DOROTA WODECKA: „Tomasz Organek chciałby być pisarzem. I nim zostanie, chociaż się nie chwali”. Napisałam tak po naszej rozmowie przed pięcioma laty. I spełniło się.

TOMASZ ORGANEK: Z zastrzeżeniem, że nie jestem pisarzem, tylko autorem jednej książki. Zacząłem ją pisać kilkanaście lat temu, jeszcze w domu rodzinnym w Raczkach, pisałem na studiach w Toruniu i Warszawie. Moja pisanina pomagała mi poukładać myśli, ale z czasem zrozumiałem, że jest to też sposób na wypowiedzenie się. Nie zawsze jest z kim pogadać, a pisząc, mogłem dyskutować z samym sobą.

Mój mentor Eustachy Rylski kiedyś w programie radiowym stwierdził, że z nikim mu się nie rozmawia równie dobrze jak ze sobą.

O śmierci, o miłości, o miejscu w grupie i wspólnych pokoleniowych wartościach?

– O tym wszystkim, co się mieści w teorii opanowywania trwogi. Kiedy o niej przeczytałem, zaczęła mi się układać fabuła.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej