tym, że nasze społeczeństwo daje tak duże przyzwolenie na brak odpowiedzialności ze strony niektórych mężczyzn. Gdyby kobieta postępowała tak nieodpowiedzialnie jak niektórzy mężczyźni, byłaby wyklęta jako zła matka i beznadziejna partnerka.

Jest jeszcze jedna, piąta, sprawa. Tak zwane domy samotnych matek, w których przemieszkują kobiety, które np. uciekły od przemocowego męża, najczęściej mają charakter wyznaniowy (należą do Caritasu), a warunki tam panujące spychają ich lokatorki na margines życia społecznego, bez szans na przyszłość.

W naszym społeczeństwie to mężczyźni mają więcej pieniędzy, własność, dysponują mieszkaniami. Porzucone, uciekające przed przemocą kobiety najczęściej nie mają nic. Taki dom samotnych matek jest koniecznością, ale to nie jest – w dzisiejszych warunkach – dobra alternatywa. I to trzeba zmienić.

Jak ten program wprowadzić w życie?

Przede wszystkim razem. Trzeba solidarnie stanąć po stronie samotnych matek, wspólnie sformułować postulaty – jest ich na pewno więcej od tych, które wymieniłam – poradzić się ekspertów takich jak ty i innych kobiet. I walczyć, żeby politycy je zrealizowali.

Weronika RosatiWeronika Rosati (fot. Mateusz Skwarczek)

Mamy na Kongresie Kobiet centrum macierzyństwa, zapraszam.

Chętnie się podejmę pracy w nim.

Macierzyństwo to jedno, a samotne macierzyństwo to drugie… Ja nie chciałam być samotną matką. Dziecko było planowane, oczekiwane przeze mnie i partnera, miało mieć rodzinę, a nie tylko mnie.

Twój partner miał już żonę, więc wiedziałaś, na co się piszesz…

Nie wiedziałam.

Najpierw zaufałam mu przede wszystkim jako swojemu lekarzowi. Po poważnym wypadku samochodowym miałam kilka operacji, prawie przez trzy lata chodziłam o kulach i nie było pewne, czy kiedykolwiek będę chodziła samodzielnie. Byłam w bardzo słabym stanie psychicznym i fizycznym, od niego, mojego lekarza, zależało moje życie: czy będę mogła grać, pracować, normalnie funkcjonować. A on przestał widzieć we mnie pacjentkę, a zaczął kobietę. Dziś o to też mam do niego żal.

Zakochałam się jednak z wzajemnością i wierzyłam w zapewnienia, że od 12 lat jest w separacji i nie mieszka z żoną. Oświadczył mi się w obecności moich rodziców, a potem na swoich 50. urodzinach zadeklarował wobec kilkuset gości: „Dziękuję moim teściom za moją narzeczoną”.

Mówię o tym, bo mam dość bycia obwinianą o rozbicie małżeństwa i innych związków lub zabranie dzieciom ojca.

O wielu przykrych sprawach dowiadywałam się z czasem, już po urodzeniu Elizabeth. Trudno było jednak odejść, poza tym ciągle miałam nadzieję, że jednak będziemy może kiedyś normalną rodziną.

Okazało się, że twój partner ma nie tylko żonę i dzieci, ale również jeszcze inne dzieci i inne partnerki. W dodatku okazało się też, że mało kogo to dziwi i nikt tego nie potępia.

Nie zdawałam sobie sprawy z tak silnie zakorzenionych podwójnych standardów oceny moralnej. Gdybym ja miała kilkoro dzieci z różnymi partnerami, to albo byłabym przez wszystkich potępiona, albo traktowana jak jakieś monstrum. Albo jedno i drugie.

Mężczyźnie wolno nie tylko dużo więcej niż kobiecie, mężczyzna jest zupełnie inaczej niż kobieta oceniany, choć mówi się przecież, że normy moralne mają charakter uniwersalny.

Normy moralne mają charakter genderowy. Jak mężczyzna zabija na wojnie innych mężczyzn, to należy mu się chwała, jak kobieta dokonuje aborcji, bo musi, to jest potępiana jako morderczyni. Jak kobieta ma kochanków, to jest rozpustnicą, jak mężczyzna ma kochanki, to znaczy, że jest wart grzechu. Jak kobieta się rozwodzi i zostawia mężczyznę z dzieckiem, to jest skandal, jak rozwodzi się mężczyzna, to „widocznie nie układało mu się z żoną”…

Jeśli kobieta ma odwagę głośno powiedzieć, że ktoś ją skrzywdził, jeśli śmie się poskarżyć i domagać zmian prawnych dotyczących, jak w moim przypadku, kobiet samotnie wychowujących dziecko, to natychmiast obrzuca się ją błotem. Mówi się o niej, że się mści, że kłamie, jest niezrównoważoną histeryczką, lub opowiada się stereotypowe historyjki – że szmata, puszczalska, niezrównoważona.

Jak ktoś ma ośmioro dzieci z różnymi kobietami, to to jest normalne, ale jak ja się tym oburzam i mówię o podwójnych standardach, o tym, że nie godzę się, by kobiety były oszukiwane przez partnera, nie wiedziały o jego kobietach i romansach, to jestem podłą kłamczuchą, która mściwie „oczernia” byłego partnera.

Kobieta – a zwłaszcza aktorka – jest w naszej kulturze przede wszystkim ciałem, powinna być piękna, a zgodnie ze stereotypem również nieracjonalna, histeryczna i niestabilna. Prasa eksploruje ten stereotyp, dopasowując do niego kolejne ofiary. No, ale decydując się na aktorstwo, musiałaś wiedzieć o różnych „efektach ubocznych” tego zawodu.

Kiedy ja decydowałam się na ten zawód, to nie było jeszcze internetu, mediów społecznościowych i tak rozwiniętej sieci brukowej prasy. Zawsze starałam się chronić prywatność i nie udzielałam intymnych, osobistych wywiadów.

Media brukowe piszą o rzekomym moim życiu prywatnym non stop, a ja nie mam na to wpływu. Chciałabym, żeby moje życie pozostało moją prywatną sprawą, ale ilość plotek, niedomówień i pomówień na temat mojego rozstania i tego związku oraz czarnego PR jest zbyt krzywdząca dla mnie, żebym dłużej milczała.

Dlaczego od niego odeszłaś?

Bo nie chciałam, by moja córka miała zwichniętą psychikę, bo nie chciałam, by patrzyła na mamę, która jest pozbawiona poczucia własnej wartości, chęci życia, godności. Upodlona. Nie chciałam, żeby była świadkiem przemocy…

Przemocy?

Ludziom się wydaje, że przemoc mnie „nie dotyczy”, że przemoc przytrafia się tylko w rodzinach patologicznych, na marginesie życia społecznego. Nieprawda.

Ofiary przemocy mieszkają w inteligenckich domach, w willach, z mężami lub partnerami, którzy mają wysoką pozycję i którzy są przeuroczy dla dam, kolegów, przyjaciół. To „nieskazitelni dżentelmeni”, fachowcy, dusze towarzystwa.

Doświadczyłaś przemocy?

Fizycznej, psychicznej, ekonomicznej, werbalnej. Nie wiem, która najgorsza, ale wiem, że nie mogłam i nie mogę uporać się mimo upływu prawie roku od rozstania z upokorzeniem, któremu byłam poddawana przez długi czas. Od pewnej chwili właściwie każdego dnia. Byłam niszczona jako człowiek, kobieta, aktorka, partnerka.

Słyszałam: „Jesteś zerem”, „Jesteś nic niewarta”, „Twój czas się skończył”, „Nikt cię nie chce oglądać”, „Kobiety po trzydziestce nie są atrakcyjne seksualnie”, „Nikt cię już nie zechce”.

Mieliśmy wspólne konto, na jego życzenie przestałam pracować – gdy mi się oświadczał, mówił, że przejmuje nade mną odpowiedzialność, rozwiedzie się, będziemy mieć dzieci, rodzinę. Miałam nie pracować, po pewnym czasie wręcz miałam zakaz pracy i wyjazdów, o ile mój partner nie zatwierdził projektu i roli. Miałam się skupić na tworzeniu domu i zajściu w ciążę.

Zaufałam mu, bo byłam zakochana i chciałam mieć rodzinę.

A potem usłyszałam, że nie umiem zarządzać pieniędzmi, więc ich nie dostanę. On był panem finansów domowych, mnie, niepracującej, bo w ciąży, więc bez zarobków, wydzielał tyle, ile uważał.

Wiele razy rozkazywał mi, delikatnie mówiąc, wynosić się z domu, który wspólnie wynajmowaliśmy.

Kiedyś w złości wykrzyknęłam, że opowiem o tej jego przemocy publicznie. Powiedział: „Nikt ci nie uwierzy. Nikt! Ja jestem cenionym lekarzem, a ty tylko aktoreczką”.

Wtedy zrozumiałam, czym jest MeToo. Przełamaniem bezsilności, poczucia wstydu i lęku przed osobami, które mają nad nami przewagę – zawodową, ekonomiczną, fizyczną czy emocjonalną. Trzeba mieć odwagę, by mówić o przemocy, molestowaniu, seksizmie, pogardzie, której doświadczyłaś, i lepiej to robić, gdy masz wsparcie innych kobiet.

Fenomen ruchu MeToo polega na pełnym zaufaniu w prawdę historii skrzywdzonych kobiet. „We believe you”, czyli „Wierzymy wam”. Kobiety boją się, że im się nie uwierzy, tak jak ja się bałam, że zostanę posądzona o kłamstwo. Jeśli da się wiarę ofiarom przemocy i molestowania, będą miały odwagę się bronić.

MeToo daje takie wsparcie. Mówię więc: „Me too”.

Weronika RosatiWeronika Rosati (fot. Mateusz Skwarczek)

Myślisz, że ci uwierzą? Lekarz jest u nas bogiem. Mężczyzna może więcej, lekarz chyba może wszystko.

Czy jako aktorka jestem mniej wiarygodna niż lekarz? Przecież wiarygodność człowieka nie jest związana z pracą i płcią, ale z etyką, kulturą i postępowaniem. Lekarz, który przez 30 lat oszukiwał swoją żonę, inne kobiety, dzieci, przyjaciół, rodzinę, środowisko? Zresztą środowisko być może wiedziało. Ale nikt tego nie potępiał.

Gdy ja powiedziałam, zaczęła się fala hejtu, że jestem kłamczuchą, wariatką, dziwką… Jak to zwykle: kobietom insynuuje się romanse, rozstania, alkoholizm i operacje plastyczne. To kobiety się ocenia, poucza, wydrwiwa, obraża. Prywatność mężczyzn jest z reguły chroniona, jeśli oczywiście chcą ją chronić.

Gdy napisałam krótki komentarz w twojej obronie, posypała się lawina wpisów, a nawet telefonów bardzo znanych osób – mężczyzn i kobiet – głęboko oburzonych twoimi wypowiedziami o byłym partnerze i z całych sił go broniących. Ani jedna osoba nie wyraziła słowa krytyki dla jego stylu życia, choć na co dzień, jak wiem, osoby te wspierają monogamiczną rodzinę. „Nie żyjemy w czasach, kiedy się wieszało za zdradę”, powiedział mi jeden z jego obrońców, zapominając, że mężczyzn nigdy się nie wieszało za zdradę, karane były zawsze kobiety. Inna osoba zachwalała delikatną naturę i dżentelmeńskie obycie twojego partnera. Nie zważając zapewne na to, że właśnie te atrybuty pozwalają mężczyźnie skuteczniej i uwodzić, i kryć się. Niektórzy ubolewali nad jego żoną, ale nie z powodu zachowań jej męża, tylko z powodu skandalu, który wywołałaś. Normy oceniające kobiety i mężczyzn są naprawdę bardzo różne.

Mój były partner leczy celebrytów, polityków, ministrów, dziennikarzy, wydawców, prawników. Jest sławny dzięki wywiadom w telewizji, a teraz stał się popularny w kolorowej prasie. Jak go skrytykujesz, masz przechlapane.

Nie pierwszy raz w życiu jestem obrzucona błotem za nieuczciwe postępowanie mężczyzny, który nie ponosi publicznie, społecznie, moralnie i zawodowo żadnych konsekwencji swojego zachowania.

Kiedyś pożarł cię skandal z powieścią „Nocnik”.

Nie ja napisałam „Nocnik”, tylko Żuławski. To on przedstawił mnie tam, a właściwie nie mnie, ale niby mnie – mówiąc bardzo delikatnie – w niekorzystnym, oszczerczym świetle…

Jako Esterkę, postać niby fikcyjną.

Bez trudu dało się odczytać, o kogo chodzi. Ale ja z tą postacią nie mam nic wspólnego, co potwierdził sąd, wydając wyrok skazujący autora i wydawnictwo za naruszenie moich dóbr osobistych. Nie zrobiłam skandalu, po prostu milczałam, ale skierowałam sprawę do sądu. Bo jak ktoś kłamie na mój temat, to kieruję sprawę do sądu. Reaguję przede wszystkim na teksty, które naruszają moją godność jako kobiety, gdy zarzuca mi się niemoralność, gdy news krzywdzi.

