Jeździła autostopem po bezdrożach Azji Środkowej, spała w odstawionych na bocznicę pociągach, spędziła trzy miesiące w Indiach, starając się nie patrzeć w oczy mężczyznom. Podróżuje solo, nie czuje strachu

Marzena Filipczak
Marzena Filipczak podróżuje solo i wskazuje 6 krajów, w których kobieta w samotnej podróży może czuć się bezpiecznie. Wśród nich jest Iran
Fot. Archiwum prywatne Fot. Archiwum prywatne

Korona singielki

Podróżuję solo od dziesięciu lat. W tym czasie wędrowałam po Iranie, Iraku, Osetii Północnej, Górskim Karabachu i Naddniestrzu. Przeszłam w poprzek Islandię, biwakowałam zakopana w śniegu w lapońskim lesie i nad afrykańskimi jeziorami, znad których przychodziły do mnie hipopotamy. Jeździłam autostopem po bezdrożach Azji Środkowej, spałam w jurtach i w odstawionych na bocznicę pociągach i spędziłam trzy miesiące w Indiach, starając się nie patrzeć w oczy mężczyznom. Najczęściej zadawane mi pytanie brzmi - tak, zgadłyście: "A czy ty się nie boisz?".

Tak, boję się. Ale jest to strach racjonalny, który każe mi się przygotować, poznać miejsce, jego zwyczaje i rozsądnie się zachowywać.

Jedyny raz, kiedy się nie bałam, skończył się źle. Dwie dekady temu spontanicznie wybrałyśmy się z koleżanką do Kenii z zamiarem wejścia na Kenię, czyli drugi co do wysokości szczyt kontynentu. Żadna z nas nie miała doświadczenia w takich wędrówkach ani nie była wcześniej poza Europą, ale wydało mi się, że jestem dobrze przygotowana, bo jeden kolega pożyczył mi śpiwór komandosów (z demobilu), a drugi zadzwonił do dyrektora zoo zapytać, czy jak rozbijemy naszą chińską dwójkę w buszu, to nie zaatakuje nas lew.

Wyprawa skończyła się jeszcze przed początkiem w Nairobi, do którego przyjechałyśmy nocnym autobusem z Mombasy. Zignorowałyśmy informacje w przewodniku oraz ostrzeżenia pasażerów i kierowcy, żeby nie wychodzić z dworca, dopóki całkiem się nie rozjaśni. Poszło za nami kilku panów z nożami, przyłożyli nam je do boków. W takiej sytuacji się nie dyskutuje, tylko oddaje to, czego chcą. Byłam zdrętwiała ze strachu i przerażona tak, że przez kolejną dekadę nie ruszałam się poza oswojoną Europę. Kiedy wreszcie odważyłam się wyjechać - w dodatku po raz pierwszy sama - ruszyłam do Azji. Podobnie jak inni początkujący wybrałam ten kontynent, bo jest bezpieczny, łatwy w podróżowaniu, tani i egzotyczny. Może nie zaczęłam fortunnie - bo od Indii - ale na szczęście wybrałam południową, mniej uciążliwą część subkontynentu i dałam radę.

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo podróży, to dzielę świat na dwie części: tam, gdzie pozycja kobiety nie odbiega od tej, jaką mamy w Polsce i generalnie na Zachodzie, oraz resztę. Chodzi przede wszystkim o kraje muzułmańskie, Indie, ale też o te z kulturą macho: Kaukaz, część Ameryki Środkowej, czasem - w niewielkim stopniu - południową Europę. W części pierwszej wystarczy się zachowywać jak na co dzień w Polsce - nie włóczyć się po ciemnych zaułkach, nie przyjmować przygodnych zaproszeń, słuchać ostrzeżeń miejscowych oraz nie rzucać się w oczy jako turystka i nabrać pewnych nawyków: nie nosić torby od strony ulicy, bo może ją wyrwać przejeżdżający motocyklista, nie spuszczać z oczu podręcznego plecaka nawet na chwilę (najlepiej przywiązać go do siebie albo np. do krzesła w restauracji), nie mieć w codziennym portfelu więcej, niż potrzeba na dany dzień. I tak dalej, i tak dalej, a wszystko to jest opisane w przewodnikach.

