Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Siadamy na piętrze ich domu, na półkach przewodniki turystyczne, na ścianie fotografie, na biurku pamiątki z podróży. Teresa i Andrzej Walczakowie tłumaczą mi, jak to robią:

- Mamy dwie emerytury. W sumie 5 tys. zł. Nigdy mniej, nigdy więcej. Musi wystarczyć. Konto jest jedno i się nie rozmnoży. Jak się pieniądze skończą, zaczyna się debet. Nigdzie nie dorabiamy, bo nie starczyłoby nam czasu na jeżdżenie po świecie. Podróżowanie jest drogie? Bywa. Po dwutygodniowym wyjeździe zawsze będzie w plecy. Ale wyjazd na pół roku już się opłaca. Z początku częste podróże pochłaniały dużo funduszy. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie jechać raz a dobrze. Bo na ogół w podróży najdroższy jest przejazd.

Podliczmy nasze koszty, gdybyśmy nie wyjeżdżali: cena prądu, gazu, wody, w zimie ogrzewania, wywóz śmieci. Gdy wyjeżdżamy: paliwo na przejazd, prąd w podarunku od słońca, wody zawsze się skądś nabierze, gaz - jedna czy dwie butle na miesiąc, jedzenie w większości miejsc, do których jedziemy, jest tańsze niż u nas. Podróż wychodzi taniej. Pierwszy długi wyjazd: na Kretę. Wyjechaliśmy z debetem, jeździliśmy po wyspie przez trzy miesiące, wróciliśmy po pół roku. Za bogaci? Jesteśmy za biedni, aby w tej bogatej Polsce żyć.



Kamper przy malowanych skałach w Tafraoute. Fot. Archiwum Prywatne

2008 rok

Przejechane: 5441 km, w podróży: 122 dni

Odwiedzone kraje: Polska, Słowacja, Włochy

60-latkowie z Krakowa. On: emerytowany kapitan Wojska Polskiego. Ona: była policjantka. Twórcy bloga kamperemprzezswiat.blogspot.com. Zaczęło się od paralotni. Wcześniej prawie nie jeździli. Za komuny do ośrodków wypoczynkowych syrenką, a później polonezem, może ze dwa razy do Czech i do NRD. Prowadzili życie przeciętnego polskiego małżeństwa wychowującego dwóch synów.

- Nie było ciągotki do podróżowania. Nie zaczytywaliśmy się w książkach podróżniczych, o jeżdżeniu nie myśleliśmy - wspominają.

Na paralotni Andrzej zaczął latać, żeby zabić nudę i wyzwolić adrenalinę po przejściu na emeryturę.

- Adrenalina była. Na początku. Potem - więcej wysiłku intelektualnego: szukanie noszeń, kalkulacje, doświadczenie. Lataliśmy "do grilla", czyli rekreacyjnie, potem częściej wyczynowo. Zdobywałem puchary, medale, drużynowe mistrzostwo Polski nawet. Ja latałem, Teresa pomagała, goniła mnie samochodem po sto kilkadziesiąt kilometrów, gdy udało mi się odlecieć daleko. Jeździć po świecie zaczęliśmy na zawody: Litwa, Mołdawia, Austria, Włochy. Kupiliśmy przyczepę kempingową "niewiadówkę". Służyła nam 14 lat zamiast namiotu. Przemieszczaliśmy się, żeby startować w zawodach. Ale kiedy nie było pogody do latania, zwiedzaliśmy okolice. Tak to się chyba zaczęło.



Mibladene, droga do kopalni Aouli. Fot. Archiwum Prywatne

2009 rok

Przejechane: 14 419 km, w podróży: 222 dni

Odwiedzone kraje: Polska, Słowenia, Rumunia, Kreta

- Tak, chyba nas mają za odważnych. Kiedy na początku lat 90. wyjeżdżaliśmy na paralotniarskie mistrzostwa Ukrainy, znajomi załatwiali nam na podróż broń. Byli pewni, że Ukraińcy jeśli nas nie zabiją, to na pewno okradną. Teresa miała pietra, trochę czasu zajęło jej przekonanie się do takich wyjazdów. Mówiła nawet, że po drodze nie wysiądzie z samochodu na siusiu. A potem poszło.

