Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Tekst pochodzi z newslettera Seks na „Wysokich Obcasach”. Zapisz się na te i pozostałe nasze newslettery.

Możecie kojarzyć je ze zdjęć Nobuyoshi Arakiego, gdzie Japonki w kimonach – lub bez – zwisają na linach. Dla początkującego wstęp do shibari to trochę uczenie się węzłów okrętowych. Zanim w wiązaniu osiągniemy biegłość, zanim nauczymy się nie zamieniać drugiej osoby w omotany liną baleron – mija trochę czasu. To dopiero wtedy (choć oczywiście zachęcani jesteśmy do tego przez cały czas naszej nauki) możemy wiązanie zamienić w medytację, trans, stan niebywałej miłosnej uwagi.

Kiedy wrzuciłam zdjęcie swoich pierwszych nieudolnych więzów na serwis społecznościowy, dostałam szereg komentarzy: mieszankę lęku i fascynacji – jak zwykle przy czymś, co owiane jest tajemnicą, o czym ludzie nie wiedzą dokładnie, czym jest, ale zawiera „seks” i w domyśle (bardzo niesłusznie!) „przemoc”. Pominę już tłumaczenie tego wszystkiego, przejdę do wiadomości od osoby „życzliwej”, która poradziła mi „to natychmiast usunąć”, bo już nigdy nie dostanę pracy ani zlecenia od korporacji, a ludzie przestaną mnie traktować poważnie.

Poczułam, jak wyrzuca na mnie wszystkie swoje lęki, zacofanie, jak próbuje mnie zawstydzić i przestraszyć: płonęły mi uszy i twarz, bolało ciało. I przez jedną okropną chwilę poczułam się winna, zła, zepsuta. Więcej – poczułam się dziwką chorobliwie zainteresowaną seksem. Zadzwoniłam do tej osoby, zrobiłam jej awanturę i obiecałam sobie, że nikt mnie już nie zawstydzi w ten sposób. Że mój seks to moja wolność, albo, jak chce Remigiusz Ryziński, autor książki o życiu seksualnym Polaków – „moje życie jest moje”. I że warto tak właśnie myśleć: przypomniałam sobie, jak poszłam na basen na warszawskiej Pradze, gdzie nie było przebieralni w szatniach i zobaczyłam kobiety przebierające się w szatni pod ręcznikami. Nie było dla mnie smutniejszego widoku – jak można wstydzić się swojego ciała? Pamiętam też, jak rozbierałam się bez wstydu na oczach małej – może 6-letniej dziewczynki, której mama motała się z „przyzwoitym” ubraniem, i jak ta dziewczynka popatrzyła na mnie i z wyraźną odwagą zaczęła po prostu się ubierać, nie zakrywając się!

Jakiś miesiąc temu pojechałam do (jeszcze otwartego) Budapesztu odwiedzić moją ukochaną ciotkę. Mamy taki rytuał, że chodzimy razem do Rudas, tureckiej łaźni, która ma ponad 450 lat. Budapesztanki wywalczyły sobie tam „kobiecy dzień” – to znaczy, że łaźnia jest tego dnia tylko dla nich. Uwielbiałam patrzeć na kobiety wszystkich kształtów i w każdym wieku – często całe wielopokoleniowe rodziny – swobodnie, bez krygowania się i zakrywających je tekstyliów, moczące się w basenach, czerwieniące w saunach, odpoczywające na leżankach. Dzięki tym lekcjom swobody łatwiej i z większą czułością patrzę na swoje kształty, na zmiany, które zachodzą w moim ciele wraz z szalejącymi hormonami i nieuchronnie upływającym czasem. W tych basenach, nago, szorując się do czerwoności i „zrzucając skórę”, mam z moją ciotką najciekawsze i najgłębsze rozmowy – tak jakby nagość ułatwiała szczerość i sięganie głębiej, do czegoś, co naprawdę istotne. Jednak tym razem naszą swobodę zakłóciły dwie rzeczy. Pierwsza: przepis o tym, że należy nosić taki zabawny fartuszek, który prawie niczego nie zakrywa i unosi się na wodzie, totalny listek figowy. Jakbyście zobaczyli węgierską „porządkową” ganiającą Ukrainki, które kompletnie olewały ten przepis!!! No i druga rzecz: grupy turystek, które do basenów zdecydowały się wejść w stroju kąpielowym. W Rudas – by właśnie przyciągnąć turystę – zakazu chodzenia do sauny i basenów w tekstyliach nie ma. Obserwowałam jednak owe ubrane kobiety i choć wydawać by się mogło, że to one na początku zawstydzały nas, „te gołe”, naprawdę nieperfekcyjne, to jednak po pewnym czasie coś się zmieniło. To one poczuły, jak bardzo nieinstagramowa i luźna jest ta sytuacja, na którą straciły szansę, zakładając stroje kąpielowe, rezygnując z bycia au naturel. Aż jedna z nich wstała i zdjęła strój, zyskując uznanie budapesztanek. Chciałabym wam napisać, że za nią poszły inne, ale niestety życie to nie amerykański film, choć w nim chyba taka scena nie byłaby możliwa. Amerykanie są przecież szalenie pruderyjni i – en masse – konserwatywni.

