Weronika Nawara jest jedną z nominowanych w plebiscycie Superbohaterka Wysokich Obcasów 2019. Swoją nagrodę przyznają także czytelniczki i czytelnicy. By zagłosować, kliknij TUTAJ

Czy trzeba być chorym, by chcieć dzisiaj zostać pielęgniarką w Polsce?

Może nie aż chorym, ale na pewno niedzisiejszym. Trzeba mieć sporo empatii, umieć słuchać innych ludzi czy zrezygnować z marzeń o awansowaniu bez końca. Szklany sufit u pielęgniarek jest zawieszony dość nisko.

Jak reagowali twoi krewni czy znajomi, gdy poinformowałaś ich, że idziesz na pielęgniarstwo?

Mało entuzjastycznie. Było pukanie się w czoło. Rzeczywiście pojawiły się głosy, że to chore, nienormalne... I że przecież mogę zostać lekarzem, więc dlaczego chcę wynosić baseny?

I co odpowiadałaś?

Że jeżeli trzeba, to będę to robić. Czy to, że wyniosę basen lub umyję chorą osobę, sprawia, że to zawód mniej ważny lub mniej ciekawy? Pomijam, że pielęgniarka wykonuje również tysiąc innych czynności.

Na moją decyzję wielki wpływ miała sytuacja, kiedy w wieku 16 lat przez jakiś czas sama byłam pacjentką w szpitalu. Spotkałam tam pierwszą w moim życiu młodą pielęgniarkę, świeżo po studiach. To nie trzeba mieć 50 lat i więcej, by być pielęgniarką w Polsce? Szok.

Jest taki stereotyp, że wiele pielęgniarek to niedoszłe lekarki. U ciebie też tak było?

Cała moja klasa z biol-chem-fizu chciała iść albo na medycynę, albo na stomatologię. Sama również myślałam o medycynie. Gdy kiedyś w klasie rzuciłam, że myślę też o pielęgniarstwie, to od razu było: „Zwariowałaś, dziewczyno! Co ty w ogóle mówisz, będziesz zarabiać jakieś grosze”.

A ty się uparłaś i z przekory postanowiłaś im „pokazać”?

Trochę tak! Chciałam udowodnić, że to nie jest zawód gorszy od innych. I że można w nim się spełniać i wiele osiągnąć. Zawsze pielęgniarki były służebnicami lekarzy. Zawsze były służącymi. Zawsze wykonywały czyjeś polecania i nie miały wiele do powiedzenia.

A dzisiaj?

Na pewno nie pomoże nam, jeśli same bez końca będziemy powtarzały, jak beznadziejny jest nasz zawód i jak to nikt nie chce nas szanować. Wystarczy poczytać fora czy grupy pielęgniarek, by zobaczyć, jak często same obrzucamy się błotem. Oto pielęgniarka prosi inne koleżanki po fachu o radę. Nie zna danej procedury i pyta o to, jak się ją wykonuje.

Od razu pojawiają się głosy: Dziewczyno, ty serio jesteś pielęgniarką? Bo ja nie skończyłam studiów, a to wiem.

Mam tu taki straszny cytat z niejakiej Florence Nightingale…

Florence to nasza matka pielęgniarstwa. Pojawia się już na pierwszych wykładach z historii pielęgniarstwa i właściwie przez całe studia przewijają się odniesienia do niej. Gdy poznawałyśmy ją na studiach, miałam wrażenie, że to prawdziwa świętość. Na szczęście potem przeczytałam jej biografię i okazało się, że to była kobieta z krwi i kości, harda, odważna, bezkompromisowa. Zawsze stawiała na swoim i myślała inaczej, niż „trzeba”. Nie wiedziała, że czegoś nie da się zrobić, więc to robiła. Dzisiaj jakieś 80-90 proc. jej założeń i teorii jest już pewnie nieaktualne. Owszem, pisała, że trzeba choremu wietrzyć izbę, do czego się dzisiaj również stosujemy – jest klimatyzacja itd. Ale pielęgniarstwo bardzo się od tamtych czasów zmieniło.

Wspomniany cytat z niej brzmi tak: „Pielęgniarstwo pozostawiono osobom tak starym, słabym, zapijaczonym, bezecnym, głupim czy złym, że nie nadają się do niczego innego”. Czy nie jest tak, że dzisiaj pielęgniarki są już przez ogół społeczeństwa jednak szanowane i doceniane?

Niby pielęgniarki zawsze znajdują się w rankingach zawodów cieszących się największym zaufaniem społecznym, ale to się ma nijak do rzeczywistości. Gdy zapytać ludzi, co myślą o pielęgniarkach, to zaczyna się plucie i sączenie jadu, uogólnienia i najgorsze stereotypy. Piją kawę, plotkują, śpią. Nic nie robią, nawet szklanki wody nie podadzą. Głupie, leniwe, wredne. Nie mają pojęcia o medycynie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Szpitale potrzebują 10 tys. pielęgniarek. Ale skąd je wziąć?

Ty sama jesteś pielęgniarką od niedawna.

Tak, niespełna dwa lata. Mam 24 lata, a studia pielęgniarskie zaczynałam jako 18-latka.

Praktyki w szpitalu są już na pierwszym roku?

Tak, od drugiego semestru. Na samym początku uczymy się teorii, czyli klasyka – anatomia, fizjologia, biochemia, zdrowie publiczne itd. Ale już w tym pierwszym semestrze mamy zajęcia praktyczne, tylko że na fantomach, w pracowni, gdzie uczymy się np. cewnikować. Do szpitali wkraczamy w drugim semestrze.

Rozumiem, że wtedy następuje największy odsiew i wiele osób nie wytrzymuje? Bo domyślam się, że z powodu cewnikowania fantomu raczej nikt nie ucieka.

Sporo osób ucieka już na początku, ale z innej przyczyny. Chodzi o nawał nauki. Zajęcia są codziennie od 8 do 20 i te studia początkowo dają bardzo mocno w kość. Na drugim roku już cały drugi semestr to wyłącznie praca w szpitalu, a na trzecim zajęcia teoretyczne są tylko przez chwilę, a potem już do czerwca wyłącznie praktyka.

I po tych trzech latach zostaje się zawodową pielęgniarką?

Tak, po trzech latach intensywnych studiów, po zdaniu egzaminu praktycznego i obronie pracy licencjackiej. Pielęgniarki w ciągu tych trzech lat muszą zaliczyć około 5 tys. godzin zajęć. Dla porównania – na kierunku lekarskim to 6 tys. godzin, ale w ciągu sześciu lat.

Czyli nie tyle w czepku urodzone, ile raczej urobione?

Dokładnie tak. Ale pamiętam, że pierwszych wykładów z podstaw pielęgniarstwa słuchałam z otwartą buzią. Bardzo szybko zostałam kupiona. I te momenty, ten zapał z samego startu chcę sobie przypominać zawsze wtedy, gdy mam ciężką zmianę lub gdy czasami mam to wszystko chęć rzucić w cholerę.

Na zajęciach słuchałaś o tym, jak pielęgniarstwo wygląda w teorii. Czy początek praktyk nie jest brutalnym zderzeniem z rzeczywistością?

Zawsze przeżywa się szok. I co więcej, nie da się na to nigdy przygotować. Do tej pory miałeś przed sobą fantom albo uczyłeś się rozmowy z pacjentem od strony teoretycznej, a tu nagle staje przed tobą żywy człowiek i na serio mierzysz się z jego problemami. Widzisz, że go boli i że jest kapryśny, bo np. ma gorszy dzień.

Masz więc te 18-19 lat, zaczynasz praktyki w szpitalu. Co dalej?

Właściwie od razu na zmianie umiera „mój” pierwszy pacjent. To był maj, piękna pogodna, na uczelni trwały juwenalia, a ja wychodzę ze szpitala i w drodze do domu zaczynam myśleć, co się w ogóle stało. W pierwszym momencie to do ciebie nie dociera, izolujesz się, jakoś przed tym uciekasz. Byłam umówiona na wieczór ze znajomymi, na koncert, ale nie dałam rady pójść. Świadomość, że to pierwsza taka sytuacja w moim życiu, chrzest bojowy, nie jest łatwa. A jednocześnie uważam, że to było potrzebne, musiałam się w to wdrożyć.

Wdrożyć w umieranie pacjentów?