Ostatni przykład: jedziemy za koło polarne. A kraje skandynawskie są sakramencko drogie, przede wszystkim paliwo. Więc tak wykombinowaliśmy, że jedziemy naokoło, przez Murmańsk, żeby zaoszczędzić. No i się zaczęło:

"Na same łapówki to z tysiąc dolarów stracicie",

"Gnębić was będą na okrągło",

"Tam wszyscy jeżdżą pijani",

"Kradną! Wszystko spinajcie łańcuchami".

Od znajomych dowiedzieliśmy się o Rosji wszystkiego. Nie było tylko wiadomo, czy najpierw nas tam zgwałcą, a potem zabiją, czy może odwrotnie. Przygodę kryminalną mieliśmy, ale w drodze powrotnej, w Norwegii, gdy szalony kierowca tira przycisnął nas do barierek, otarł nam bok, a gdy chcieliśmy podpisać oświadczenie o kolizji, potraktował nas młotkiem i sprawa skończyła się w sądzie. A Rosja? Innych kamperów nie widzieliśmy. Przejechaliśmy bez problemu szmat drogi, spotkaliśmy wspaniałych ludzi.



Walczakowie przed Jaskinią Niedźwiedzią na Krecie. Fot. Archiwum Prywatne

2010 rok

Przejechane: 15 200 km, w podróży: 155 dni

Odwiedzone kraje: Polska, Turcja, Gruzja

Z paralotniarstwa wynikła ciekawość świata.

- Szybko się okazało, że albo zwiedzamy, albo latamy na paralotniach. Bo nie da się wyczynu połączyć z prawdziwym podróżowaniem. Przy tym stoliku odbyła się narada: zwiedzamy czy latamy? Zrobiliśmy tajne głosownie. Wynik - 2:0. Ruszyliśmy w świat. W ciągu dwóch tygodni sprzedanie przyczepy, w ciągu miesiąca kupienie kampera. Szybko? Bo trzeba było jechać zaraz, co będziemy w domu siedzieć?! Właśnie wtedy, w 2008 roku, wciągnęliśmy się w caravaning. Synowie byli już dorośli, mieli swoje rodziny. Nie spłacamy im kredytów, nie budujemy im domów. Poszli na głęboką wodę. Jeśli powinęła im się noga i nie skończyli darmowych studiów, musieli studiować za własne pieniądze. I wyszło z tego dwóch kapitalnych chłopaków, którzy są na stanowiskach i radzą sobie w życiu.

Z początku próbowaliśmy znaleźć towarzystwo do podróżowania. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że słabo uprawia się caravaning w grupach. Dwa, trzy tygodnie? Góra. Dalsze podróże? Nie ma mowy. Jeden gotowy do drogi, ale szlag go trafia, bo drugi dopiero kawę zaczyna parzyć. Szkoda nerwów. Proponowaliśmy znajomym i słyszeliśmy: "Córka studia kończy, muszę jej pomóc, dorabiam na pół etatu". Albo: "Syn wziął kredyt, buduje dom, muszę pomóc mu spłacać". Pytaliśmy: "O Jezu, a co się stało, że córka/syn sobie nie radzą? Chorują może?". Odpowiadali: "Nie, dobry jest/dobra; zaradny chłopak/świetna dziewczyna. No ale samych w potrzebie ich nie zostawimy". Samych? Przecież te dzieci mają po 30, 40 lat!



Dziura w ziemi przy drodze do Tarfaji w Maroku. Fot. Archiwum Prywatne

2011 rok

Przejechane: 9285 km, w podróży: 187 dni

Odwiedzone kraje: Polska, Grecja, Albania, Czarnogóra, Ukraina

Teresa: - Z początku nie było mowy, że na wiele miesięcy. Trudno było zostawić dzieci, tęskniłam za wnuczkami. Jestem bardziej rodzinna od męża.

Andrzej: - W czoło się wszyscy pukali: "Sąsiad, kiedy się wreszcie weźmiesz do roboty? Lato się zaczyna, ogródek do przekopania!". Mam swoją odpowiedź. Odwracam się tyłem i pytam: "Czy ja mam tu » koń «napisane?".

Teresa: - Mówią: "Zazdroszczę". Odpowiadamy, żeby pakowali się i też jechali. Nie jadą. "Bo życie macie w drodze niewygodne. I pewnie nie na wszystko sobie można z tych polskich emerytur pozwolić". Na jedzenie w restauracjach nie można. Ale jak grupa znajomych się wybiera, to czasem sobie pozwolimy. Oszczędzamy na kamperowaniu na kempingach, przecież prawie wszędzie można się zatrzymywać poza kempingami. To prawda, że Niemcy i Austriacy gonią, więc tam nie jeździmy. Najlepiej zatrzymać się przy ludziach: sympatyczniej, bezpieczniej, zawsze ktoś ma oko na twój samochód.

Ludzie są wspaniali. Tu pustynia, na pustyni namiot, pytamy, czy możemy spędzić noc w jego pobliżu. Mówią: "Chodźcie bliżej". Samochód zostawiamy, bierzemy rowery, robimy mały trekking, a w miastach objeżdżamy muzea. Wieczorem wracamy. I kończy się to zazwyczaj jakimiś wzajemnymi zaproszeniami, biesiadami. Te spotkania to nasz skarb, bo miło jest i sporo się o ludziach i kraju przy okazji dowiadujemy. A pobyt na kempingu to strata czasu. Tam siedzi się między turystami, z dala od tubylców i wszystkiego, co najciekawsze. Fakt, są miejsca, gdzie z kempingu trzeba skorzystać. Na przykład duże włoskie miasta. W Padwie zostawiliśmy auto na ulicy i okradli nas, kipisz zrobili nam w przyczepie.

Nasze błędy? Do kampera zawsze zabieramy więcej, niż potrzeba. Jak czegoś w domu nie można znaleźć - przedłużacza, mapy, książki - to znaczy, że jest w "białym domu". Mamy dwa zestawy naczyń, po jednym w każdym domu. Jedzenia dużo nie zabieramy. Do krajów muzułmańskich wieprzowe wędliny, bo tam ich brakuje. Żywimy się tym, co miejscowi. W Afryce jedliśmy rękami i żyjemy.



Kampery w Porto Katsiki na wyspie Lefkada w Grecji. Fot. Archiwum Prywatne

2012 rok

Przejechane: 20 148 km, w podróży: 239 dni

Odwiedzone kraje: Polska, Portugalia, Hiszpania

- Do wyjazdu trzeba się przygotować, wiedzieć, gdzie jedziemy i po co. Trzeba wiedzieć, co się ogląda i jaki ludzie mają do tego stosunek.

Podczas podróży oczy się otwierają. Dowiadujemy się rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia: że krokodyle żyją na pustyni, dlaczego Osetyjczycy lubią Rosjan, że na Saharze wciąż funkcjonuje niewolnictwo i jak wygląda tajna baza okrętów podwodnych w Rosji. Telewizor chyba wyrzucimy przez okno, zazwyczaj kłamie. Co do Rosji, Osetii, Iranu Po kilku wyjazdach mamy inny obraz, niż wmawiają nam w telewizji.

Taką właśnie podróż nazywamy totalną. Najpierw przygotuj się, potem jedź i poznawaj, ile się da. Ale czasami już w trakcie podróży plany trzeba zmienić. W Mauretanii małżeństwo z Wrocławia wracało terenówką do Polski. Pędzili na złamanie karku, wiesz, jak to bywa, jak trzeba pracować i urlop się kończy. Ale chwilę pogadaliśmy. Mówią, że tam, gdzie najpiękniej, tam kamperem nie dojedziemy. No to zmieniliśmy plany - zamiast jechać na południe, pojechaliśmy w stronę centralnej Sahary, w stronę Timbuktu, gdzie w ogóle nie spodziewaliśmy się, że można dojechać.

Na nowohuckim Navigator Festival, jak opowiedzieliśmy o naszych afrykańskich planach na następne miesiące, to zaraz zgłosił się Tunezyjski Urząd ds. Turystyki, że chce nas objąć opieką, patronatem. Ale najpierw chce plan, gdzie, kiedy i w jakich rejonach będziemy. Więc wyjazd za kilka miesięcy, a u nas już rozłożone przewodniki i mapy. Trzeba dokładnie wszystko opracować. Numery telefonów. Dostęp do wody. Jak z internetem? Czy gaz LPG kupić na cały wyjazd? W Polsce tych informacji nie znajdziemy. Bo jeśli polscy "karawaniarze" gdzieś dalej jeżdżą, to do Grecji czy Włoch, i to tylko ci odważniejsi. Szukamy więc na zagranicznych forach. Wspierają nas wydawnictwa, dostajemy od nich przewodniki. A na miejscu korzystamy z informacji turystycznej.