Zrobię tu wrzutę, która pozornie nie będzie miała nic wspólnego z powyższymi historiami. „To jest wojna! W mediach, polityce, nauce i kulturze toczy się niewypowiedziana wojna przeciwko kobietom” – pisała o sytuacji w Ameryce lat 80. ubiegłego wieku Susan Faludi. W 1991 roku autorka książki „Backlash. The Undeclared War Against American Women” udowadniała, że sukcesy amerykańskiego ruchu kobiecego z lat 60. i 70., czyli zrównanie praw kobiet i mężczyzn na rynku pracy, wprowadzenie zapisów antydyskryminacyjnych w prawie, zalegalizowanie aborcji, jak pisze Agnieszka Mrozik w Kulturze Liberalnej „doprowadziły do szału wszelkiej maści konserwatystów, którzy za rządów Ronalda Reagana przypuścili kontratak (backlash) na wywalczone z takim trudem prawa kobiet. Przejawem wzrastającej wrogości wobec kobiet i feminizmu jako ruchu upominającego się o ich prawa była fala przemocy realnej (np. w postaci ataków »obrońców życia« na kliniki aborcyjne) oraz symbolicznej (m.in. poprzez tworzenie wyobrażeń na temat feminizmu jako ruchu antykobiecego) zalewająca amerykańską sferę publiczną. W chwili, w której Faludi, opublikowała »Backlash«, Nowa Prawica przeżywała swój najlepszy czas: zdołała zablokować poprawkę do Konstytucji gwarantującą równe prawa dla obu płci w każdym obszarze życia społecznego, co rusz atakowała legalną aborcję i antykoncepcję hormonalną. W mediach tamtego okresu królowały »kobiety, które nienawidzą mężczyzn« (oraz innych kobiet) i za swą podłość ponoszą zasłużoną karę (jak w »Fatalnym zauroczeniu« z Glenn Close i Michelem Douglasem), a tradycyjna patriarchalna rodzina – niczym ginący gatunek – domagała się ochrony i wsparcia”.

Czy wam to coś przypomina? Bo mnie bardzo… I czy możemy jakoś czerpać z tej lekcji historii? Odpowiedzieć na „nowy konserwatyzm” do sauny chodzący w kostiumie kąpielowym? Oczywiście. Dla mnie pierwszą lekcją – którą ciągle odbieram od queerowej społeczności w Polsce – jest się nie poddawać: a przez to rozumiem manifestować swoją przyjemność, nie dawać zaszczuć wstydowi, konserwatyzmowi i kołtuństwu. Nie słuchać „życzliwych”, którzy mówią, że nie dostaniemy pracy, a jak trochę spasujemy, złagodniejemy, to będzie można z nami rozmawiać. Wolność i seks naprawdę mają ze sobą dużo wspólnego.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.