Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Aleksandra Mijakoska-Siemion: Pani doktor, czy w sytuacji izolacji, której w większości doświadczamy, możemy powiedzieć, że dzieci też mają do czynienia z izolacją rówieśniczą? 

Pobierz e-booka tutaj:

dr Aleksandra Piotrowska: Faktycznie odseparowanie dzieci od rówieśników jest źródłem coraz bardziej zauważalnych problemów, aczkolwiek w odniesieniu do małych dzieci, które nie spędzają czasu niezależnie od dorosłych, to wygląda inaczej niż w odniesieniu do dzieci starszych i młodzieży. 

To znaczy jak?  

- Maluchy w tej chwili płacą cenę za to, że cały swój czas spędzały dotychczas w różnych placówkach - przedszkolach, żłobkach czy klubikach. Przecież dzisiaj nie spotyka się już organicznych grup cztero-, pięcio-, sześciolatków, które na podwórku przed domem spędzały czas tylko w swoim towarzystwie. Kontakt z rówieśnikami w grupie przedszkolnej to kontakt pod dowództwem dorosłych, pod ich kontrolą. Dzieciom bardzo wyraźnie brakuje okazji, kiedy muszą radzić sobie z rówieśnikami same.  

Czyli to po stronie dorosłych leży odpowiedzialność za to, że w takiej sytuacji jak teraz dzieci przeżywają większy stres?

- Nie jestem przekonana, czy jest to źródłem stresu u dzieci. Na pewno - źródłem frustracji. Mamy do czynienia z sytuacją, w której jedna z ważnych potrzeb człowieka przez dłuższy czas zostaje niezaspokojona. Potrzeba bycia członkiem grupy u przedszkolaków dopiero zaczyna się pojawiać, będziemy to wyraźniej widzieć w kolejnych okresach rozwoju.

Jak więc wygląda sytuacja w przypadku dzieci starszych, które mogą i potrafią samodzielnie spędzać czas?

- Tutaj sytuacja jest bardzo zróżnicowana, ponieważ wraz z rozwojem technologii pojawiła się taka grupa dzieci, które poza szkołą właściwie nie mają relacji rówieśniczych bezpośrednich, a kontaktują się z innymi wyłącznie za pomocą mediów elektronicznych. Przeciętne ośmio-, dziesięcio-, dwunastolatki spędzają około dwóch-trzech godzin dziennie ze smartfonem, a część – jeszcze więcej. Te dzieci w dużo mniejszym stopniu odczują konsekwencje tego, że w tej chwili nie będą miały kontaktów face to face z rówieśnikami.  

Ale są też dzieci, które spędzały dużo czasu z rówieśnikami.  

- One przeżywają teraz frustrację i zastana sytuacja może być dla nich bardzo trudna, stresowa. 

Jak zatem pomóc dzieciom poradzić sobie z tą frustracją? Jak pomóc dźwignąć im ich emocje? 

- Przede wszystkim musimy zastanowić się nad tym, czy dziecko powinno wiedzieć o tym, co się dzieje w związku z wirusem, a jeśli tak, to w jakim stopniu i co powinniśmy mu powiedzieć. To nie rozwiązuje całkowicie sprawy, ale jest jednak rzeczą bardzo ważną. Pamiętajmy, że człowiek jest istotą poznawczą i wiedza ma dla niego duże znaczenie, także dla tego, co w danej chwili odczuwa. Trzeba podkreślać, że to jest sytuacja tymczasowa, że wielu rzeczy na temat wirusa nie, wiemy, ale przecież pandemia się skończy. Na pewno warto podtrzymywać kontakty z rówieśnikami. Ważne jest w tym kontakcie to, by dzieci się mogły zobaczyć. Byłoby naprawdę niedobrze, gdyby kontaktowały się tylko poprzez SMS czy maile - kontakty nieangażujące obrazu.

Wydaje mi się, że przedszkolaki raczej ze sobą tak nie porozmawiają.

- Sześciolatki nie prowadzą ze sobą długich rozmów, nawet w bezpośrednim kontakcie. Ale dla dzieci, które mają 10 czy 12 lat, to umożliwienie rozmowy wideo jest bardzo ważne. Podobnie - dla  młodzieży.