"Biały dom" na tle meczetu w Casablance. Fot. Archiwum Prywatne

2013 rok

Przejechane: 5175 km, w podróży: sześć i pół miesiąca

Odwiedzone kraje: Polska, Francja, Maroko, Mauretania, Grecja

Andrzej: - Po niemiecku mówię, ale to specyficzny niemiecki, wyuczony w szkole oficerskiej, polegający na umiejętności czytania map, tabliczek znamionowych. Name? Forname? Woher kommst du?

Teresa: - Po angielsku w miarę sobie radzimy. A jak gdzieś jest się długo, to człowiek zaczyna łapać podstawowe zwroty. Gdzieś się usłyszy, coś się dopyta, już można coś załatwić, problemu nie ma. Trochę po włosku, trochę po gruzińsku, po francusku także, o drogę w każdym języku zapytamy. Jak ryby w wodzie czujemy się na wschodzie, bo rosyjskiego nauczyliśmy się w szkole.

Andrzej: - Na Litwie się męczyliśmy. Oni trochę po angielsku, my trochę angielsku, bo rosyjskiego nie chcą używać i udają, że polskiego nie rozumieją. Ale po wódce okazało się, że i po polsku rozumieją, i po rosyjsku rozmawiają. Warto w takich sytuacjach znać historię, uszanować, dostosować się do gospodarzy.

W domu zostaje mama. I syn ze swoją rodziną za ścianą. Gdybyśmy mieszkali sami i w bloku, to może na czas wyjazdu mieszkanie byśmy wynajmowali. Niektórzy tak robią. Mamy takich znajomych z Anglii czy Francji. Ale to kłopotliwie.

Nasze domy traktujemy równoważnie: murowany i "biały dom", czyli kampera. Bardziej dbamy o ten drugi. Nie może zawieść. W murowanym planujemy wymianę wykładziny, ale nie teraz, jak będziemy bardziej stacjonarni, teraz pieniądze potrzebne są na tamten.

Ze słoneczka jest prąd, 12 woltów, cały dach w panelach, ładuje się nawet w pochmurny dzień. O 12, 13 dwa akumulatory są już naładowane. Na wszystko wystarcza: telewizory, komputery, oświetlenie. Dookoła zamontowaliśmy czujniki, coś jak brzęczyki cofania, kosztowało to parę groszy. Jak ktoś się zbliża do auta, a najczęściej jest to jakiś zwierz, to brzęczy. Włączamy na noc. Ale nigdy nie czuliśmy się zagrożeni. Raz w Maroku chodził wokół kampera jakiś naćpany facet, ale zaraz zwinęła go policja.

Mechanicy? Im biedniejszy kraj, tym większe mamy do nich zaufanie, bo wiemy, jakie cuda z tych swoich rzęchów potrafią zrobić. Było raz tak: coś stuka nam w przednim zawieszeniu, ale na przeglądzie rejestracyjnym mówią, że wszystko jest w porządku. To samo mechanik we Francji, choć stuka coraz bardziej. W Portugalii to samo. Na południu Maroka jedziemy do warsztatu w jakimś garażu, bo boję się, że dalej mechanika już nie znajdziemy, mówię mu: "Stuk, puk, stuk, puk". Wsiada, sprawdza, wyciąga tekturę, nurkuje pod samochód, dokręca śruby od wahaczy i wszystko jest już dobrze. Pytam: "Ile płacę?". A on się prawie obraża: "Jak to, turysta, nieszczęście, pech i jeszcze chce płacić!".

Zrzucanie nieczystości? Zależy gdzie. W Polsce wszyscy udają, że nie ma problemu, a wszyscy wiedzą, że wylewa się, gdzie popadnie. Trudno wjechać na kemping i je zrzucić. Żeby to zrobić, trzeba skorzystać z kempingu przynajmniej przez jedną dobę. We Francji jest ponad 3 tys. miejsc do zrzutu. W Rosji nie ma żadnego. W Afryce - daj Panie Boże. Za to na Saharze szok - wszyscy uczyliśmy się przecież w szkole o braku wody na pustyni - wszędzie są studnie głębinowe.