W krajach patriarchalnym, gdzie kobieta bez męskiego towarzystwa raczej nie występuje, sprawy mają się inaczej. Z jednej strony jest nam trudno, zwłaszcza na początku, z drugiej - nigdzie nie spotkałam się z taką życzliwością i opieką, bo wszyscy czuli się w obowiązku, żeby się mną zająć. Żeby sobie poradzić w tamtym świecie, europejskie przyzwyczajenia trzeba zostawić w domu. Ubrać się skromnie i nie podkreślać w żaden sposób urody. Poza Iranem nikt nie wymaga od turystek chusty, ale nawet zwykła bandanka zwiększa komfort o jakieś dwa razy. Chustę i tak zawsze mam pod ręką, bo zarzucona na głowę zwyczajnie chroni od słońca, na twarz - od kurzu, a pod szyją - od wściekłego wiatru w czasie jazdy na bagażniku motorowej taksówki i klimatyzacji urywającej głowę w autobusie. Przeziębienia w tropikach, gdzie zdarzają się częste zmiany temperatur, są częstsze niż zaczepki, kradzieże, zatrucia i inne zarazy razem wzięte. Dalej - trzeba obserwować miejscowe kobiety i zachowywać się jak one: jeśli nie rozbierają się na plaży, nie wchodzą do czajchan, czyli lokali, gdzie panowie piją herbatę, nie siadają w tylnej części autobusu, to też tego nie robić. Trzymać się kobiet, rodzin i przeznaczonych dla nich stref - wagonów w pociągach i w metrze, części w autobusach, poczekalni, restauracji, nie zatrzymywać się w hotelach, w których są sami mężczyźni, i nigdy nie dopuścić do sytuacji, żeby zostać z nimi sam na sam. Wszystko to pozwala zminimalizować końskie zaloty i zaczepki, od rozbierania wzrokiem w wersji najłagodniejszej, przez propozycje wspólnego spędzenia wieczoru, po natarczywe ocieranie się w tłumie i łapanie za pośladki. Panów najlepiej ignorować i nie nawiązywać z nimi kontaktu wzrokowego - dlatego podstawowym kobiecym gadżetem są okulary przeciwsłoneczne - a w razie potrzeby prosić o pomoc miejscowe kobiety albo rodziny. W indyjskim autobusie młodzieńca, który próbował mnie dotykać, miejscowe panie zaczęły okładać torbami i nakazały kierowcy go wyrzucić, a w Maroku mąż wezwanej z odsieczą madame sprał chłopca tak, że zabolało nawet mnie.

Młode, modne i wykształcone Iranki powtarzały mi, że jeśli mężczyzna je zaczepi, jest to ich winą, bo w jakiś sposób go sprowokowały. Byłam oburzona tym myśleniem, ale tam rzeczywiście ono takie jest i trzeba albo je zaakceptować, albo nie jechać - nikt nikogo nie wysyła przecież na siłę.

Miesiąc temu wróciłam z Egiptu. Wędrowałam głównie po bezkresnej jak morze pustyni w zachodniej części kraju. Nigdy wcześniej nie widziałam miejsc tak tradycyjnych i kobiet tak zakrytych jak w tamtejszych oazach. Trasę zakończyłam w Luksorze, mieście turystycznym, przywykłym do niejednego widoku. Kiedy jednak w świątyniach Karnaku zobaczyłam grupę turystek w szortach i z dekoltami, wydały mi się niezwykłe co najmniej tak jak kobiety z oazy Al-Farafira, które przy 40 st. C nosiły czarne rękawiczki, żeby zasłonić nawet dłonie.

Egipt nie ma ostatnio dobrej passy i kiedy wróciłam, usłyszałam tradycyjne: "Czy czułaś się tam bezpiecznie?".

Odpowiadałam: "A czy ty czujesz się bezpiecznie w Polsce?".

Pełnego bezpieczeństwa nie zapewni mi nigdzie nikt. Jeśli jednak będę przestrzegać zasad, słuchać miejscowych, zachowywać się rozsądnie, nie jeździć w rejony konfliktów, to żadna podróż nie będzie bardziej niebezpieczna od codziennego życia.

1
Fot. JAMES L. STANFIELD Fot. JAMES L. STANFIELD

Macedonia: najbardziej egzotyczny kraj Europy

Monastyr w Treskavcu stoi w miejscu dawnej świątyni Apolla wśród ostańców na górze Zlato, która błyszczy w słońcu od drobinek kwarcu. Przed bramą wciąż jest wypolerowane kamienne siedzisko, z którego pogańscy kapłani odprawiali rytuały, mając widok na rozległą równinę o pięknej nazwie Pelagonia. Zmierzam do niego, bo - podobnie jak wiele innych macedońskich monastyrów - oferuje sale noclegowe. Kiedy wędruję dziurawą drogą przez słynący z wina region Tikves, zatrzymuje się auto, a pasażerowie idą obejrzeć pnącą się po tyczkach winorośl. Cmokają i zazdroszczą właścicielowi, że tak pięknie rośnie, potem interesują się mną, a ja odważam się przyjąć ich zaproszenie i jedziemy razem na odpust w górskiej świątyni wśród zdziczałych jabłkowych sadów, które zostały jako jedyne po znajdującej się tu kiedyś wsi. Jem z tłumem ze wspólnego stołu, piję z mężczyznami wino i plotkuję z kobietami na kocykach. To właśnie to wydarzenie zmieniło moje kolejne podróże i ośmieliło do miejscowych, a do Macedonii wracałam wielokrotnie. Dla mnie to najbardziej egzotyczny i niedoceniany pod względem turystycznym kraj Europy.

Najbardziej znane miejsce Macedonii to miasteczko Ochryda nad Jeziorem Ochrydzkim z dziesiątkami świątyń i domami na zboczach opadających ku brzegowi, a jej znak rozpoznawczy - wiekowe monastyry. Ponieważ zwykle jestem w nich sama, stare freski, które gdzie indziej pozwolono by mi podziwiać za szybą w muzeum, mam na wyciągnięcie ręki. W malutkim bałkańskim kraju są też piękne, doskonałe na wędrówki góry, starożytne obserwatorium Kokino stawiane w jednym rzędzie ze Stonehenge, noszące się kolorowo kobiety we wsiach na dalekim północnym zachodzie i jedna z najdziwniejszych stolic świata. Żeby nadać Skopje bardziej "klasycznego" wyglądu, jego centrum zostało zabudowane neoklasycystycznymi budowlami i ogromnymi pomnikami.

Drogę do Treskavca ostatecznie wskazują mi Romowie bawiący się na łąkach pod miastem - są nawet rozstawione karuzele - i pastuch, który odnajduje w krzakach kamień ze strzałką. To moja najbardziej klimatyczna noclegownia (niestety, potem spłonęła): zamiast jednej nocy zostaję tam na kilka dni.

2
Fot. PETER MARLOW Fot. PETER MARLOW

Portugalia nostalgiczna

Pępek Lizbony to otoczony białymi rządowymi budowlami  plac Comercio wytyczony w miejscu dawnego pałacu królewskiego, który - podobnie jak niemal całe miasto - pogrzebało kilka wieków temu tragiczne trzęsienie ziemi. Łukowata brama prowadzi do serca miasta napakowanego starymi budynkami i kawiarniami, po drugiej stronie do Tagu schodzą marmurowe schody, na  których miejscowi witali odkrywców. Wystarczy jednak odejść kilkaset metrów - najlepiej bez planu, bo urokiem stolicy i całego kraju jest beztroskie włóczenie się - by trafić do innego świata. Alfama to stara dzielnica pełna wąskich przejść, schodów, płytek azulejos, prania, można tam zobaczyć, jak nabrzeżem Tagu idą dwie starsze panie we wdowiej czerni i śpiewają mocnymi głosami, nie robiąc sobie nic z innych przechodniów. Takich obrazków nie widziałam w żadnej innej europejskiej stolicy.

Portugalia to najbardziej melancholijny i nostalgiczny kraj "starej" Europy. Kojarzymy ją przede wszystkim z plaż na południowym wybrzeżu, ale to tylko jej maska. Kawałek dalej od turystycznych szlaków pojawiają się osiołki, wiejskie kamienne siedziby zamienione  w luksusowe guesthousy  i tarasy z winoroślą. Warto też wybrać się do Portugalii zamorskiej, czyli na Azory i bliższą Maderę (tanie linie). Zielona Madera to stożek podwodnego wulkanu pełen pionowych ścian, wawrzynowych lasów, wielkich jak dzwony kwiatów, które rosną nawet na śmietnikach, i owoców nie z tej ziemi: na targu w Funchal leżą krzyżówki bananów z ananasami czy marakui z pomarańczą. Największą atrakcją wyspy są lewady, czyli liczący sobie ok. 2 tys. km system kanałów nawadniających z poprowadzonymi obok ścieżkami, schodami i przejściami w omszałych tunelach. To najbezpieczniejsze znane mi na świecie miejsca na egzotyczne nawet samotne wędrówki.

3
Fot. OBIE OBERHOLZER/LAIF Fot. OBIE OBERHOLZER/LAIF

Armenia: wszystko z wyjątkiem problemów

Klasztor zbudowany z różowego wulkanicznego tufu stoi na uboczu, a jego wnętrze oświetla tylko jedna świeczka. Z mroku wyciąga mnie miejscowa kobiecina zdziwiona, co tutaj robię. Gdy słyszy, że oglądam, odpowiada: - Nie warto. Ten ma tylko 800 lat, a takie to są w każdej wsi.

Piękna widokowo, położona w paśmie Kaukazu Armenia to kraj, który jako pierwszy na świecie przyjął chrześcijaństwo  (301 r.), ukryty w cieniu swojej świętej góry Ararat, na zboczach której miała osiąść arka przodka Ormian Noego. Dziś znajduje się ona w granicach Turcji, ale potężną sylwetkę doskonale widać nawet z Erywania. Armenia słynie z wiekowych monastyrów - podobno w tym małym kraju jest ich aż 4 tys. - i chaczkarów: kamiennych tablic z motywem krzyża oplecionego kwitnącą winoroślą stawianych jako płyty dziękczynne, nagrobne, pamiątkowe. Jest tu też starsze od piramid obserwatorium Zorac Karer, w dolinie Areni powstaje wyśmienite wino, wszędzie - kultowa tutowka na bazie morwy i lawasz - chleb wielki jak prześcieradło i cienki jak opłatek, który właściwie przechowywany zachowuje świeżość nawet przez kilka miesięcy.

Nie ma za to rzeczy nierozwiązywalnych, bo Ormianie to jedni z najbardziej serdecznych i pomocnych ludzi świata. Kiedy szukam w malutkiej wsi kawy, zagajona gospodyni natychmiast mnie na nią zaprasza, a gdy chcę dojechać nad lodowe jeziorko przed szczytem Aragac, ludzie natychmiast wskazują mi zmierzające w tamtym kierunku auto. Nie ma też tłumu turystów, bo z niewiadomych powodów nie zjeżdżają tu tak licznie jak do Gruzji. Nawet nad jeziorem Sewan, które latem okupują miejscowi, znajduję kawałek tylko dla siebie. Widać stąd, jak jego wody zlewają się kolorem z niebem.

4
Fot. A. ABBAS Fot. A. ABBAS

Iran: pęknąć od nadmiaru serca i pistacji

To kraj pięknych meczetów, starych karawanserajów, kamiennych wsi na zboczach, najgorętszej na świecie pustyni - pełnej ostańców z piasku Lut, gdzie satelity zanotowały 71 st. C - królestwo pistacji, granatów, herbaty, którą pija się, przesączając przez trzymaną w zębach kostkę cukru, a przede wszystkim - serdecznych ludzi.

Wizytę w Iranie najlepiej zacząć na bazarze, żeby kupić spinkę - klamerkę zwieńczoną konstrukcją w kształcie dorodnej kapusty, która idealnie podtrzymuje chustę. Iran jest jedynym tak łatwo dostępnym turystycznie krajem, w którym wszystkie kobiety i dziewczynki od 9. roku życia obowiązuje określony prawem strój. Hidżab nakazuje, żeby zawsze w miejscu publicznym zasłonić całe ciało z wyjątkiem twarzy i dłoni, ukrywając przy tym jego kształty. Wystarczą luźne spodnie, tunika z długim rękawem, chusta i sandałki, bo jedynie w miejscach świętych od turystek wymaga się zakrytych stóp. W Teheranie i znanych miastach na nikim nie robią wrażenia dziewczyny we wściekle kolorowych tunikach i chustach ledwo narzuconych na tył głowy, które bardziej przypominają ozdobne wstążki.

Paradoksalnie Iran jest dla kobiety najbardziej bezpiecznym do podróżowania krajem muzułmańskim (nie nazywajcie jednak nigdy Irańczyków Arabami, bo to Persowie). Trzeba oczywiście przestrzegać zasad: nie wdawać się w przygodne znajomości z miejscowymi panami, trzymać się kobiet i przeznaczonych dla nich stref - wagonów, części autobusów, restauracji - a Iran odpłaci się z nawiązką. Miejscowe dziewczyny są wykształcone, mówiące po angielsku i złaknione kontaktów z koleżankami z Zachodu - wciąż podchodzą do mnie, zaczepiają, zapraszają do domów i chociaż od mojej wizyty w Iranie minęły trzy lata, przysyłają SMS-y z pytaniem, co słychać w Lachestanie - bo tak po persku mówi się na Polskę.

5
Fot. MARTIN PARR Fot. MARTIN PARR

Peru: bezpieczna przeprawa przez dżunglę

Od czasu wizyty w Samarkandzie miasta nie robią już na mnie wrażenia, ale kiedy po nocnym przyjeździe znad jeziora Titicaca docieram o wschodzie słońca na główny plac Cuzco, staję jak wryta. Na ogromnej przestrzeni prawie nie ma ludzi, dwie pierzeje zamykają potężne świątynie z różowego kamienia, na zboczach dookoła ciągną się do nieba białe domy z balkonami, a na środku stoi złoty pomnik Pachacuteki - władcy, który stworzył potęgę Inków. Tylko patrzeć, a zza rogu wkroczy Pizarro z konkwistadorami.

Młoda Peruwianka w informacji turystycznej nie rozumie mojego pytania. - Pewnie, że możesz jeździć i chodzić sama, jest bezpiecznie - przekonuje, wręczając mi mapę Świętej Doliny i rysując na niej potrzebne kierunki i przystanki. Peru nie jest tanie (np. sam bilet do Machu Picchu kosztuje 70 dolarów), ale są to pieniądze dobrze wydane: nawet w małych miasteczkach są informacje turystyczne z bezpłatnymi folderami, mapami i osobami pomagającymi w podróży. Pokój w moim alojamiento - lokalnej noclegowni - nie ma zamka, ale czuję się bezpiecznie. Lokal znajduje się na wewnętrznym podwórku, na które można się dostać jedynie przez sklep właścicieli. Na śniadanie zjadam owoce kaktusa i marakui, popijając kubkiem przyniesionego z bazaru jogurtu i ruszam w kierunku ruin Pisac. Kamienne budowle i tarasy na zboczu są imponujące, a ponieważ przyjechałam tu przed zorganizowanymi grupami, spotykam jedynie kobietę medytującą przy wschodzącym słońcu i grajka wędrującego z fletem. Collectivos - czyli lokalnymi minibusami - pieszo, trochę stopem docieram do kolejnych ruin i funkcjonujących od starożytności salin. Pytając robotników prostym hiszpańskim o kierunek, przeskakuję między solnymi basenami na drogę, by złapać wspólną taksówkę do ostatniego dostępnego szosą miejsca przed Machu Picchu. Dalej można dotrzeć tylko drogim pociągiem albo maszerując kilkanaście kilometrów wzdłuż torów. Brzmi strasznie, ale czuję się bardzo bezpiecznie, bo praktycznie cały czas widzę kogoś za mną albo przede mną. To jedyna znana mi na świecie możliwość samodzielnej łatwej wędrówki przez las tropikalny.

Machu Picchu i święta dolina są flagową, ale niejedyną atrakcją Peru. Inne to: wysokogórskie jezioro Titicaca z pływającymi, zbudowanymi z trzciny wyspami Uros, kondory w kanionie Colca, rysunki naskalne na płaskowyżu Nazca i zwierzęta na archipelagu Islas Ballestas. Ich bogactwo jest tak duże, że nazywa się go wyspami Galapagos w miniaturze.

6
Fot. GRANT DIXON Fot. GRANT DIXON

Rwanda: afrykańska niespodzianka

Afryka nie ma dobrego PR-u, ma opinię trudnej do podróżowania. Jest droga (brak hoteli średniej klasy i tanich linii, wysokie opłaty za wstępy do parków narodowych i safari), ma kiepską infrastrukturę turystyczną, wizy są drogie i często trudne do zdobycia, zagrożenie malarią - wysokie, a do tego - nie jest tu bezpiecznie, zwłaszcza w miastach i po zmroku. Ale Afryka jest też piękna, bo nigdzie indziej nie ma tak rozbuchanej przyrody i tylu dzikich zwierząt. Kiedy rankiem na leśnym kampie wyglądam z namiotu, do wodopoju akurat przychodzą zebry, wieczorem dostojnie kroczy żyrafa, spod prysznica z odkrytym dachem widzę słonie wśród baobabów, a nocami znad wody niesie się pochrząkiwanie hipopotamów.

Jednym z najlepszych krajów na oswojenie się z czarną Afryką - czyli częścią kontynentu poniżej Sahary - jest Rwanda. Była dla mnie wielką niespodzianką. Ten malutki, położony na zielonych wzgórzach pod równikiem kraj, kojarzy się przede wszystkim z ludobójstwem i w obiegowej opinii jest ostatnim, o którym można pomyśleć: "bezpieczny" albo "nowoczesny".  Dlatego po przekroczeniu granicy oczom nie wierzę: przy ulicach stoją kosze na śmieci - poza światem Zachodu właściwie niespotykane - na ładnie utrzymanych trawnikach miejskich kwitną kwiaty, na skrzyżowaniach świeci się sygnalizacja, a kierowcy motorowych i rowerowych taksówek używają kasków i obowiązkowo wręczają je też pasażerom.  W kraju zakazano foliowych reklamówek i nawet w wiejskim sklepie sprzedawca pakuje mi chleb w torebkę biodegradowalną. Pełna wieżowców centralna dzielnica Kigali bardziej przypomina Nowy Jork niż jakąkolwiek afrykańską metropolię, a jej ulicami nawet po zmroku mogę chodzić pieszo. Na lokalny kemping we wsi Muko wędruję w dzień targowy. Mijają mnie setki kobiet z koszami owoców na głowach, mężczyźni prowadzący kozy na postronku i chłopcy wiozący rowerami na pych wielkie naręcza bananów, ale nikt mnie nie zaczepia ani nie prosi o pieniądze.

Największą atrakcją Rwandy są goryle górskie, ale w tutejszych parkach nie ma zbyt wielu innych dzikich zwierząt i na ich obserwację lepiej wybrać się do sąsiednich Kenii albo Ugandy. Kraj jest przede wszystkim dobrym miejscem na leniwy odpoczynek i obserwowanie codziennego życia Afrykanów, najlepiej nad otoczonym plażami jeziorem Kivu. Rozbijam namiot w ogromnym ogrodzie przy hotelu w pięknej postkolonialnej willi tuż przy brzegu. W sobotni wieczór zafrasowany menedżer proponuje mi, żebym przeniosła się na tyły budynku, bo w niedzielne poranki panuje tu hałas. O świcie na szeroką, ocienioną palmami ulicę przed jeziorem schodzi się pół miasta, by razem ćwiczyć i uprawiać jogging.

7
Fot. Materiały prasowe Fot. Materiały prasowe

Polecam blogi

Marzena Filipczak czasem podczytuje:

Wanderlustandlipstick.com (ang.), Beath Whitman to ekspertka od kobiecych podróży w pojedynkę, w drodze od 30 lat, udziela dużo rad dla podróżujących solo - nie tylko z niskim budżetem - np. jak nie czuć się nieswojo w pojedynkę w restauracji czy dlaczego nigdy nie zostawiać na drzwiach hotelowego pokoju zawieszki: "Proszę posprzątać". Relacje z miejsc, w które pewnie nigdy nie pojadę, np. Bhutanu czy Nowej Gwinei;

www.nomadicmatt.com (ang.), bardzo konkretne dane dotyczące kosztów podróży i rady, na czym można zaoszczędzić w poszczególnych krajach. Matt pochodzi z Bostonu, najwięcej więc pisze o obu Amerykach;

www.joaoleitao.com (ang.), jeśli przyjdzie mi do głowy pomysł, żeby sprawdzić, jak dojechać do Timbuktu, czy można bezpiecznie odwiedzić Afganistan, ile kosztuje wycieczka do Korei Północnej, co ciekawego jest w Bagdadzie, to największa szansa na odpowiedź jest u Portugalczyka Jo?o. Do tego dużo ciekawych opowieści - z berberyjskiego wesela na Saharze, życia z buddyjskimi mnichami w Nepalu czy Indianami w Amazonii, pływania z żółwiami na Galapagos itd.;

A-krotov.livejournal.com (ros.), o Antonie Krotovie po raz pierwszy usłyszałam w Uzbekistanie od Maszy, która przyjechała stopem z Moskwy, i do dziś nie mogę wyjść ze zdziwienia, czemu jest tak mało znany w Polsce. Anton rozwala system, dotarł auto-, pociągo- i statkostopem m.in. do Iranu, Afganistanu, Angoli czy Papui-Nowej Gwinei. Spędza dużo czasu z miejscowymi. Po polsku ukazał się jego poradnik "Praktyka wolnego podróżowania";

Teresabancewicz.blogspot.com - okrzyknięta (słusznie) królową polskiego autostopu w pierwszą podróż wyruszyła w wieku 62 lat. Dziś ma 84 lata i od dwóch, kiedy zmarł jej mąż, nie podróżuje, ale w tym czasie uzupełniła wreszcie swój blog. Bez fajerwerków, dobrych zdjęć, za to bardzo inspirujący. Po przeczytaniu nie będziesz mieć wymówek, że nie możesz podróżować z powodu braku pieniędzy, doświadczenia, wieku czy czegokolwiek innego.

Marzena Filipczak - dziennikarka, podróżniczka. Odwiedziła m.in. Iran, Irak i rosyjski Kaukaz, wędrowała przez Himalaje i Islandię, przemierzyła autostopem Azję Środkową. Autorka książek o samodzielnym podróżowaniu "Jadę sobie", "Lecę dalej", "Między światami". Właśnie nakładem wyd. Pascal ukazała się jej kolejna książka "Rozważnie i romantycznie. Poradnik dla podróżujących kobiet (oraz dla mężczyzn, żeby nie bali się ich wypuścić z domu)".

***

Weź udział w konkursie "Moja najważniejsza podróż" i wygraj cenne nagrody.

8

"Wysokie OBcasy Extra"

Tekst pochodzi w magazynu "Wysokie Obcasy Extra" nr 7/2017. Już w sprzedaży

9
Więcej na ten temat: podróże, singielka, turystyka