Rozmowa z Kamilem Bałukiem, współautorem książki „Wodecki. Tak mi wyszło”

Zanim zaczniesz mnie pytać, muszę ci powiedzieć, że okładka, sposób wydania, a nawet nazwisko bohatera tej książki mogą być mylące. Nie napisałem reportażu o tym, o czym może się wydawać, że on jest.

A o czym nie jest?

Nie jest o Zbigniewie Wodeckim, znanym panu z telewizji. O nim jest częściowo druga połowa książki, siłą rzeczy, bo to autoryzowany wywiad. Z kolei reportaż jest subiektywną wizją reportera. I mnie, 30-latka, zafascynowało coś zupełnie innego.

Co takiego?

Napisałem reportaż o człowieku, który, tak się składa, nazywał się Wodecki, ale pod koniec życia miewał wieczory, kiedy nazywano go Zbigi Łodeki. Człowiek ten miał niegdyś wielkie, ambitne artystyczne marzenie oraz bardzo chciał być popularny. I ta popularność do niego przyszła, ale bez spełnienia marzenia.

Dlaczego?

Bo żył w takim kraju, w takim czasie i w takich okolicznościach, które powodowały, że musiał cały czas zmieniać obierany przez siebie kurs. Marzenie spełniło się, owszem, ale późno, i to już nawet nie było jego marzenie. A mówiąc dosadniej, Zbigniew Wodecki odniósł wielki sukces w byciu tym, kim kiedyś niekoniecznie chciał być. Zabrakło mu tak potrzebnego wybitnym artystom szczęścia.

Nie przyszło do niego pod koniec życia?

Przyszło, to prawda, wraz z propozycją zespołu Mitch & Mitch, który najpierw zakochał się w tej jego debiutanckiej, zapomnianej płycie „Zbigniew Wodecki” z 1976 roku, a potem zaproponował jej wykonanie na nowo. Wtedy, w roku 2013, okazało się, że pan od „Pszczółki Mai” i „Tańca z gwiazdami” jest dla naszego pokolenia wielkim odkryciem, choć nie schodzi ze sceny od 40 lat. Oto Wodecki osiąga po sześćdziesiątce sukces, o jakim zawsze marzył, trochę nie rozumiejąc jego przyczyn.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej