Zagłosuj na Superbohaterkę 2016 w Plebiscycie czytelników. Uzasadnij swój wybór i wygraj cenne nagrody. Kliknij TUTAJ



Jestem matką trojga dzieci. Jedno zdrowe, grzecznie wyprodukowane i urodzone po ślubie. Drugie - no cóż - klasyfikowało się do aborcji, bo ma zespół Downa. Trzecie to efekt czyjejś decyzji o nieaborcji, czyli zaadoptowane jako niemowlę. Nigdy aborcji nie miałam, ale z racji niezwykłych dzieci, które mam, co nieco o sprawach okołoaborcyjnych wiem. Mam też inne doświadczenie, które upoważnia mnie do wypowiedzi w tej sprawie: 11 lat temu razem z papieżem Janem Pawłem II umierało moje nienarodzone dziecko ". Tak zaczyna się wpis na twoim blogu na temat zaostrzenia prawa aborcyjnego. Dlaczego zdecydowałaś się zabrać głos w tej sprawie?

Od początku uważnie obserwuję dyskusję na ten temat i bardzo mnie poruszyło to, że dużo się mówi o polityce, religii, prawach kobiet, a niewiele mówi się o dzieciach, które przyjdą na świat jako efekt tej ustawy, tzn. jako niechciane i niekochane.

Zwolennicy zaostrzenia ustawy aborcyjnej podkreślają, że takie dzieci przede wszystkim mają prawo do życia.

Życie to nie tylko moment poczęcia i narodzin. Nie słyszę w publicznej debacie, co się z takimi niepełnosprawnymi i ciężko chorymi dziećmi stanie, kiedy zostaną porzucone przez swoich rodziców. Przecież ich szanse na adopcję są niemal zerowe. Dziecko może mieć zdeformowane ciało, uszkodzone narządy wewnętrzne, porażone ręce i nogi, uszkodzenia neurologiczne, ale nadal - podobnie jak zdrowe dziecko - potrzebuje miłości i czułości. Kto będzie je przytulał? Kto będzie takie dziecko głaskał po głowie, kiedy się będzie bało?

Są ośrodki, które się takimi dziećmi zajmują.

No właśnie - "zajmują", czyli zaspokajają podstawowe potrzeby, takie jak jedzenie, picie, przewijanie, miejsce do spania itd. A co z ich prawem do bycia kochanym? To przecież jedna z najgłębszych potrzeb człowieka. Niech ktoś zapyta "obrońców życia", czy są w stanie osobiście zaangażować się w opiekę nad takimi dziećmi. Każdy z nich powinien usłyszeć takie pytanie i uczciwie na nie odpowiedzieć.

Zadałaś je na swoim blogu: "Szanowni Państwo, pomyślcie przez chwilę o dziecku, które tak bardzo pragniecie ratować! Takie dziecko potrzebuje podwójnej dawki miłości, 100 proc. więcej cierpliwości, a 500 zł miesięcznie nie starczy nawet na waciki. Dzieci chore i upośledzone potrzebują czułości, miłości, akceptacji i ogromnej ilości środków finansowych. Wyobraź sobie, szanowny Panie Pośle, że ktoś Cię zmusza do adopcji takiego dziecka. Po prostu nakaz Prezesa. Popierasz partię, przyjmujesz upośledzone dziecko pod dach. Musisz. Nikt Cię nie pyta. Księże Proboszczu, Pan również. Już jutro maleńka dziewczynka z wodogłowiem i rozszczepem kręgosłupa wyląduje u Księdza na plebanii. Nie ma, że nie chcę, nie mogę, nie umiem. I co teraz? Czy sądzicie, że będziecie kochać, troszczyć się i walczyć o lepszy byt tego maleństwa ()?".

Łatwo jest żądać zaostrzenia przepisów, kiedy nas to bezpośrednio nie dotyczy. Myślę, że politycy, którzy nawołują do tych zmian, inaczej będą o nich myśleli, kiedy sami staną przed dramatycznym wyborem, dowiedziawszy się, że ich dziecko albo wnuk nigdy nie powie "mamo", "tato", "babciu". Nigdy nie pójdzie do szkoły, a jeśli już, to do specjalnej. Nigdy się nie usamodzielni. Trzeba będzie mu zmieniać pięć razy dziennie pampersy. Pięć razy w tygodniu jeździć na rehabilitację, myśleć, skąd wziąć na nią pieniądze. I tak do końca życia, ich albo dziecka.

Co taki "obrońca życia" zrobi, kiedy zostanie zgwałcona jego własna córka? Ucieszy się, że zostanie dziadkiem?



Twój apel błyskawicznie rozszedł się po internecie, wywołując dyskusję. Na końcu poprosiłaś polityków, którzy są za zaostrzeniem prawa, o kontakt. Ktoś z nich się odezwał?

Nie. Dostałam setki maili i komentarzy od prywatnych osób. Wśród nich byli zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy zaostrzenia ustawy. Było też wielu rodziców niepełnosprawnych dzieci i ich rodzeństwo. Część z nich podkreślała, że przyjęli swoje dziecko jako dar boży, niełatwy, ale jednak dar. Wiele osób opisało dramatyczne sytuacje i codzienną walkę o życie i zdrowie swoich dzieci, brata, siostry. Ci ludzie mają w sobie nieprawdopodobne pokłady miłości, ale tak zwyczajnie, po ludzku bardzo często brakuje im sił. Brakuje też pieniędzy, bo proponowane przez państwo wsparcie nie załatwia wszystkich potrzeb.

Sama masz niepełnosprawne dziecko.

Tak. Krystian urodził się z zespołem Downa. Dzisiaj ma osiem lat i jest jedną z najbardziej kochanych istot na ziemi, ale to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy byłam w ciąży, regularnie chodziłam do lekarza i robiłam USG, nic nie wskazało na to, że mój syn będzie miał o jeden chromosom więcej. Tuż po urodzeniu dostał 10 stopni w skali Apgar. Byliśmy z mężem szczęśliwi. Wysłaliśmy SMS-y do rodziny i znajomych z tą radosną wiadomością. Kilka minut później do sali wszedł lekarz i wypowiedział formułę, której nigdy nie zapomnę: "Cechy morficzne państwa dziecka wskazują na wadę genetyczną". Zapytałam, co to znaczy. Wtedy usłyszeliśmy, że najprawdopodobniej ma zespół Downa. Byliśmy w szoku. Pierwsza myśl: to niemożliwe, przecież wszystko było dobrze, ktoś się musiał pomylić. Zaczęłam zadawać szczegółowe pytania. Okazało się, że na potwierdzenie diagnozy będziemy musieli czekać pół roku!

Dlaczego tak długo?

Nie pamiętam dokładnie. Wydaje mi się, że tego rodzaju badania genetyczne wykonywały wtedy tylko dwa ośrodki w kraju. Nasza rodzina poruszyła niebo i ziemię, żeby poznać "wyrok" wcześniej. Jeszcze tego samego dnia krew Krystiana pojechała do Instytutu Genetyki. Wynik miał być za dwa tygodnie. Dla nas to była wieczność. Nie wiedziałam, co mam z tym dzieckiem zrobić. Co mam zrobić ze sobą. Zaczęliśmy się z mężem modlić, żeby to nie była prawda. Oboje byliśmy wierzący i praktykujący. Jak każdy rodzic marzyliśmy o tym, że nasze dziecko będzie zdrowe i mądre. Kilka dni po wyjściu ze szpitala pojechaliśmy do Częstochowy. Niektórych to może rozśmieszy, ale obolała po cesarce przeszłam na kolanach całą ścieżkę wokół obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Potem poszłam do spowiedzi, skrupulatnie wyliczając najdrobniejsze grzechy i błagając o pocieszenie duchowe.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Klauzula sumienia - patologiczny twór

Co usłyszałaś?

Żebym wierzyła, że będzie zdrowy. A ja chciałam wiedzieć, co mam zrobić, jeśli się okaże, że jednak ma zespół Downa. Jak mam z tym żyć? Jak mam go kochać? Wracałam z tymi pytaniami jeszcze wiele razy, ale słyszałam od księży odpowiedzi, których wolę nie przytaczać. Od tamtej pory zaczęłam się stopniowo oddalać od Kościoła.

Co wtedy wiedziałaś o zespole Downa?

Prawie nic. Przed oczami stawały mi wszystkie przypadki, które w swoim życiu widziałam, najbardziej upośledzone, bo je najlepiej widać na ulicy. Dzisiaj wiem, że wśród nas żyje wiele osób z zespołem Downa. Wielu z nich nie zauważamy, bo spełniają wszystkie normy społeczne. Wiedziałam, że to jest wada genetyczna polegająca na tym, że dziecko ma o jeden chromosom więcej, że mój syn będzie inaczej wyglądał i się rozwijał niż jego rówieśnicy i że grozi mu cała litania najróżniejszych chorób, od padaczki po białaczkę. Ja się tego dziecka po prostu bałam.

?

Bałam się je pokochać, bo myślałam, że za chwilę umrze. Nie miałam pojęcia, kim ono tak naprawdę jest. Dlaczego takie jest. Zaczęłam przeszukiwać internet, pytać ludzi na forach. W międzyczasie wyniki się potwierdziły. Dziękuję Bogu, że nie miałam tej wiedzy, kiedy byłam w ciąży, bo nie wiem, co bym zrobiła. Zgodnie z prawem mogłam dokonać aborcji. Informacja o tym, że to wymarzone dziecko będzie niepełnosprawne albo ciężko chore, to jest tak wielki wstrząs, że wielu rodziców nie jest w stanie mu sprostać. Dlatego jestem jak najdalsza od oceniania rodziców, którzy decydują się na aborcję albo oddanie swojego dziecka. Nikt, kto nie był w takiej sytuacji, nie jest w stanie sobie wyobrazić tego, przez co przechodzą. Napisałam, że nie wiem, co bym zrobiła, bo oświadczanie, że bym nie usunęła, gdybym o tym wiedziała w ciąży, jest równie bezsensowne jak zapewnianie, że nie odgryzę sobie ręki, jeśli od tego będzie zależało moje życie.

Co myślisz o propozycji badania przez organy ścigania spraw dotyczących kobiet, które poroniły?

Gdyby takie prawo funkcjonowało dziesięć lat temu, to sama byłabym "badana". Staraliśmy się z mężem o to dziecko cztery lata. Jego strata była dla mnie niewyobrażalnym bólem, przy którym bóle porodowe to czysta przyjemność. To wydarzenie zbiegło się w czasie z agonią Jana Pawła II. Pamiętam, że leżałam przed telewizorem z nogami zawiązanymi na supeł. Słuchałam informacji z Watykanu, moje podbrzusze przeszywały bolesne skurcze, czułam, że moje dziecko umiera, a ja nie mogłam nic zrobić, żeby je uratować. Nie wyobrażam sobie, by w obliczu takiej straty i cierpienia ktoś badał, czy przypadkiem nie wywołałam tego poronienia specjalnie. Takiej kobiecie należy się wsparcie, a nie przesłuchanie. W kilku komentarzach dostałam upomnienie, że chyba nie doczytałam projektu ustawy, bo mówi on, że od oskarżenia będzie można odstąpić. Chodzi mi o sam fakt sugerowania matce w żałobie, że to może jednak jej wina.

Niektórzy obrońcy życia twierdzą, że natura sama reguluje upośledzone ciąże poprzez poronienia.