Tak, musisz się tego poniekąd nauczyć. I naprawdę z każdym kolejnym zgonem jest łatwiej. Choć oczywiście zdarzają się wyjątki. Kiedy np. umiera bardzo młoda osoba lub dziecko. Albo kiedy pacjent jest już w świetnym stanie i nagle następuje załamanie. Ludzie „z zewnątrz” często tego nie rozumieją. Choć jednocześnie są bardzo ciekawi tego, jak wygląda śmierć. W książce jeden z moich rozmówców mówi, że gdy się przyznaje komuś, że jest pielęgniarzem, to pierwsze pytanie zwykle brzmi: „Czy ktoś ci umarł?”.

Moi rówieśnicy mówili np.: „Boże, ale ty teraz pewnie płaczesz!”. A ja nie miałam takich odczuć. Byłam zszokowana, ale to nie jest rozpacz jak po stracie kogoś bliskiego. To zupełnie inna, trudna mieszanka emocji.

Piszesz w książce, jak ważne jest zachowywanie dystansu i że lepiej o pacjencie za dużo nie wiedzieć.

Nie jest to łatwe, ale chodzi o to, by nie zaprzyjaźniać się z pacjentami. Nigdy nie można dawać z siebie 100 proc. empatii, bo bardzo szybko się wypalimy, wykończymy psychicznie. Trzeba umieć stawiać granice i być empatycznym w odpowiednich momentach. Gdy pacjent nas o coś prosi lub przeciwnie – gdy nie może o nic poprosić, a my musimy wczuć się w to, czego on może akurat potrzebować.

Czyli empatia zawodowa?

Dobre określenie. Nie możemy cały czas przeżywać i współodczuwać tego, co czuje pacjent. Po każdej zmianie wracałabym do domu jako wrak człowieka.

Praca na oddziale intensywnej terapii to był twój pomysł?

Tak. Wiedziałam, że tu nauczę się najwięcej i będę miała do czynienia z wieloma czynnościami, których nie nauczyłabym się gdzie indziej. Czyli np. intubowanie pacjenta, reanimacje, asystowanie przy różnych zabiegach, monitorowanie pacjenta w momencie zagrożenia życia, podawanie leków używanych tylko na intensywnej terapii. Wiedziałam, że intensywna terapia będzie dla mnie najlepszą możliwą szkołą pielęgniarstwa. Trudniej byłoby mi przejść z łatwiejszego oddziału na intensywną niż odwrotnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Szpitale ukrywają błędy

Trudno tutaj o stopniowanie, ale byłem przekonany, że najgorzej jest na oddziałach onkologicznych czy paliatywnych. Po lekturze „W czepku urodzonych” myślę, że równie wiele pielęgniarek nie wytrzymuje pracy na oddziałach dziecięcych, gdzie ciągle styka się z cierpieniem najmłodszych.

Tak, to jest właśnie powód, dla którego sama – choć uwielbiam dzieci – nie poszłam na pediatrię. Bardzo szybko bym się tam wypaliła. Także z powodu rodziców chorych dzieci.

Praca z nimi wymaga wręcz wybitnych umiejętności komunikacyjnych. Są w nowej, bardzo trudnej dla siebie sytuacji – chore jest ich dziecko, największy skarb na świecie. I ich nie obchodzi, że ja się znam na swojej robocie, że mam doświadczenie czy odpowiednie kursy. Nie, wiedzą lepiej, bo to przecież ich dziecko. Trzeba umieć z nimi rozmawiać, wychodzić naprzeciw, sprawić, by czuli się bezpiecznie.

Wielka sztuka.

Tak. No a przede wszystkim – jak nie współczuć takiemu choremu dziecku? Jak nie współczuć dziesiątkom chorych dzieci na oddziale? Dlatego te oddziały tak wykańczają. To na pewno nie są emocje, które można wyrzucić do kosza po przyjściu do domu.

Jedna z bohaterek książki, pielęgniarka na oddziale paliatywnym, mówi ci, że w tym roku miała już 170 zgonów. A rozmawiałyście w lipcu. To jakaś niewyobrażalna masakra.

Właściwie codziennie, na każdej zmianie, ktoś ci umiera. Oddziały paliatywne bez wątpienia są trudnymi oddziałami, ale – może to źle zabrzmi – pielęgniarki na nich umieją sobie z tym radzić. Nie chcę powiedzieć, że śmierć jest im obojętna i że w ogóle traktują zwłoki czy umierającego pacjenta jak marionetkę, ale mają wypracowane mechanizmy obronne.

Jedna z pielęgniarek mówi, że najtrudniejsze w tej pracy nie są rzeczy związane z fizjologią, tylko „roszczeniowi pacjenci”, a jeszcze bardziej „roszczeniowe rodziny”. Też uważasz, że to wielki problem?

Niewątpliwie zjawisko roszczeniowych pacjentów czy rodzin istnieje, choć nie można uogólniać i mówić, że wszyscy tacy są. Ale takie osoby się zdarzają i czasami pielęgniarki trafiają pod ich ostrzał.

Roszczeniowa rodzina, czyli jaka?

Taka, która zawsze i wszystko wie lepiej od pielęgniarki. Która podważa nasze kompetencje. Która przychodzi i ma do nas wyłącznie pretensje. Która mówi, że jesteśmy głupie i nie mamy pojęcia o tym, co robimy. Która wie, jak pielęgnować ich krewnego i jakie leki mu podawać. Nie mam problemu, gdy rodziny chcą nam coś podpowiedzieć. Np.: „Mój tato, gdy go bolało, zawsze brał taki a taki lek, może byśmy tego spróbowali?”. To może być pomocne. Rozumiem, że znają swojego ojca czy męża lepiej od pielęgniarek, ale chodzi o to, by z nami współpracowali, a nie nas atakowali. Zdarza się nawet, że pacjent ucisza kogoś z rodziny: „Proszę cię, nie mów takich rzeczy...”. Rodziny często przychodzą do szpitala tylko na chwilę, w odwiedziny, i oceniają pielęgniarki wyłącznie z perspektywy „ich pacjenta”. A skoro nas przy nim nie ma, to pewnie znaczy, że odpoczywamy.

W książce piszesz też o innych sytuacjach. Np. że pielęgniarki bywają wyzywane przez pacjentów.

Tak, sama na jednej zmianie zostałam zwyzywana 37 razy od „kurew”, policzyłam.

I co wtedy? Zignorować? Można tego nie brać do siebie?

To zależy. Są pacjenci, którzy zachowują się agresywnie np. pod wpływem leków czy po narkozie. W takim wypadku totalnie mnie to omija. Jestem w stanie się wyłączyć i normalnie z nimi rozmawiać. Ale w momencie, gdy pacjent jest w pełni świadomy, rozmawiamy, a on nagle zaczyna mnie wyzywać, to coś pęka... Trzeba uciąć taką „rozmowę”. Na pewno lepiej wyjść z sali, niż kłócić się z pacjentami. To byłoby nieprofesjonalne.

Jak są traktowane w szpitalu młode i początkujące pielęgniarki? Zdarzają się sytuacje typu: „Proszę wezwać starszą siostrę”?

Różnie. Jedni pacjenci się cieszą, drudzy się boją. Bywa, że pytają: „A może jest jakaś starsza koleżanka?”. Albo są przestraszeni, że nie będę umiała się nimi właściwie zająć.

Zdaje się, że największym problemem jest dzisiaj to, że młodych pielęgniarek jest tak mało.

Tak. Najwięcej pielęgniarek jest dzisiaj w wieku 45 plus. Takich świeżo po studiach jest naprawdę niewiele. A starsze pielęgniarki, gdy tylko mogą odejść na emeryturę, to odchodzą. To bardzo ciężka, wyczerpująca, także fizycznie, praca. Wyobrażasz sobie np. 63-latkę podnoszącą pacjenta?

W Polsce brakuje dzisiaj 100 tys. pielęgniarek. Kosmiczna liczba.

A będzie jeszcze gorzej. I chyba nie do końca rozumiemy, jaka to katastrofa. Już pojawiają się pierwsze komunikaty, że jakiś oddział chirurgiczny został zamknięty z powodu braku pielęgniarek.

A jednocześnie ponad 60 proc. pielęgniarek pracuje na dwóch lub trzech etatach. Trudno sobie wyobrazić sytuację, że policjant po zmianie w wydziale zabójstw idzie chronić supermarket przez kolejne osiem godzin. Albo że kierowca autobusu miejskiego potem jeszcze jeździ tirem. A w przypadku pielęgniarek to norma. Zdarzają się sytuacje, że jedna pielęgniarka pracuje 30-40 godzin bez przerwy. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.

To wszystko prawda, ale gdyby tego nie robiły i nagle wszystkie zwolniły się ze swoich drugich i trzecich miejsc pracy, mnóstwo oddziałów i placówek medycznych by padło. Pielęgniarki nie pracują tyle tylko dlatego, że chcą zarobić. Choć oczywiście dlatego również, bo każdy woli zarobić 4 tys. zł niż 2 tys.

Ile zarabiają pielęgniarki?

Średnie zarobki to 2,5 tys. zł miesięcznie.

A ile powinny zarabiać, by można było uznać, że to godziwa zapłata?

Myślę, że dwa razy tyle. Gdyby zarabiały ok. 5 tys. zł na rękę, nie byłoby wielu problemów, z którymi mamy dzisiaj do czynienia. Niektórzy uważają, że skoro „mamy powołanie”, to powinniśmy opiekować się chorymi z dobrego serduszka, najlepiej za darmo. A przecież kończymy trudne studia, robimy kursy, specjalizacje, dokształcamy się, jeździmy na konferencje, więc dlaczego nie chcemy, by dobrzy fachowcy w ochronie zdrowia byli dobrze wynagradzani?

PRZECZYTAJ TAKŻE: Szukam pielęgniarki, dobrze zapłacę. Nie ma chętnych

Dysproporcje z pensjami lekarzy są…

...bardzo duże. Są do tego stopnia znaczące, że czasami lekarz specjalista z bardzo dużym stażem bierze za prywatny dyżur tyle, ile niektóre pielęgniarki zarabiają przez cały miesiąc.

To dlaczego nie wyjedziesz, skoro za granicą mogłabyś zarobić kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie za tę samą pracę?

Mam tutaj dużo do zrobienia. Jeśli wszyscy uciekniemy, to na pewno nic się nie zmieni. Gdzieś głęboko siedzi we mnie poczucie odpowiedzialności za sytuację zawodową mojego środowiska.

Czy wraz z wydaniem „W czepku urodzonych” chcesz zostać nieoficjalną rzeczniczką pielęgniarek?

Nie, ale chciałabym, by jak najwięcej pielęgniarek mówiło głośno i szeroko o tym, co się dzieje. Jeśli będziemy sobie mamrotać pod nosem na szpitalnych korytarzach, nikt nas nie usłyszy. Jestem zwolenniczką spokojnej i rzeczowej rozmowy o kłopotach, które są efektem wieloletnich zaniedbań, i o tym, co będzie się działo, jeśli nic się nie zrobi.

Być może musimy zacząć przygotowywać społeczeństwo na to, że za chwilę w Polsce nie będzie pielęgniarek.

Czyli potrzebujemy okrągłego stołu z udziałem pielęgniarek, lekarzy, polityków?

Jak najbardziej. Trzeba wypracować jakieś realne rozwiązania problemów – teraz, już. Bardzo wiele musi się zmienić. Swoje podejście muszą zmienić pielęgniarki, społeczeństwo, politycy, lekarze, dyrektorzy szpitali. Prawdziwa zmiana jest możliwa tylko wtedy, gdy wszystkie te osoby spotkają się w połowie drogi.

A nie boisz się zarzutów, że oto młoda pielęgniarka, świeżo po studiach, niecałe dwa lata w zawodzie, a mówi niejako w imieniu całego środowiska…

I że pojawią się głosy, że co taka młoda, niedoświadczona może o tym wszystkim wiedzieć? Na pewno takie głosy będą, także ze środowiska pielęgniarskiego czy lekarskiego. Zaczęłam prowadzić bloga od razu po studiach i bardzo szybko dostałam od wydawnictwa propozycję napisania książki. Wahałam się i odmawiałam. W końcu się zgodziłam, ale tylko pod warunkiem, że w książce oddam głos wielu innym pielęgniarkom i pielęgniarzom. Są tutaj głosy pracowników z różnych oddziałów, osób bardziej i mniej doświadczonych, z małych i dużych miast, z małych i dużych szpitali. Są pielęgniarki na emeryturze, są pielęgniarki w zawodzie od 20-30 lat, są pielęgniarki świeżo po studiach.

Nie udaję, że wiem więcej, niż wiem. I nie wiem, jaką książkę napisałabym za 10 czy 20 lat, być może zupełnie inną. Wiem, że piszę o problemach, o których trzeba mówić, a mniej się zastanawiam nad tym, czy jestem za młoda, by o nich mówić. Czy ja o tym powiem po dwóch, czy po 20 latach – nie ma znaczenia. Bo już dzisiaj widzę patologie systemu. I przecież nie jest tak, że wystawiam pielęgniarkom laurkę. Nie chciałam pisać, że wszystkie jesteśmy cudowne i świetne. Owszem, kocham ten zawód, ale zależy mi na pokazywaniu jak najszerszego obrazu. Są wybitne pielęgniarki, „w czepku urodzone”, ale są też wredne, niemiłe i beznadziejne, które w tym zawodzie nie powinny przepracować nawet dnia.

Sporo mówisz o wypaleniu, w książce również jest wiele głosów na ten temat. Sama się tego obawiasz?

Oczywiście. Ciężkie dyżury, trudni pacjenci, praca fizyczna, obciążenie psychicznie, praca zmianowa, praca w nocy, różne trudne sytuacje w pracy zespołowej... W tym zawodzie nietrudno o wypalenie. Wyraźnym objawem wypalenia jest to, że przychodzisz na zmianę i nie masz najmniejszej ochoty rozmawiać z pacjentami. Albo gdy wkurza cię, że pacjent chce się napić wody. Gdy irytuje cię, że pacjenta boli. Idziemy do tej pracy po coś. I naprawdę jesteśmy w stanie wytrzymać 12 godzin z pacjentem, który cierpi. W momencie, gdy przestajemy to rozumieć i stajemy się nieczułe, trzeba przynajmniej zrobić sobie jakąś stop-klatkę.

A trudno o przerwę, gdy pracuje się w dwóch, trzech miejscach. Błędne koło.

Niestety, tak. I cały czas przebywasz z ludźmi cierpiącymi. Ostatnio uświadomiłam sobie, że sama ciągle przebywam albo z ludźmi chorymi, albo z ludźmi, którzy zajmują się chorymi, czyli pielęgniarkami i lekarzami. Bo wielu moich znajomych to również osoby z tego świata. W moim życiu wszystko kręci się wokół chorób. Trudno zachować dystans i równowagę.

Dość łatwo za to zostać pracoholiczką?

Bardzo łatwo. Sama, gdybym mogła, siedziałabym ciągle w pracy. Wychodzisz z nocnej zmiany i powinnaś odpocząć, a po dwóch godzinach dzwonisz do koleżanki i pytasz: „Słuchaj, jak z tym pacjentem, musieliście intubować czy już wszystko OK?”. To zawód, który pochłania. Te emocje uzależniają.

I potrafią być destrukcyjne. Piszesz, że jeśli pielęgniarka twierdzi, że nigdy nie zostawia swojej głowy w szpitalu, to kłamie. A w większości szpitali pielęgniarki czy lekarze nie mają zagwarantowanego wsparcia psychologicznego. Nie macie też – jak nauczyciele – dłuższych wakacji czy opcji rocznego urlopu.

Musimy sobie radzić. Ja np. często „zabieram pracę do domu” i opowiadam o niej mężowi, który na szczęście jest bardzo wyrozumiały i jest doskonałym słuchaczem. Wiele koleżanek ma podobnie. Pewne rzeczy trzeba przegadać, by nie zwariować. Praca w ochronie zdrowia oznacza, że w jednej sali rodzi się dziecko, a w drugiej komuś umiera ojciec i mąż. Ekstremalne doświadczenia, ciągła huśtawka emocjonalna. To nie nasze emocje, ale jesteśmy stale przy emocjach innych ludzi. To zostawia ślad.

Konsekwentnie mówisz o zawodzie pielęgniarskim. A co z „powołaniem” czy „służbą”?

Mówimy „ochrona zdrowia”, a nie „służba zdrowia”. Mówimy „zawód”, a nie „powołanie”. Wiele osób w książce zwraca na to uwagę. Nie wiem, czy coś takiego jak powołanie w ogóle istnieje. Można powołaniem nazwać zdolność do bycia z drugim człowiekiem i chęć pomagania mu. Ale to buduje się z czasem. Nie ma tak, że nagle spływa na mnie błoga fala i już wiem, że będę „służyć”.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Chora sytuacja pielęgniarek: Polki wyjeżdżają pracować na Zachodzie, Ukrainki nie mogą ich zastąpić

Przychodzi anioł i mówi: „Będziesz pielęgniarką”.

Tak, i rozkazuje: „Załóż czepek, kobieto”. To tak nie działa.

Skoro jesteśmy przy kwestiach językowych, jest też problem z „siostrami”…

Mówimy „pielęgniarki”, a nie „siostry”. Siostry to pozostałość z czasów, gdy pielęgniarkami były zakonnice. Jeżeli 90-letnia kobieta mówi: „Siostro, boli”, OK, całe życie tak mówi i tak jest nauczona. Ale jeśli „siostro” mówi do mnie młody chłopak? Była nawet taka kampania: „Tylko mój brat mówi do mnie »siostro«”. Nie ma takiego zawodu jak „siostra”. Jestem pielęgniarką.

A jak jeszcze zwracają się do pielęgniarek pacjenci, którzy zapominają o „proszę pani”?

„Kochanie”, „złotko”, „myszko”, „słoneczko”. Albo: „Dziewczynko, czy mogłabyś podejść?”. To przekroczenie granic. Jestem w pracy, chcę być traktowana jak profesjonalistka, a nie jak dziewczynka, która przyszła popatrzeć na chorych ludzi.

Z kolei pielęgniarki zwracają się czasem do starszych pacjentów per „babciu” czy „dziadku”.

Tak, to również krzywdzące i umniejszające. Bardzo brzydko pachnie mi to dyskryminacją osób starszych.

A co z innego rodzaju tekstami, wypowiedziami z podtekstem seksualnym, seksizmem?

Różnego rodzaju niewłaściwych zachowań czy „komplementów” jest naprawdę sporo. Trzeba je stopować. Łącznie z zaproszeniami na kawę czy ciasteczka. Pytasz rano, jak się pacjentowi spało, i od razu słyszysz: „Dobrze, ale z taką pielęgniarką jak pani byłoby dużo lepiej”. Klasyka. Chciałabym, żeby w pracy zwracano uwagę na moje kwalifikacje i umiejętności, a nie na „śliczną buźkę”, bo i takie określenia się zdarzają.

Jak reagujesz?

Zwracam uwagę. To jest nieprzyjemne i trzeba mówić o tym wprost. Zazwyczaj mówię do pacjenta, że jestem w pracy i nie życzę sobie takich komentarzy. Zresztą również od pacjentki usłyszałam niedawno: „Pani jest tak mądra jak lekarz”.

Co odpowiedziałaś?

Że jestem mądra jak pielęgniarka.

Powtarzasz, że w pracy nie jesteś kobietą, tylko pielęgniarką. Co to znaczy?

W idealnym świecie – że płeć nie ma znaczenia. Ani nasza, ani pacjenta. Nie możemy się z pacjentem umówić czy patrzeć na niego jak na potencjalnego kandydata na męża. I same również staramy się nie zwracać uwagi na płeć pacjenta i mówić np., że nie pójdę do tego młodego chłopaka, bo jestem młodą kobietą. Wszystkie moje przemyślenia, emocje, odczucia muszę w pracy odrzucić i zachowywać się profesjonalnie.

Żyjemy w podzielonym społeczeństwie, więc muszę cię spytać o to, czy polityka przedostaje się również za szpitalne mury. Czy polityczne podziały tutaj giną?

W relacji pielęgniarka – pacjent giną. Nie patrzymy na to, czy ktoś jest z prawicy, czy z lewicy. Kłótnie, także polityczne, między pacjentami oczywiście się zdarzają, zwłaszcza na oddziałach ogólnych, internistycznych. Gdy zostałam pielęgniarką, nabrałam ogromnego dystansu do życia i polityki. Nie wiem, co się dzieje na bieżąco. Wiem, kto aktualnie rządzi, ale nie żyję tym na co dzień.

Nie umiem przejąć się jakąś kłótnią czy sporem politycznym, gdy widzę, z jak ogromnymi problemami zmagają się ludzie, z jakimi chorobami walczą, co przeżywają. Gdy patrzę codziennie na rodziny czuwające przy ciężko chorych, na żony czekające tygodniami przy łóżkach mężów, na dzieci przynoszące laurki dla swoich mam, to jak mam się potem przejąć, gdy widzę kłócące się ze sobą o jakieś głupstwa sąsiadki? Chciałabym, żebyśmy wszyscy mogli się przejmować tylko głupimi wypowiedziami polityków czy jakąś kłótnią w telewizyjnym studiu. Albo słucham czasami, jakie problemy w pracy mają moi znajomi. Że np. robią jakiś projekt w korpo i jak go nie skończą do piątku, to będzie źle i szef się na nich wkurzy.

A ja myślę: jeśli nie zmienię pacjentowi leku albo coś źle zrobię, to mi pacjent umrze. Nie chcę nikogo umniejszać i mówić, że mój zawód jest lepszy, ale pielęgniarstwo, w ogóle wszystkie zawody medyczne, mają to do siebie, że nieustannie siłujemy się ze śmiercią. I to zmienia perspektywę.

Socjolog Adam Ostolski: „Uważam, że ministrem powinna zostać w końcu pielęgniarka”.

Zgadzam się. Być może dopiero pielęgniarka spojrzałaby na to wszystko z innej strony, coś by się wreszcie ruszyło.

A czy nie ma obawy, że minister-pielęgniarka bardziej zajmowałaby się interesami pielęgniarek, a mniej lekarzami?

A czy nie ma obawy, że minister-lekarz bardziej zajmuje się dzisiaj interesami lekarzy, a mniej pielęgniarkami?

Jest, ale czy dobrą odpowiedzią na jedną niesprawiedliwość byłaby inna?

Myślę, że pewne przesunięcie jest tutaj potrzebne. Bo lekarzy również brakuje, ale chętnych, by zostać lekarzami – nie. A w przypadku pielęgniarek mamy absolutny dramat pod tym względem.

Z kolei socjolożka Julia Kubisa zwraca uwagę na to, że zawody medyczne protestują osobno.

Powinniśmy protestować razem. Tylko że lekarze potrafią protestować jako zwarta grupa, a pielęgniarki są bardzo podzielone. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że pielęgniarki strajkują osobno. Jest rok 2017, akcja „Jeden etat” – tylko przez jeden miesiąc wszystkie pielęgniarki mają pracować na jednym etacie. By uświadomić społeczeństwu i politykom, ilu pielęgniarek brakuje.

I co?

Wzięło w tym udział około 20 proc. pielęgniarek. Dopóki nie zaczniemy współpracować same ze sobą, nic z tego nie będzie. Widzę to nawet po swoim przykładzie. Jest sporo pozytywnych komentarzy – fajny blog, fajna książka. Ale jest też mnóstwo szpil wbijanych pod żebro. I nie mówię tu o konstruktywnej krytyce, tylko o hejcie czy personalnych atakach. Na długo przed premierą książki niektórzy doskonale wiedzieli, co o niej sądzić, i już ją odpowiednio zrecenzowali. Wiem, że będę teraz mocno krytykowana. Że dziecko. Że nic nie wiem. Że się dopiero dowiem. Że się wypalę. Że jestem idealistką. Że jestem roszczeniowa. Że jestem jedną z tych, które piją kawę.

Boisz się również reakcji pielęgniarek i lekarzy w swoim szpitalu?

Tak, bo to moi ściśli współpracownicy.

Ale przecież w żaden sposób ich nie obrażasz?

To prawda, ale odbiór może być różny. Chciałabym, by nasza współpraca dalej świetnie się układała. Wchodzę na oddział i odsuwam to wszystko. W pracy nie mówię o blogu, nie mówię o książce. Nie mówię: „Słuchajcie, miałam dzisiaj wywiad rzekę do »Wysokich Obcasów«”. Nie. Jest pacjent, ja i zespół. I zasuwam.

Weronika Nawara „W czepku urodzone. O niewidzialnych bohaterkach szpitalnych korytarzy”, Wydawnictwo Otwarte