Z daleka widać gromadkę dzieci. Niektóre bawią się w berka, skacząc z jednego pieńka na drugi, inne siedzą przy niskim drewnianym blacie, mieszając z upodobaniem błotko. Dwie dziewczynki chowają się w wiklinowym szałasie, a dwie inne zagrzebują coś w ziemi – w dołku układają kwiatki, kamyczki, jakieś drobiazgi, potem przykrywają to szkiełkiem i zakopują. Coś mi to przypomina. No tak, przecież to zabawa w sekreciki.

Warszawa, stary wiślany wał przy Kępnej, pomiędzy nowymi blokami a dzikimi działkami przy Wiśle. Po lewej Stadion Narodowy, po prawej budujący się Port Praski. Jeszcze niedawno nie było tu nic. Ot, praskie nieużytki, urokliwe, gdy jasno świeci słońce, po zmroku – już niekoniecznie. Ale od lipca jest tu Pragórka – jeden z pięciu powstałych latem w Warszawie ogrodów do zabawy.

Nie jest to zwykły plac zabaw. Nie ma tu grama plastiku. Nie ma huśtawek ani zjeżdżalni, metalowych konstrukcji ani ogrodzenia. Jest hałda piasku, trochę rozrzuconych pieńków, kamieni, patyków, szyszek, kryjówka upleciona z wikliny, stół z wielkich topolowych desek. Można tu pogrzebać w piachu, pobudować z kamyków lub z drewnianych krążków.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej