Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Proszę mi wybaczyć to określenie, ale trudno wymyślić lepsze. Każdy, kto choć raz pracował nad prezentacją, artykułem czy projektem, którego podstawą jest kreatywność, wie, że czasami po prostu nie da się zamknąć zadania w godzinach pracy biura. Wena potrafi przyjść w najmniej spodziewanym momencie – na spacerze z psem, w wannie, w czasie rodzinnego wypadu za miasto. Wieczorem, w środku nocy. Ma gdzieś prawo pracy. Zdarza się też, że tekst sam się pisze, a robota aż pali się w rękach. Godzinka-dwie i gotowe. I co wtedy?

Kreatywni mówią, że to nie nadgodziny męczą ich w pracy najbardziej. Z pokorą przyjmują, że niektóre pomysły muszą rodzić się w bólach, wiedzą, że deadline nie zawsze da się przesunąć. Wiadomo, że czasem trzeba będzie siedzieć po nocach. Na pytanie, co w pracy męczy ich najbardziej, najczęściej odpowiadają: dupogodziny.

3 godziny kreatywnej pracy dziennie. A potem kawki i Facebook

Z badania przeprowadzonego trzy lata temu przez Millward Brown wynika, że ponad 60 proc. Polaków pracuje efektywnie przez co najmniej 6 godzin w ciągu dnia. Problem polega na tym, że badanie było deklaratywne, a to daje podstawy, by sądzić, że ankietowani nie mówili całej prawdy. Albo nie pracowali w biurze. 

Taki wniosek można wysnuć na podstawie badań, które lata temu przeprowadził szwedzki psycholog K. Anders Ericsson. Wynika z nich, że człowiek jest w stanie efektywnie pracować umysłowo nie dłużej niż trzy godziny dziennie. W dzisiejszych biurowych realiach reszta to kawki, przerwy, media społecznościowe, lunche, spotkania. Ericsson pod tym właśnie kątem badał pracowników biurowych wysokiego szczebla. Dowodzi, że mózg na efektywne, kreatywne myślenie może poświęcić pewną określoną ilość zasobów poznawczych. Profesor tłumaczy, że sztuczne rozciąganie obowiązków w czasie skutkuje tym, że pracownicy wyrabiają w sobie złe nawyki, żeby jakoś ten czas sobie zagospodarować.

W konsekwencji więcej czasu poświęcają na zwykłe czynności, które w normalnych warunkach przychodziłyby im z łatwością – pisanie raportów, przygotowywanie prezentacji czy prowadzenie spotkań; po prostu – są mniej produktywni. 

4 dni pracy za tę samą pensję. To działa...!

Co kilka miesięcy jakaś duża firma ogłasza, że skraca dzień pracy, nie obcinając przy tym pracownikom pensji. Ostatnio taki eksperyment zakończył się sukcesem w Nowej Zelandii. Pomysł nie należy do nowych, ale najwidoczniej się sprawdza. Bo jak inaczej tłumaczyć, że wprowadziło go już kilkaset polskich firm?

Filantropia? Bynajmniej. Pragmatyzm. W każdym przypadku skrócenie czasu pracy przełożyło się na realne zyski. W branżach, w których pracowników zatrudnia się na podstawie ich kreatywności, wyniki były najlepsze. Wypoczęte i mniej zestresowane grupy tzw. kreatywnych przynosiły do firmy ciekawsze pomysły i z większym zaangażowaniem pracowały nad ich realizacją.

W takich branżach sprawa jest o tyle łatwiejsza, że skrócenie czasu pracy najczęściej nie wiąże się z koniecznością zatrudnienia dodatkowych pracowników; wiele agencji reklamowych, kreatywnych czy redakcji pracuje projektowo. Ale większą wydajność zaobserwowano też u pielęgniarek z domu seniora w Goeteborgu, w którym – w ramach eksperymentu – czas pracy skrócono z 8 do 6 godzin. Kobiety, które objęto eksperymentem, tłumaczyły, że schemat był prosty: mniej czasu spędzały w pracy, dzięki czemu miały go więcej na odpoczynek i relaks. To przełożyło się na zmniejszenie poziomu stresu, a to z kolei powodowało, że do pracy przychodziły wypoczęte i zrelaksowane. Samonapędzająca się maszyna.

Efektywność + dobra organizacja pracy

Z dupogodzinami jest trochę jak z pracą zdalną. W obu przypadkach ogromną rolę odgrywa zaufanie pracodawcy do pracownika i uczciwość podwładnego względem przełożonego. I zdrowy rozsądek. Bo gdy pracownik wywiązuje się z powierzonych mu zadań, „dowozi” projekty na czas, jest sumienny i dobrze pracuje, przełożony nie ma powodu, by posądzać go o to, że gdy pracuje z domu, tak naprawdę śpi albo robi zakupy. Nie ma też powodu, by dorzucać mu sztucznie wymyślone zadania. Ta ostatnia strategia jest o tyle niebezpieczna, że może się obrócić przeciwko przełożonemu – dorzucanie pracownikowi zadań tylko dlatego, że sprawnie się z nimi uwija, może zostać odebrane przez pracownika jako kara i wyrobić w nim wspomniany zły nawyk rozwlekania pracy w czasie. Czy naprawdę nie lepiej puścić go szybciej do domu?

Ale kij ma dwa końce – pracownik, który dostał od szefa taki kredyt zaufania, musi go przecież spłacić.

Nie może być tak, że gdy pracuje zdalnie, nie ma z nim kontaktu i nie odpowiada na maile, bo jakoś tak wyszło, że skoczył na siłownię. Praca zdalna to wciąż jednak praca, z której trzeba się będzie rozliczyć.

Polski rynek pracy jest stosunkowo młody. Dobrych praktyk dopiero zaczynamy się uczyć, podpatrując zachodnie społeczeństwa. One już jakiś czas temu odkryły, że efektywność to starsza siostra dobrej organizacji pracy i że wcale nie trzeba ośmiu godzin, żeby zechciały wystąpić obok siebie.

CZYTAJ TAKŻE: Dobre zwyczaje, które pomogą ci wychodzić z pracy o czasie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.