Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z Włodkiem "Paprodziadem" Dembowskim* i Michałem Niewęgłowskim*, twórcami Festiwalu Kazimiernikejszyn, który stanowi miks koncertów, kontaktu z naturą, warsztatów rozwojowych i spotkań z gośćmi), rozmawia Aga Kozak.

Aga Kozak: Mit założycielski waszego festiwalu jest dość barwny.

Michał Niewęgłowski: Lata temu na spotkaniu z mistrzem medytacji Sri Sri Ravi Shankarem zadałem mu precyzyjnie przygotowane pytanie. Dotyczyło natury wszechświata: z jednej strony geny, wpływy społeczne i rodzinne, styl życia, z drugiej różne energie, wpływy Księżyca, jak to czytać i się nie zgubić. Sri Sri wysłuchał uważnie, więc oczekiwałem, że wyjaśni mi naturę wszechrzeczy. A on się uśmiechnął, westchnął i powiedział: „Never mind, just relax”. To w jakiś sposób zakiełkowało pomysłem na festiwal bez spinki.

Ale tam, gdzie szukałem miejscówki, w Giżycku i Olsztynie, poziom bezspinkowości był troszkę za niski. Jak była jedna osoba ze spinką – jak w Olsztynie – to potrafiła zablokować cały festiwal. Tam był to pan, który był „kierownikiem jeziora”, serio.

Włodek Dembowski: A ja do tej pory nie wiem, jak mu się odwdzięczyć.

M.N.: Ja też. Ale wtedy byłem wkurzony. Mniej więcej wtedy Włodek, z którym nie widzieliśmy się kilka lat i spotkaliśmy się przypadkiem, powitał mnie tekstem: „Śmiesznie, że się widzimy, bo dziś rozmawiałem z mamą na twój temat”. Jego mama była moją polonistką.

Podzieliłem się pomysłem: że energetyczne koncerty, że kontakt z naturą, że przygody i czy on by chciał być opiekunem artystycznym. Na co Włodek: „Człowieku, ja o czymś takim myślę od jakiegoś czasu, zróbmy to w Kazimierzu!”. „Dobra”.

Zaraz, nie pojechałeś sprawdzić, jakie tam zaplecze, jakie władze, jakie wibracje? Czy jest jakiś „kierownik jeziora”?

M.N.: Postanowiłem zaufać. Zgodnie z filozofią „bez spinki”.

W.D.: Ja trenuję Kazimiernikejszyn od czwartego roku życia: najpierw z rodzicami, potem, jak zabronili mi mieszkać w hotelu nauczycielskim, bo już miałem 18 lat, to się przeniosłem do szałasów i jam skalnych, gdzie pomieszkiwałem latem. Dla mnie Kazimierz to zawsze była taka równoległa rzeczywistość, odskocznia od blokowiska na warszawskiej Woli.

M.N.: Jak zobaczyłem tytuł płyty Dziadów Kazimierskich „Kazimiernikejszyn”, od razu wiedziałem – to jest nazwa.

W.D.: A my tak po prostu mówiliśmy na korzystanie z dobrodziejstw Kazimierza, z jego plaż, z jego wąwozów… Z tego ducha, który zwabił tam Tadeusza Pruszkowskiego, przedwojennego rektora ASP z Warszawy, żeby stworzył kolonię artystyczną, przyciągnął malarzy. On do tego stopnia zakochał się w Kazimierzu, że zrobił film „Kalifornia w Polsce”.

M.N.: W Kazimierzu łatwiej puszczasz kontrolę. Wszystko dzieje się w odpowiednim miejscu i czasie, spotykasz odpowiednich ludzi do odpowiednich rzeczy, wszystko do ciebie przychodzi i odchodzi w przyjaznym rytmie.

Ale ja znam ohydną twarz tego miasta: gadżeciarsko-restauracyjno-lodziarską.

W.D.: Ale tu, w przeciwieństwie do wielu innych kiedyś urokliwych małych miast, nadal można uchwycić tego ducha kolonii artystycznej.

A te Dziady Kazimierskie to co?

W.D.: Zadzwonił do mnie kiedyś Sergiusz Odorowski, mieszkaniec Kazimierza, i mówi, że będzie musiał się wyprowadzić ze swojej chaty i czy zrobimy jakieś ognisko pożegnalne, jakąś piosenkę zaśpiewamy. I tak żeśmy się spotkali w Plebanim Dole, czyli w wąwozie Plebanka, na skraju miasteczka. Wtedy rozpruł się wór z piosenkami. Do tego stopnia, że przygotowujemy razem czwartą płytę.

Podtrzymujecie tradycję dziadowską? Dziad to kiedyś był opowiadacz historii, nasze okno na świat.

W.D.: Tych dziadów było dużo w Kazimierzu, część przetrwała, można przybić piątkę z dziadem Hubciem czy z dziadem Johnem. Jednym z takich legendarnych dziadów był Kozdroń Ślepiec, którego grał w „Dwóch księżycach” Artur Barciś – dziad proszalny, mieszkał na górach i czasem wędrował na Rynek. Malarze go malowali, ludzie zagadywali, a on – jak głosi legenda – gdy poczuł, że już przychodzi kres, to po indiańsku poszedł do Norowego Dołu, czyli takiego wąwozu na górach, i w jednej z jam sobie poszedł spać. Ponoć znaleźli jego zmumifikowane zwłoki w latach 60.

Festiwal KazimiernikejszynFestiwal Kazimiernikejszyn mat. prasowe

Faktycznie Kalifornia, jeśli patrzeć pod kątem dziwaków.

W.D.: Masz dziadów i góry, i wąwozy, i plaże. A my kiedyś postawiliśmy napis nawiązujący do tego „Hollywood” – „Kazimiernikejszyn” – na Górze Trzech Krzyży. To też idealne miejsce, żeby je użyźniać filozofią życiową, którą dzielimy z Einsteinem. Ów dziad mawiał, żeby przyglądać się przyrodzie, bo wtedy się więcej z życia zrozumie.

Na Kazimiernikejszyn będzie kilka znanych kapel, lecz niedużo. Bo u was nie ma się być przebodźcowanym, mieć FOMO – Fear of Missing Out, jak na wielkich spędach.

M.N.: Od samego początku pomysł był taki, że jest tylko jedna scena i nie ma biegania pomiędzy setką artystów. Można wyłączyć kociokwik w czaszce. A warsztaty, różne gry, zabawy, które nazywamy „przygodami”, są pomyślane nie jako bonus, tylko okazja, żeby poprzebywać ze sobą offline. Całe miasto jest przyozdobione naszymi hasłami, czasem technicznymi: „Odprowadź śmieci do domu”, czasem podkręcającymi relacje: „Ludzie są fajni, pytaj ich”. Bo wiesz, jak dużo się rzeczy dzieje, a nie masz mapy, no to po prostu możesz kogoś zapytać. Zapomnieliśmy o tym, prawda?

W.D.: Chodzi o to, żeby się odłączyć od internetu i podłączyć do kazimierskiego wi-fi. Jest nawet Strefa Nudy.

M.N.: Na drugie spotkanie z Włodkiem przyniosłem spis przygód, Włodek dorzucił swoje i poszło... A ja przecież w życiu na Open’erze nie byłem czy na Woodstocku. Po prostu wyobrażam sobie, jak ludzie mają się czuć, gdy będą wyjeżdżać.

W.D.: Mamy np. zaprzyjaźnioną ekipę z Gostynia: wynajmują cały autokar, z dziećmi, z dziadkami, no familiada. A nasi artyści uwielbiają dla nich występować. Chociaż może też z powodu sceny, która jest na dziko, w naturalnym amfiteatrze w Kamieniołomach.

Tworzenie społeczności bardzo wam leży na sercu.

M.N.: Poznaliśmy się na Woli. Tam było, jak było. Kiedyś człowiek chodził obcięty na łyso i oprócz książek czytał skład odżywki i liczył kalorie po siłowni...

W.D.: …ja tu mam np. bliznę od tasaka…

M.N.: Ta Wola w latach 90. spowodowała, że teraz dobrze dogaduję się z chłopakami z więzienia, dla których prowadzę warsztaty oddechowo-medytacyjne...

W.D.: A teraz Michał będzie nauczał, jak nie być nim z niegdysiejszych lat.