Tak jest w przypadku samoistnych poronień, ale w wielu przypadkach medycyna im przeciwdziała, podtrzymując ciążę. Kilkanaście lat temu wiele z takich "podtrzymanych" dzieci nie miałoby żadnych szans na przeżycie. Jeśli chcemy iść na totalną naturę, to odstawmy leczenie bezpłodności - widać tak natura chciała. Odstawmy leki podtrzymujące ciążę (ja je dostawałam, kiedy byłam z Krystianem w ciąży, z powodu wcześniejszego poronienia), przestańmy ratować noworodki po porodzie. Wtedy faktycznie natura wprowadzi własną selekcję.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Szydełko, drut, śrubokręt do aborcji

Kiedy Krystian miał dwa lata, zdecydowaliście się z mężem na adopcję kolejnego dziecka. Odważna decyzja.

Dojrzewaliśmy do niej dziesięć lat. Taka myśl pojawiła się w mojej głowie po urodzeniu pierwszego syna Aleksandra, który często chorował. Musiałam wiele razy wstawać do niego w nocy. Dużo wtedy myślałam o dzieciach, do których nikt w nocy nie wstaje, bo rodzice ich nie chcieli albo nie mogli się nimi zająć. Kto niby miałby to robić? Pielęgniarka w szpitalu, która zajmuje się wieloma dziećmi naraz? Wychowawca w domu dziecka? Bardzo chciałam, żeby jedno z nich dostało taką szansę. Powiedziałam o tym mężowi. Odpowiedział, że chce, abyśmy mieli wspólnie jeszcze jedno dziecko. Jeśli po jego urodzeniu nadal będę myślała o adopcji, to się na nią zgodzi. Może myślał, że mi się odechce, ale się nie odechciało.

Długo musieliście się starać o adopcję?

Dwa lata. Pierwszy ośrodek adopcyjny, do którego się zgłosiliśmy, był bardzo pozytywnie do nas nastawiony, bo byliśmy młodzi i dobrze sytuowani, aż do momentu, kiedy się okazało, że mamy dziecko z zespołem Downa. Wtedy nastąpiła radykalna zmiana frontu. Usłyszeliśmy wprost, że kolejka oczekujących jest bardzo długa i zdrowe dziecko może trafić dużo lepiej niż do rodziny, w której będzie miało niepełnosprawnego braciszka. Postanowiłam, że będę szukać do skutku. Napisałam list, w którym szczerze opowiedziałam o tym, jak wygląda nasza sytuacja rodzinna i jaka jest nasza motywacja. Rozesłałam go do wszystkich ośrodków adopcyjnych w Warszawie i okolicach. Odezwały się dwa. W jednym z nich urodziła się "dla nas" Ada. Miała trzy miesiące, kiedy zabraliśmy ją do domu. Na wiele rzeczy reagowała zupełnie inaczej niż moi synowie.

To znaczy?

Płakała, kiedy ktoś ją brał na ręce i przytulał. Nie lubiła też spać ze mną w łóżku. Zasypiała dopiero wtedy, kiedy leżała zupełnie sama. Minęło wiele miesięcy, zanim to się zmieniło. Ona nie była przytulana, tylko noszona, nie była kochana, tylko "zaopiekowana", i to całkiem dobrze, ale nie było w tym miłości i czułości, którą może dać tylko kochająca osoba. Ona bała się czułości.

Dzisiaj samotnie wychowujesz dzieci. Dlaczego?

Tak. Mam za sobą długie małżeństwo, depresję i rozwód. Dwa lata temu rozwiedliśmy się z mężem. To była moja decyzja. Nie chcę opowiadać o przyczynach, bo to jest wyłącznie sprawa między mną i byłym mężem. Powiem tylko, że nadal jest obecny w życiu naszych dzieci.

Kiedy urodził się Krystian, stopniowo zaczęłaś się oddalać od Kościoła. Jak jest dzisiaj?

Dzisiaj jestem bardzo daleko. Stało się tak nie tylko z powodu braku zrozumienia i pocieszenia, których potrzebowałam. Po prostu zaczęłam uważniej obserwować tzw. wierzących i praktykujących, w tym również samą siebie. Bilans nie wypadł najlepiej. Fakt, że co niedziela chodziłam do kościoła i starałam się zachować wszystkie przykazania, nie pomagał mi lepiej żyć. Robiłam to, bo tak mnie wychowano. Dzisiaj myślę, że Kościół jest instytucją podobną do ZUS i urzędu skarbowego. Ma swoje przepisy, nakazy i zakazy, za których złamanie grożą sankcje. W każdym razie ja takiego Kościoła doświadczyłam. Nie chcę nikogo urazić. Wierzę w Boga. Wierzę, że jest Miłością. Staram się wychowywać swoje dzieci w taki sposób, żeby one też wierzyły i czerpały z tej wiary siłę. Chcę, żeby były dobrymi ludźmi nie dlatego, że może ich spotkać kara, tylko dlatego, że dobrzy ludzie są zwykle szczęśliwymi ludźmi.

CZYTAJ RÓWNIEŻ:Tata syna z zespołem Downa

Napisałaś: "Zespół Downa to ogromna lekcja bezwarunkowej miłości. I to nie my uczymy, to my jesteśmy uczeni". Czego się nauczyłaś od swojego syna?

Przede wszystkim radości z małych rzeczy. Z dzieckiem niepełnosprawnym docenia się każde drobne wydarzenie, ale zanim zaczęłam myśleć w ten sposób, musiało minąć sześć lat. Dopiero wtedy pogodziłam się z tym dodatkowym chromosomem. Zrozumiałam, że życie z Krystianem to nie tylko rehabilitacja i wizyty u logopedy, ale też przytulanie, beztroskie spędzanie czasu, wspólny śmiech. Słuchanie dziecka nawet w takich chwilach, w których nie mówi ani słowa. Krystian ma swoje pasje, swój sposób odbierania świata. Przez sześć lat próbowałam to pokonać i zrobić z niego dziecko zwykłe. Tymczasem do szczęścia wystarczy pokochać to niezwykłe, którym już jest.

Krystian mówi?

Niewiele, ale do perfekcji ma opanowaną mowę ciała. Jednymi z najważniejszych komunikatów są "kocham cię" i "kochaj mnie". Dzieci z zespołem Downa nie tracą żadnej okazji, żeby to przekazać.

Mówisz o beztroskim spędzaniu czasu. Stać cię na to, żeby poświęcać swoim dzieciom maksimum uwagi?

Pytasz o to, z czego żyję? W wieku 27 lat udało mi się osiągnąć korposukces. Tyle że nie w jakiejś obcej korporacji, tylko w takiej, którą sama stworzyłam. Kiedy miałam 14 lat, wyjechałam z rodzicami i dwójką rodzeństwa do Kanady. Skończyłam tam college na wydziale grafiki. Kiedy miałam 23 lata, przyjechałam na wakacje do Polski. Miałam zostać dwa miesiące, a zostałam 21 lat i nie zamierzam nigdzie się stąd ruszać.

Zakochałaś się?

Tak. W Polsce.

Co cię w niej urzekło?

Ludzie. Tyle życzliwości i serdeczności, ile dostałam przez te dwa miesiące, nie dostałam przez wiele lat od ludzi w Kanadzie. Po dwóch miesiącach pracy w wydawnictwie prasowym awansowałam na stanowisko dyrektorki artystycznej. Potem była nowa praca w agencji reklamowej. W końcu postanowiłam, że założę własną agencję. To, co zarobiłam, dzisiaj dla mnie pracuje. Zresztą w tej chwili potrzebuję do szczęścia o wiele mniej niż kiedyś.

To znaczy?

Człowiek potrzebuje do życia czterech rzeczy: powietrza, jedzenia, picia i miłości. Jeśli nie ma jednej z tych rzeczy, umiera. W przypadku trzech pierwszych elementów jest to śmierć fizyczna, w przypadku miłości jest to śmierć psychiczna i duchowa. Na świecie żyje wielu martwych ludzi. Myślę, że największą grupę wśród nich stanowią kobiety.

Dlaczego?

Ponieważ mamy naturalną skłonność do poświęcania się. Często spychamy swoje potrzeby tak głęboko, że już nie wiemy, kim naprawdę jesteśmy - a bez tego życie staje się po prostu ciągiem powtarzających się czynności. Codziennie to samo. Codziennie na drugim, trzecim i piątym miejscu. W końcu pękamy. Niektóre na tysiąc kawałków. W równym stopniu dotyczy to kobiet, które mają niepełnosprawne dzieci, zdrowe dzieci albo są bezdzietne.

Nie poświęcasz się dla swoich dzieci?

Nie. Kocham swoje dzieci i wszystko, co robię, robię z miłości. Dlatego uważam, że zmuszanie kobiet do rodzenia dzieci, których nie chcą, bo pochodzą z gwałtów, są głęboko upośledzone albo ciężko chore, jest gwałtem na duszy, a człowiek zmuszany gwałtem do czegokolwiek będzie się bronił na wszystkie możliwe sposoby, nawet wieszakiem.



Zanim zaczęłyśmy rozmowę, powiedziałaś, że decydowałaś się zabrać głos nie tylko w imieniu dzieci, które się jeszcze nie urodziły, ale też tych, które poniosą konsekwencje swego przyjścia na świat. Co miałaś na myśli?

Wiele matek, które stają przed wyborem dotyczącym aborcji albo nieaborcji, ma już inne dzieci. Ta sprawa w równym stopniu dotyczy również ich życia, bo to od nich zazwyczaj się oczekuje, że podejmą się opieki nad swoim bratem albo siostrą, kiedy zabraknie rodziców. Uczę swoje dzieci, że mają prawo do własnego życia i nie mają takiego obowiązku, ale raczej jestem wyjątkiem. Poza tym są przypadki, gdy zwyczajnie nie ma innego wyjścia. Kiedy są dziećmi, rodzice bardzo często poświęcają im dużo mniej uwagi, bo przecież są zdrowe, jakoś sobie poradzą. Nie trzeba z nimi jeździć na rehabilitację, zmieniać pieluch, kiedy mają 25 lat, wstawać w nocy, żeby przekręcić je na drugi bok, bo w przeciwnym razie mogą mieć odleżyny. Wśród komentarzy, które znalazły się na blogu, są wypowiedzi rodzeństwa niepełnosprawnych dzieci. Część z nich nie wyobraża sobie życia bez brata czy siostry takich, jacy się urodzili, ale są też osoby, dla których to jest wyzwanie ponad ich siły. Ich głosu też ktoś powinien wysłuchać.

Myślisz, że twój apel jest w stanie zmienić postawę osób, które nawołują do zaostrzenia ustawy aborcyjnej?

Chciałabym im zadać tylko jedno pytanie: czy jeśli rodzice ciężko chorego albo głęboko upośledzonego dziecka, którego życia tak bronicie, nie będą w stanie się nim zaopiekować albo jego matka umrze przy porodzie, to czy jesteście gotowi przyjąć to dziecko do swojego domu i zająć się nim tak jak swoim własnym?



Agata Komorowska - matka 14-letniego Aleksa, 8-letniego Krystiana z zespołem Downa i 5-letniej Ady, którą adoptowała. Autorka bloga www.agatakomorowska.pl i www.zespol-downa.pl, na których opisuje m.in. samotne rodzicielstwo z trójką dzieci i codzienność z niepełnosprawnym dzieckiem, udowadniając, że można cieszyć się życiem bez względu na okoliczności