Kobiety, które nie podporządkowywały się normom posłuszeństwa i rolom, które na nie nakładano, były w historii traktowane jak histeryczki i szalone. Łatwiej je było ubezwłasnowolnić.

Myślisz, że zostanę spalona na stosie?

Obie zostaniemy spalone, naruszamy wielkie tabu.

Teraz nie ma stosów, ale przemoc wobec tych, którzy mają odwagę mówić o niej, jest ta sama. Nie wierzy się ofiarom, bagatelizuje ich głos, zastrasza, mówi się: „Siedź cicho”, „Po co ci to, i tak nic się nie zmieni” i moje ulubione zdanie powtarzane zresztą przez mojego byłego partnera: „Brudy trzeba prać we własnym domu”.

Jedyną obroną i ucieczką od traumy jest mówienie o przemocy głośno. Te brudy powinny być jak najbardziej publiczną sprawą! Jeśli ktoś mi mówi, że mam siedzieć cicho, nie opowiadać, że mój partner stosował wobec mnie przemoc, mówię: nie.

Powinniśmy doprowadzić do sytuacji, żeby kobiety traktowane przez bliskich mężczyzn z pogardą, jak przedmioty, nie milczały. To powinna być misja mediów. Bo żadna przemoc nigdy nie jest prywatna. Bo jest prawdziwym skandalem.

Mówiłaś o tym komuś? Dzwoniłaś na policję?

Mówiłam rodzicom. Gdy próbowałam zadzwonić na policję, wyszarpał mi telefon. Raz się dodzwoniłam, nie przedstawiłam się, zrezygnowałam. Co miałam powiedzieć? Weronika Rosati zgłasza, że partner ją uderzył? Uderzał wielokrotnie.

Jak?

W twarz, w rękę. Uderzył mnie też, jak byłam w zaawansowanej ciąży, a potem, gdy trzymałam córeczkę na rękach.

O przemocy milczałam, ale mniej ze strachu, bardziej ze wstydu. Myślałam: wszyscy powiedzą, że Weronice znów się nie udało, kolejny facet, kolejna porażka! Nie chciałam porażek. Poza tym byłam zakochana, wierzyłam w przemianę. Każda kobieta wierzy, prawda?

Tak bardzo chciałam mieć pełną rodzinę dla córki. Taką, jaką jest mój rodzinny dom. Faktem jest, że awanturowałam się, krzyczałam, nie znałam innego sposobu, by zachować godność. Tyle mnie było, ile mojego krzyku. Ale on miał i tak zawsze przewagę.

Jak myślisz, dlaczego bił?

Najpierw z zazdrości. Potem, bo mu się nie podporządkowywałam. Bo nie chciałam być zamkniętą w domu, niepracującą maskotką. Bo gdy mówił: „Żyj dla mnie, poświęć się”, mówiłam: „Nie” – musi być równowaga i ja też chcę mieć własne zdanie, marzenia, karierę i niezależność.

Masz świadków przemocy?

Mam. I dowody też. Ludzie widzieli przemoc, a gdy znów któryś raz mnie uderzył, zadzwoniłam po ojca. W końcu poszłam na policję i zgłosiłam znęcanie się psychiczne i fizyczne.

Popełniłam błędy: uwierzyłam partnerowi, związałam się z nim, a potem to ciągnęłam. Zamiast odejść, wyskakiwałam do niego z pretensjami, namawiałam na terapię, kłóciłam się.

I wracałam, bo ciągle wierzyłam, że coś się zmieni.

Twój partner płaci alimenty, interesuje się córką?

Płaci, ile chce i kiedy chce. Milczy przez pół roku, nie zapyta, co się dzieje z Eli, czy rośnie, czy chodzi, czy jest zdrowa, czy czegoś jej potrzeba, a potem przez dwa dni bombarduje mnie mailami, co tam u jego kochanej córeczki, a mnie zarzuca blokowanie kontaktów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kochać zbyt mocno

I co dalej?

Jestem samotną, pracującą matką. Mam duże wsparcie rodziców. Elizabeth jest ósmym cudem świata.

Ale cała ta historia zmieniła mnie. Zobaczyłam, że nie można milczeć, nie można zamykać się w prywatności. Sto lat temu wywalczyłyśmy sobie prawa polityczne, ale sferę prywatną zostawiłyśmy mężczyznom. To oni ciągle nad nią panują, a my ciągle jesteśmy zależne i pokorne. Dla wielu kobiet przemoc jest sprawą intymną. Wstydzą się o niej mówić, często uważają ją za coś nieuniknionego.

