Ten artyku czytasz w ramach bezp豉tnego limitu

Zdenerwowałam się ostatnio na bliską mi osobę, ponieważ weszła do pokoju dokładnie w tym momencie, w którym wciągałam na siebie za małe rajstopy. Znacie to uczucie? Próbujecie naciągnąć tę najmniej zmysłową część ubrania, a ona – zazwyczaj nieprzyjemna w dotyku - okazuje się jeszcze do tego za mała. Ja z tymi rajstopami mam jakiś taki wstyd. Zmysłowość mi odbierają, baleronik ze mnie robią. No i chcąc się jakoś z tego wstydu wybronić – głupio wybuchłam, zbeształam. Po chwili przeprosiłam, przyznałam się, było lepiej.

Parę godzin później doszło do mnie, jak błahe było źródło mojego wstydu: zadzwoniła redaktorka z propozycją wywiadu o poczuciu kobiecości po raku. I ja nagle zdałam sobie sprawę z tego, że moje rajtuzy (ale także celulity, fałdki, kilogramy, braki depilacji i inne rzeczy, na których często się zawieszamy przed seksem, myśląc o sobie jako o „niewystarczających" „niezbyt sexy") to jest jakiś pyłek na pyłku. Bo rozebrać się przed kimś, mając świeżą ranę po mastektomii - to dopiero jest coś. Porozmawiałam o tym z mądrą Małgosią Ciszewską-Koroną, psychoonkolożką z Fundacji Rak’n’Roll i zrozumiałam swój wstyd. Bo każdy z nas ma prawo się wstydzić tego, czego się wstydzi, choć faktycznie rajtuzy zaczęły być raczej anegdotą niż big dealem.

Myślałam o tym wszystkim na wspaniałym spektaklu „Monstera" Marty Ziółek w Teatrze Studio. Patrzyłam na prawie nagie ciała performerek i ze smutkiem zdawałam sobie sprawę z tego, jak mało jest miejsc, gdzie mogę patrzeć na prawdziwe ciała. Choć występujące na scenie Ziółek, Nagabczyńska, Sikora mają ciała wysportowanych i elastycznych tancerek, to z bliska możemy popatrzeć na to, jak mięśnie rozpłaszczają się na podłodze, jak fałduje się im skóra, na lekkie pryszczyki na ich pupach, na rozmaite brzuchy i najciekawsze kształty piersi i sutków. Coś, czego nie zobaczę na reklamie bielizny czy na mainstreamowym porno, które zresztą te bieliźniane reklamy inspiruje, a w którym aktorki wyglądają jak od jednej sztancy.

Oglądałam "Monsterę" i czułam smutek, że choć od tylu lat patrzę na body positive akty, to nie do końca wiem, jak wygląda PRAWDZIWE, kobiece ciało. Wstyd wmieszał się w te rozważania, ale po chwili ustąpił ciekawości, naturalności i swobodzie. "Monstera" pokazała mi, że jeśli ja sama nie wyluzuję na punkcie tych rajstop (cellulitu, fałdek, kształtów, depilacji – wstaw co chcesz), to na pewno nie pozwoli na to kultura czy kapitalizm. I że tego pozwalania sobie na więcej, na emocje, na cielesność, przyjemność, na orgazm - można się nauczyć i trzeba włączać coraz więcej w swoje życie. Bo cóż: ciało, jakiekolwiek nie jest – mamy jedno. Nie zważając na wyśrubowane standardy, zróbmy z niego jak najlepszy, najukochańszy, najbardziej zgodny z naszymi pragnieniami i możliwościami, przyjemny użytek.

Powtarzając sobie wspaniałe słowa litanii napisanej do „Monstery" przez Ankę Herbut: "Umiłowany narządzie nie zawsze na zawsze parzysty, posłuchaj mnie, przenajświętsze siedlisko gruczołów kłębkowatych, łojowych, potowych, zmiłuj się. Wskaźniku słuszny estrogenu i progesteronu, usłysz mnie. Hormonoceanie przelany w wymiona, ty też zmiłuj się".

ODBIERZ PRÓBKI
Czytaj ten tekst i setki innych dzi瘯i prenumeracie

Wybierz prenumerat, by czyta to, co Ci ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakuj帷e reporta瞠 i porady ekspert闚 w sprawach, kt鏎ymi 篡jemy na co dzie. Do tego magazyny o ksi捫kach, historii i teksty z medi闚 europejskich. Zrezygnowa mo瞠sz w ka盥ej chwili.