Andrzej Walczak nawiązuje znajomości w Azougi w Mauretanii. Fot. Archiwum Prywatne

2014 rok

Przejechane: 11 182 km, w podróży: 132 dni

Odwiedzone kraje: Polska, Rosja, Finlandia, Norwegia

- Naszym atutem jest zdrowie. Jest taki moment w życiu: jeszcze się nie jest starym, a już się jest emerytem i wciąż jest się zdrowym. Fakt, przeszliśmy na wcześniejsze emerytury, to trzeba dodać.

Nie jest też tak, że nie pamiętamy o rodzinie. Wakacje staramy się spędzać w Polsce. Specjalnie dla wnuczek. Starsza, Justyna, całe lato jeździ z nami w kamperze. Mamy swoje ulubione miejsca: góry, jeziorka, głównie ściana wschodnia. W tym roku najpierw pojedziemy do Kielc, potem pod Opole, później nie wiemy gdzie. Wymyślić można kilka dni przed wyjazdem. Albo zmienić plany w trakcie.

W ubiegłym roku wnuczce zamarzyło się zobaczyć Grecję. Coś jej się ubzdurało, bo w telewizji usłyszała: "Czy ten pan i pani są w Grecji zakochani?". No to pojechaliśmy. Nie za daleko, na Chalkidiki tylko, nie ma co szaleć; dalej zabierzemy ją za kilka lat.

Spotkaliśmy tam dwie rodziny emeryckie. Jedna ma swoje drzewo, pod które co roku przyjeżdża i mieszka pod nim od wiosny do jesieni. Inni od 15 lat jeżdżą po Chalkidiki kamperem. Jest ciepło, świeże owoce, wspaniałe pomidory, mają kupę znajomych. Ale nie spotkaliśmy jeszcze Polaków takich jak my, którzy podróżują do wielu miejsc. My na razie nie wracamy w te same miejsca. Mamy jeszcze tyle do zobaczenia.



Nowa droga do Tarfaji w Maroku. Fot. Archiwum Prywatne

2015 rok

W planach: Sycylia, Tunezja, Algieria

- Znikamy na tyle, na ile mamy chęć. Wypowiadamy umowy na wodę i prąd, odłączamy ogrzewanie, zamykamy drzwi. Niepewność była tylko ze świętami Bożego Narodzenia. Bo takie rodzinne. I czy to tak obejdzie się na obczyźnie bez bólu. Okazało się, że w Afryce wszyscy uśmiechnięci, z rodzinami łączymy się na Skypie, i to kilkakrotnie, kolędy śpiewamy, jest choinka z prądem na 12 woltów, więc i światełka są.

Dookoła piaski, wydmy. Wnuczka prosi: "Pokażcie kawałek Sahary". No to wychodzimy z kamerką i pokazujemy. A internet hula, bo tak zarządził król Maroka, że wszędzie ma być do niego dostęp. Patrzymy na ekran, a tam wszyscy w pośpiechu, znerwicowani: kobiety biegają, dzieci krzyczą. A my w Afryce wypoczęci, uśmiechnięci Bez biegania, zakupów, szaleństwa spędzamy najpiękniejsze święta.

Kłócicie się na tych kilku metrach kwadratowych?

- Tu nas chyba więcej łączy, niż dzieli, mamy wspólny cel, wspólne przeżycia. Odmienne zdanie częściej mamy w murowanym domu.

Teresa: - Mama Andrzeja wymaga coraz więcej opieki. Ma 88 lat, nie lubi, kiedy wyjeżdżamy. Ale sprawna wciąż jest, radzi sobie.

Andrzej: - Pyta, kto będzie podlewać jej kwiatki. "Babcia, mam zrezygnować z jeżdżenia, żeby podlewać kwiatki?!" I podlewa na razie sama, nasi synowie jej pomagają. Gdyby zostawała zupełnie sama, to trzeba by się zastanowić. Na szczęście mamy dzieci. Dzieci w Polsce zostaną. A my możemy ruszać w świat.

Jedziemy znów 15 września. Przed nami Afryka. Wrócimy za wiele miesięcy. Po drodze jeszcze coś zobaczymy. W Rzymie na przykład jeszcze nie byliśmy. Chociaż na tydzień się zatrzymamy, a najlepiej na dwa.

Prosto z Afryki może znów pojedziemy do Rosji. Znajomi namawiają: "Pokażemy wam prawdziwą Rosję, pokopiemy minerały, spłyniemy rzekami, niedźwiedzia prawdziwego zobaczycie, bo to, co widzieliście na północy, to tylko namiastka".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.