Wstydzą się wyjść do świata, krzyczeć o niej, a przede wszystkim boją się samotnego macierzyństwa, utraty pozycji, utraty poczucia normalności. Bo wyjście z domu to wejście w niepełność, w gorszość. Wielu da ci to odczuć. Godność nie może być tak ciężko okupiona. Ten świat trzeba zmienić. I ja będę o to walczyć. Dla swojej córki, by żyła w świecie, w którym prawo do godności jest bezdyskusyjne.

A co rozstanie zmieniło w tobie?

Daję sobie radę. No i więcej wiem o świecie. Na przykład to, że praca jest fundamentem, daje niezależność i poczucie godności. Kocham swoją pracę i czuję się dzięki niej pewnie.

Nie jest to jednak uczucie trwałe. Dziś gram w trzech serialach, ale potem mogę czekać kilka miesięcy lub nawet kilka lat na kolejne role, więc teraz nie narzekam, sypiam po trzy-cztery godziny i zasuwam. Po wywiadzie do „Gali”, w którym opowiedziałam o swoim samotnym macierzyństwie, straciłam trzy kontrakty reklamowe – ten zastrzyk pieniędzy dałby mnie i mojej córce poczucie bezpieczeństwa. Zostałam poinformowana, że jestem „zbyt kontrowersyjna”.

Potwierdziło się też to, co wiem o swojej rodzinie – że są cudowni, kochani, pomocni. Zwłaszcza dziękuję mamie, bez niej nie wiem, jak bym dała radę. Mam szczęście, że mam taką kochaną rodzinę. Chciałabym być taką mamą dla swojej małej, jaką moja mama jest dla mnie.

Wiem też, że nie można kryć się w milczeniu, gdy jest się krzywdzonym: trzeba krzyczeć, trzeba działać, najlepiej z innymi kobietami. Szukam ich teraz. A wiem, że jest ich wiele, tak jak ty i osoby, które stanęły w mojej obronie.

Więc tak, jest we mnie gniew – gniew o to, że w Polsce prawie połowa matek to samotne matki. O to, że w 2018 roku policja odnotowała 65 tys. 57 zgłoszeń od kobiet o przemocy domowej.

A ile jest takich, które z różnych względów się nie zgłosiły i milczą, tak jak ja milczałam?

Więc niech będzie gniew za gniew.

Chciałabym też, żeby ta nasza rozmowa była początkiem jakiegoś ruchu. Może to wszystko musiało się stać, żeby powstał ten pewnie kontrowersyjny wywiad.

Najgorszy w życiu jest strach, wstyd, poniżenie. Warto jednak zapłacić każdą cenę, by się nie bać i odzyskać godność. Nawet cenę samotności.

Redakcja „Wysokich Obcasów” dostała list od prawniczki byłego partnera Weroniki Rosati z żądaniem, byśmy nie publikowali żadnych informacji o jej kliencie. Zdecydowaliśmy się na zamieszczenie wywiadu ze względu na misję społeczną naszej gazety. Jeśli były partner Rosati chciałby odnieść się do tej rozmowy, proponujemy kontakt z nami. Udostępnimy mu nasze łamy.

POMOC DLA OFIAR PRZEMOCY

Doznałaś przemocy, widzisz u kogoś objawy? Nie jesteś sama. Zwróć się do:

- Niebieskiej linii, mail: pogotowie@niebieskalinia.pl, telefon: 22 668-70-00 (Poradnia Telefoniczna "Niebieskiej Linii") 

- Centrum Praw Kobiet, telefon zaufania: (22) 621 35 37. Dyżur psychologiczny: od poniedziałku do piątku, oprócz czwartków w godz. 10:00-16:00; dyżur prawny: czwartki w godz. 10:00-16:00.

telefon interwencyjny: 600 070 717 (prośba o kontakt pod tym numerem od osób, które znalazły się w trudnej sytuacji i potrzebują interwencyjnego wsparcia, w tym m.in.  niezadowolone z interwencji policji, poszukujące wsparcia w zawiadomieniu policji, informacji o tym, co mogą zrobić z problemem przemocy w związku, poszukujące interwencyjnego noclegu).

pomoc mailowa: pomoc@cpk.org,pl

porady.prawne@cpk.org.pl

Piszcie do nas: listy@wysokieobcasy.pl