Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Jesteś fanem mikrowypraw i je wymyśliłeś. Co to takiego?

To wyprawy, które nie wymagają czasu, pieniędzy, sprzętu ani przygotowań. Pakujesz mały plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami, wsiadasz w pociąg lub autobus i wyjeżdżasz za miasto, do miejsca, które choć trochę jest dzikie. Nawet mieszkając w takim molochu jak Londyn, w ciągu godziny mogę być w pięknym miejscu pozbawionym śladów miejskiego życia.

Jeśli wziąłeś ze sobą jedzenie, ugotuj je pod chmurką, jeśli nie - wyskocz do miejscowego pubu, ale noc koniecznie spędź, gapiąc się w gwiazdy. Rano, jeśli masz w pobliżu rzekę albo jezioro, wykąp się w nich. Potem wsiądź do tego samego pociągu, którym przyjechałeś, i na dziewiątą będziesz w pracy. Możesz być trochę zmęczony, trochę śmierdzieć, ale co z tego? Przez jeden dzień warto.

Przygoda jest wszędzie. Nie tylko na biegunie, na środku oceanu albo na szczycie Everestu. Przygoda jest za rogiem, w pobliskim lesie, na polu i nad rzeką. Jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko inaczej spojrzeć na dobrze znane miejsca. Złamać stereotyp wyprawy jako czegoś tylko dla herosów. To, co staram się zrobić dzięki mikrowyprawom, to uświadomić ludziom, że jeśli prześpisz się na wzgórzu, wykąpiesz w rzece albo weźmiesz udział w jednodniowym rajdzie rowerowym, to zrobisz coś, z czego będziesz mógł być dumny. Lepiej jest przeżyć jakąkolwiek przygodę, ścisnąć ją do mikrorozmiaru, niż nie zrobić nic. To nie znaczy, że duże jest złe, kocham duże. Ale uważam, że ludzie, którzy czytają książki Roalda Amundsena i Roberta Scotta (zdobywców bieguna południowego), nie mają czasu, pieniędzy i możliwości, żeby robić podobne rzeczy. Lepiej jest wyjść z domu i spróbować zrobić coś, na co masz czas, pieniądze i umiejętności.

Przez ostatnich kilka lat zrobiłem całkiem sporo mikrowypraw, i to na terenie Anglii. Niektóre trwały 12 godzin, inne siedem dni. Minimum nakładu, maksimum przyjemności. Ostatnio największą popularnością wśród ludzi, którzy śledzą mojego bloga, cieszą się wyprawy, które nazwałem five-to-nine. Ludzie skupiają się na tym, że nie mają czasu, bo pracują od 9 do 17. A co z czasem po 17, do 9 następnego dnia rano? To przecież całe 16 godzin!

Czy oprócz przyjemności takie mikrowyprawy coś jeszcze dają?

Zupełnie inne spojrzenie na to, co robisz na co dzień. Jeśli popołudnie zamiast przed telewizorem spędzisz pod gwiazdami, gadając i sącząc piwo z przyjaciółmi, nabierzesz świeżej perspektywy. Może stwierdzisz, że potrzebujesz w życiu więcej przygody, a może się okaże, że nie znosisz spać pod chmurką i wtedy będziesz po prostu szczęśliwszy w życiu, które już masz.

Którą z mikrowypraw wspominasz najlepiej?

Spływ Tamizą. Bez kajaka, bez motorówki, wpław. W samych kąpielówkach. Płynąłem dwa dni przez wiejskie tereny w pobliżu Oksfordu. Zrobiłem mniej więcej 16 kilometrów; może to niespecjalnie dużo, ale często musiałem się zatrzymywać, żeby kręcić film. Chociaż prawda jest też taka, że nie o dystans mi chodziło, ale o doświadczenie. Tamiza słynie z tego, że płynie przez Londyn, ale nikt nie zauważa, że to piękny i naprawdę dziki kawałek świata. Perspektywa kilku centymetrów nad taflą wody bardzo zmieniła widoki. Co prawda były to te same krowy, łąki i zarośla co wcześniej, ale nie było w nich ani odrobiny nudy i angielskiej flegmy. Była dzikość.

Miałeś jakieś przygody?

W ogóle! Zupełnie nic się nie działo. Byłem tylko ja i rzeka. Ale mimo to cały czas czułem, że jestem wśród przyrody, że mam kontakt z czymś bardzo pierwotnym.

To chyba zupełnie inaczej niż w czasie mikrowyprawy szlakiem londyńskiej autostrady?

M25 to koszmar każdego Brytyjczyka. Wyobraź sobie największą możliwą drogę, która kołem oplata największe miasto Anglii. W środku tego koła jest ośmiomilionowy Londyn, na zewnątrz nudne angielskie przedmieścia, a pomiędzy nimi prawdziwy skarb - niewielkie, niezabudowane obszary niemal żywcem wyjęte z wiejskiego krajobrazu. Z jednej strony korki, z drugiej flegmatyczne miasteczka, dzika przyroda i my - mój przyjaciel Rob Lilwall i ja. W tym strasznym, zdominowanym przez autostradę świecie przez siedem dni na przestrzeni 200 km próbowaliśmy odnaleźć piękno.

Mieliśmy pecha, to był styczeń i akurat trafiliśmy na najzimniejszy tydzień, jaki Anglia zanotowała od lat. Jak na Wielką Brytanię było dużo śniegu, a my spaliśmy w śpiworach, pod płachtą biwakową. Rano budziliśmy się otoczeni puszystym śniegiem, z autostrady dochodziły nas odgłosy samochodów, a wokoło znajdowaliśmy świeże ślady królików i lisów.

Nakłaniasz ludzi do tego, żeby wyszli z bezpiecznego gniazdka, ale co tak naprawdę jest w nim złego?

Jeśli cały czas kisisz się w tym swoim komforcie, życie staje się naprawdę nudne. Ekscytujące chwile to te, kiedy rezygnujesz z tego komfortu i ryzykujesz. Poza tym kiedy wracasz do normalnego życia, zaczynasz zauważać, jak te wszystkie zwykłe rzeczy, których normalnie nie dostrzegasz, są przyjemne i cenne. Po spaniu w śniegu na skraju autostrady cieszyłem się jak dziecko, kiedy znowu mogłem zasnąć we własnym łóżku. To jest tak jak z lodami - jeśli jesz je codziennie, nie będzie w tym nic przyjemnego. Ale jeśli zjesz lody raz na jakiś czas, w bardzo gorący dzień, będą smakowały jak najlepsza rzecz na świecie. Co jakiś czas trzeba wyjść ze swojego gniazdka, by przestać traktować rzeczy jako oczywiste, dane raz na zawsze.

Kiedyś wymyśliłem coś takiego jak trzy kroki do sflaczałości. Pierwszy jest najbardziej zdradliwy i najłatwiejszy do osiągnięcia: dużo siedzisz w pracy, masz dzieci do odebrania ze szkoły, zakupy do zrobienia, wracasz do domu i nawet nie chce ci się myśleć o tym, żeby zrobić choć jedno ćwiczenie fizyczne. Mimo że czułbyś się lepiej, byłbyś bardziej efektywny. Siadasz na kanapie i pochłaniasz paczkę chipsów. Drugi krok - gdy siedzisz przed telewizorem, skaczesz po kanałach, od czasu do czasu śmiejąc się z beznadziejnych żartów prezentera. Aż w końcu krok trzeci - stwierdzasz, że to ci wystarczy. Że głupi talk-show i paczka chipsów to najlepsze, co może cię spotkać.

Do którego etapu doszedłeś?

Do trzeciego. Już na studiach.

Dlaczego postanowiłeś to zmienić?

Jak wielu moich znajomych nie miałem pojęcia, co chcę zrobić z życiem. Jedyne, co wiedziałem, to to, że lubię jeździć na rowerze i że chciałbym napisać książkę. Bałem się jednak, że nie mam wystarczająco bogatej wyobraźni, by stworzyć dobrą powieść, potrzebowałem przeżyć i historii, które mógłbym opisać. Stwierdziłem więc, że najwyższy czas przestać marnować życie, kopnąć się w tyłek i postawić sobie wyzwanie. Wyzwanie, któremu prawie na pewno nie podołam. Wiem, że to brzmi głupio, ale doszło do mnie, że jeśli postawię sobie duży cel, to nawet jeśli nie uda mi się go osiągnąć, realizując go, zrobię masę ciekawych rzeczy.

I tak w 2001 roku ruszyłeś dookoła świata.