Młodzież czy starsze dzieci nie spędzają zbyt wiele czasu wolnego pod kontrolą dorosłych. Wiemy, że w Warszawie, ale sądzę, że w innych miastach też, ignorują wprowadzane zalecenia i ryzykując zdrowie, spotykają się ze sobą w grupach. Ale na to niestety na razie nie mamy zbyt wielkiego wpływu. Musimy przekonywać, argumentować, bo siłą nie zatrzymamy ich w domach.

No dobrze, to teraz porozmawiajmy o jeszcze jednej sytuacji, która dotyczy bardzo wielu rodziców. Przeszliśmy na tryb pracy zdalnej, dzieci nie chodzą do żłobków ani przedszkoli. To generuje trudności: z jednej strony trudno nam, rodzicom, skupić się na pracy, z drugiej dzieci są sfrustrowane, że rodzice są w domu, ale się nie bawią. Jak poradzić sobie z taką sytuacją?

- Nie możemy oczekiwać od kilkuletnich dzieci, że będą zajmować się same sobą. Zaangażowanie się w samodzielną zabawę przez kilka czy kilkadziesiąt minut dla dwu- czy sześcioletniego dziecka to ogromne wyzwanie. Idealna, lecz mało realna sytuacja: pracować wtedy, gdy dzieci śpią, a w ciągu dnia zajmować się nimi. Najczęściej rodzice uzgadniają, że teraz pół godziny czy godzinę dziecko zajmie się sobą, potem rodzic się z nim pobawi. Takie naprzemienne okresy separacji i czasu wspólnie spędzanego umożliwiają rodzicom zajęcie się swoją pracą, ale komfortowe to nie jest. Przy pewnego rodzaju pracy jest to po prostu niemożliwe. Inne wyjście to skorzystać z dni wolnych na opiekę nad dzieckiem lub pójść na urlop.

Urlop może być niezłym rozwiązaniem, oczywiście, o ile jest to możliwe. Jednak to nadal nie zmienia sytuacji, że siedzenie w domu bez możliwości wyjścia na plac zabaw jest frustrujące.

- Ależ wyjście na dwór jak najbardziej jest możliwe, byle nie wiązało się z przebywaniem wśród innych ludzi. Można np. pojechać rowerem do lasu czy na odludną łąkę. Wyraźnie widać, że dzisiejsi rodzice są kiepsko wyposażeni w kompetencje organizowania dzieciom wolnego czasu, bo do tej pory nie było takiej konieczności. Nigdy dotąd nie musieliśmy ćwiczyć takiej sytuacji - w powojennej historii nie zdarzało się zbyt często, by to rodzice musieli całe dnie zajmować się dziećmi tak jak teraz. Dzieci przecież chodziły do przedszkoli czy szkół. Współcześni rodzice nigdy nie musieli uczyć się, jak spędzać wiele godzin z dziećmi w wieku przedszkolnym i starszymi. Opieka nad nimi w wielu rodzinach była do tej pory ograniczona do zapewnienia i zaspokojenia potrzeb podstawowych, takich jak nakarmienie, ubranie, pomoc w umyciu się, odprowadzenie do przedszkola/szkoły, odrobienie lekcji czy zaprowadzanie na dodatkowe zajęcia. Czas na dłuższą zabawę był tylko w weekendy albo wakacje, ale wtedy generalnie żyjemy zabawą, chcemy zorganizować sobie i dzieciom coś ekstra. W tygodniu wystarczy czasu,  by co najwyżej przeczytać dziecku bajkę czy pójść na plac zabaw.

A na tym placu wystarczy posiedzieć, bo dziecko i tak bawi się samo albo z innymi dziećmi. Przy okazji teraz ja i wielu moich znajomych rodziców żyjemy w poczuciu winy, że nie dajemy z siebie wszystkiego. Też jesteśmy sfrustrowani, bo zamknięci w domach tracimy cierpliwość, sami czujemy się zestresowani, a przecież Juul czy Stein mówią o tym, by być uważnym, wrażliwym na potrzeby dziecka.

- Tak, ale często te nasze wizje wychowania mają charakter tylko deklaratywny. Natomiast faktem jest, że wiele młodych kobiet uwierzyło w wizje rodzicielstwa bajkowego, co doprowadziło do tego, że zmagają się ze stresem i trudnościami natury psychicznej. Bo okazuje się, że rodzicielstwo w praktyce wcale nie jest wyłącznie różowe. Że każdy z nas ma swoje emocje, dziecko także, i że nie zawsze jest nam ze sobą po drodze.

Koleżanka mówi, że ma wyrzuty, bo gdy pracuje, włącza dzieciom bajki, w efekcie spędzają one po kilka godzin przed telewizorem czy tabletem.

- I to jest coś, co bez wątpienia odbije się na nas bardzo mocno. Proszę sobie wyobrazić, że dzieci bardzo szybko się uzależniają. Dla kilkulatka już kilka godzin spędzonych przed tabletem może się skończyć uzależnieniem. A proszę mi uwierzyć, że są domy, w których telewizor czy tablet jest w użyciu przez dziecko nawet osiem czy dziesięć godzin dziennie! W efekcie po minięciu pandemii może się okazać, że pojawiła się ogromna liczba kilkuletnich dzieci uzależnionych od mediów.

Dlaczego bajki, smartfony i tablety są tak szkodliwe dla dzieci?

- Bo oglądanie filmów to aktywność receptywna. Oczywiście nic złego się nie stanie, jeśli dziecko spędzi kilkanaście minut czy pół godziny przed ekranem. Ale w nadmiarze taka „aktywność” szkodzi, bo jest związana z bezruchem, a dla kilkulatka normalnym i zdrowym stanem jest ciągłe ruszanie się. Nie ćwiczy sprawności dłoni potrzebnej potem do pisania, nie angażuje wyobraźni, nawet mowy nie pobudza. Oglądanie filmów przeszkadza w rozwijaniu uwagi dowolnej, czyli zależnej od woli dziecka - to jest jeden z moich głównych zarzutów do mediów elektronicznych. One wyzwalają uwagę mimowolną, a w szkole jednak niezbędna jest umiejętność zamierzonego koncentrowania się na zadaniach, analizowania ich i wyciągania wniosków.

To jak korzystać z tej bajki, by dać sobie czas na zakończenie spraw, a dziecku nie zaszkodzić?

- Ustawiając limit czasu na oglądanie. Np. dziecko ogląda do momentu, aż nie zadzwoni budzik. My też wtedy będziemy musieli się bardziej zdyscyplinować w kończeniu naszych obowiązków. Przestrzeganie zasad przez obie strony jest bardzo ważne.

A jak poradzić sobie z wyrzutami sumienia?

- Wie pani, my w ciągu ostatnich 20 lat trochę za bardzo daliśmy sobie wmówić, że w rodzinie prawa dziecka są zawsze najważniejsze. Otóż nie, czasami najważniejsze jest skończenie pracy przez rodzica czy ugotowanie obiadu - nomen omen dla tegoż dziecka. Nie dajmy sobie wmówić, że poza dzieckiem nic nie istnieje. Ale nie może też być tak, że potrzeby i chęci dziecka są zawsze spychane na ostatnie miejsce. Szczególnie obrzydliwe jest oszukiwanie dziecka, niedotrzymywanie obietnic składanych dla świętego spokoju.

Jak pomóc mu przetrwać ten trudny okres?

- Dając dziecku to, co najcenniejsze: czas i uwagę. I niestety nie ma magicznego rozwiązania dobrego dla każdego. Musimy ten czas po prostu przetrwać, kombinując, jak w miarę możliwości nie skrzywdzić ani dziecka, ani siebie. 

Aleksandra Piotrowska - doktor psychologii. Pracownik naukowy Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego, konsultant dla rodziców i nauczycieli. Współdziała jako społeczny doradca z Komitetem Ochrony Praw Dziecka. Autorka kilkudziesięciu publikacji naukowych i popularyzatorskich, w tym m.in. książek „Szczęśliwe dziecko czyli jak uniknąć najczęstszych błędów wychowawczych” i „Nastolatki pod lupą”.

 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.