M.N.: Teraz zamiast zachłystywać się ilością wypitego alkoholu, skupiam się na uniwersalnych rzeczach. Które czujemy w zasadzie wszyscy te same, tylko każdy na swój sposób.

Czyli?

M.N.: Miłość, wrażliwość, jakiś ładunek dobra…

W.D.: …jedność, wdzięczność…

M.N.: Istnieje terapeutyczny stereotyp, że jak ktoś dotarł do różnych syfów w sobie, to dotarł do prawdy o sobie. Nie zgadzam się. Wiadomo, wychodzą z nas różne rzeczy, ale generalnie to te pozytywne jakości są naszą naturą. Lubię porównanie do głośnika w pomieszczeniu. Ze źródła leci czysty dźwięk, odbijając się od ścian, zniekształca się, ale dalej u źródła jest czysty.

W.D.: My staramy się wydobywać z ludzi dobro na różne sposoby. Weźmy nasze Paprowędrówki, podczas których uprasza się o niegadanie o tym, co było wczoraj, a co będzie jutro. Uprasza się o podłączenie do leśnego wi-fi. Potem łatwiej być obserwatorem w życiu codziennym, łatwiej radzić sobie z emocjami i stresowymi sytuacjami.

A po ludzku: jak się człowiek tak znyra po tych wąwozach, wyszusuje te rowy, poturla się po błocie, to wychodzi szczęśliwy. Ostatnio usłyszałem, że nazywają to „kąpielą leśną” i że istnieje w różnych kulturach.

Trzeba być na bosaka?

W.D.: Nie trzeba.

Ale sam chodzisz na bosaka od wiosny do przymrozków.

W.D.: Bo mnie to łączy z ziemią.

M.N.: Na Kazimiernikejszyn chodzi właśnie o łączność. Mamy „czas na p”, od „przytulanie”, czyli kilkunastominutowy warsztat bliskościowy.

Na festiwalu mamy taki moment, że mimo tego chaosu odnajdujemy się na chwilę, żeby pobyć ze sobą. Ten moment nie jest przy piwie czy papierosku – zresztą nie zażywamy narkotyków, nie palimy, nie jemy mięsa. Po prostu się przytulamy minutę albo dwie. A potem nie mamy kaca, tylko zakwasy od tańczenia.

*Włodek „Paprodziad” Dembowski - wokalista i tekściarz w Łąki Łan, November Project, Dziadach Kazimierskich. Współorganizator festiwalu Kazimiernikejszyn. Śpiewający filozof, miłośnik praw przyrody, mchu, paproci, lasów, jarów i sucharów.

*Michał Niewęgłowski - twórca aplikacji z medytacjami Intu, inicjator i współtwórca festiwalu Kazimiernikejszyn. Prowadzi warsztaty medytacyjne od więzień po korporacje w Polsce, Niemczech, Portugalii i Estonii oraz profil FB Medyteusz.

W tym roku na Kazimiernikejszyn zagrają m.in. Kult, Krzysztof Zalewski, The Dumplings, Łąki Łan, Mela Koteluk, Organek, Daria Zawiałow, Bitamina, The Bartenders, Damian Syjonfam. Ale Kazimierjszyn to także magia Kazimierza Dolnego, półdzika plaża, jedyne w swoim rodzaju przygody, jak rowerowy rajd tunelem, Paprowędrówki, Poduszkolot, Strefa Nudy, Polemika na Kolory, Kanioning i Zaliczanka, czyli taneczny rajd przez różne części festiwalu.

Instytut Dobrego Życia objął patronat nad festiwalem Kazimiernikejszyn. Aga Kozak, dyrektorka programowa Instytutu, poprowadzi w piątek 19 lipca warsztat "Ciało muzyczne – o tym jak słuchać muzyki całym sobą, odczuwać w ciele i radości z tego płynącej". Więcej info na stronie festiwalu.

Zadbanie o siebie to nie żaden luksus - to nasz obowiązek wobec samych siebie! Aga Kozak nauczy cię, jak robić to za pomocą małych, łatwych, codziennych kroków i pozwoli popatrzeć na swoje życie z "osiędbaniowej" perspektywy. Zapraszamy cię na ekspresowy kurs dbania o siebie.

Ekspresowy kurs dbania o siebie

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.