Pierwotny plan zakładał, że pojadę z Londynu do Indii. Ale szybko zorientowałem się, że jeśli dojadę do Indii, wystarczy przejechać jeszcze kawałek i znajdę się w Chinach, a potem w Australii. W swoim pokoju miałem mapę, w którą wbijałem pinezki, oznaczając miejsca, które chcę zobaczyć: Wielki Kanion, wieża Eiffla. Z czasem te malutkie kropki zaczęły się rozprzestrzeniać po wszystkich kontynentach i tak stanęło na objechaniu świata. Ale okrążenie Ziemi nigdy nie było dla mnie szczególnie ważne. Najważniejsze było to, co się dzieje po drodze: co przeżywam, z kim rozmawiam i co widzę. Nie chciałem jechać sam, dlatego zacząłem zachęcać swoich przyjaciół: ''Wiesz, mam genialny pomysł! Chciałbyś pojechać ze mną dookoła świata?'', i za każdym razem słyszałem: ''Nie. To idiotyczny pomysł!''. Kiedy skończyli mi się przyjaciele, poszedłem do swojej dziewczyny, która powtórzyła to samo: ''To jest idiotyczny pomysł''. Więc ruszyłem bez przyjaciół i bez dziewczyny, choć wymówek było sporo. Największą był brak pieniędzy, ale szybko sobie z tym poradziłem, bo uznałem, że coś tak nudnego jak pieniądze nie może mi przeszkodzić w realizacji największego marzenia. Cała wyprawa kosztowała mnie ok. 7 tys. funtów (ok. 35 tys. zł), sfinansowałem ją z pożyczki studenckiej, którą jakimś cudem odkładałem przez lata studiów.

Trochę się martwiłem, że powinienem poszukać normalnej pracy, tak jak robili moi przyjaciele. A poza tym naprawdę lubiłem swoje angielskie życie. Lubiłem spotkania z przyjaciółmi, grę w piłkę, siedzenie w pubie. Pozostanie w domu było zdecydowanie bezpieczniejszą opcją, ale zrozumiałem, że zawsze mogę do tego normalnego życia wrócić. Dużo czasu zajęło mi zebranie się w sobie. Kiedy profesjonalni podróżnicy wyruszają na wyprawę, zapewne czują się bardzo męsko, heroicznie, są podekscytowani i szczęśliwi. Ja byłem przestraszony, samotny i myślałem: co ja, do cholery, robię?!

Jak kondycyjnie przygotowywałeś się do tej podróży?

Trochę biegałem, grałem w piłkę, jak każdy normalny 24-latek. Tak naprawdę jestem do bólu zwyczajny - chudzielec, który w szkole był beznadziejny w każdym sporcie i nie przebiegł ani jednego wyścigu w życiu.

Przejechałeś 74 tys. km głównie na rowerze, zwiedziłeś 60 krajów, nie było cię ponad cztery lata. Czego ta podróż cię nauczyła?

Że tak naprawdę pytanie nie brzmi: ''Czy jestem w stanie?'', ale: ''Czy spróbuję?''.

Wróciłeś i co dalej?

I napiłem się dobrej angielskiej herbaty. A później usiadłem do pisania książki. Podniecony pobiegłem z nią do wydawców i to była totalna porażka - nikt nie był nią zainteresowany. Ostatecznie wydałem książkę własnym sumptem i tak oto na świat przyszło ''Moods of Future Joys'' (''Nastroje przyszłych radości''), jedna z pięciu książek, które napisałem. Wyżyć się z tego nie da - od tego są prezentacje o podróżach dla pracowników firm, ale radość daje niesamowitą.

Kiedy wpadłeś na pomysł mikrowypraw?

Po powrocie. Lata spędzone na rowerze poza Anglią uświadomiły mi, że mam pod nosem fantastyczne możliwości, piękne krajobrazy i że tak naprawdę przygoda jest wszędzie tam, gdzie jej szukasz, np. w domu. Po powrocie spędziłem cały rok na mikrowyprawach. A potem starałem się zachęcać do tego ludzi.

Organizujesz im te wyprawy?

Rzadko. Ostatnio wziąłem ze sobą grupę 12 dzieci z podstawówki. Były bardzo podekscytowane, biegały, nie spały za dużo, ale za to miały mnóstwo radości i sporo się nauczyły. Ale generalnie skupiam się na tym, by za pomocą Facebooka i swojej strony podpowiadać ludziom, jak taką wyprawę zrobić samemu.

Kim są ludzie, którzy się na nie decydują?

Zapracowani, ambitni, cierpiący na chroniczny brak czasu, najczęściej menedżerowie średniego i wysokiego szczebla. W 40 proc. kobiety.

Którzy chcieliby być jak Amundsen i Scott?

Może i tak. Ale zwykli ludzie nigdy nie osiągną poziomu profesjonalistów niezależnie od tego, czy to będzie podróżowanie, czy piłka nożna. Nie ma nic zdrowego w porównywaniu siebie do największych, ale w taki sposób nie osiągniesz nic poza wiecznym niezadowoleniem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.