Jest 4 czerwca 1989 r. Mam 17 lat. Upał jak cholera, chce mi się pić. Zaglądam do szafki w kuchni, ale znajduję tylko puste butelki po wodzie stołowej Mazowszanka i gazowanym napoju pomarańczowym Ptyś – dawno go już nie widziałam w sklepie Społem na warszawskiej Woli, poza tym dziś jest niedziela, sklepy zamknięte.

Woda z kranu na 15. piętrze bloku z wielkiej płyty jest ściekiem pachnącym chlorem. Gdy zaczyna płynąć, kran krztusi się i kicha, a rudy kożuch pokrywa całą umywalkę. Oligocenka, którą przywozimy w plastikowym kanistrze z pobliskiego źródełka na Skierniewickiej, dawno zakwitła zielonymi glonami, nie ma szans, żeby nalać jej do syfonu – nowoczesnego, metalowego, z wkręcanymi nabojami z dwutlenkiem węgla, który czynił z niej wodę gazowaną.

Kawy Inki nie lubię, podpiwku też nie. Otwieram lodówkę Polar i wyjmuję mleko w foliowym woreczku, który stoi w plastikowym podajniku z uchwytem. Nalewam do szklanki, jak zwykle rozlewając na siebie, stół i boazerię na ścianie. Kurczę, z tego nigdy nie dawało się nalać po ludzku! Na śniadanie zagryzam chleb baltonowski, niby ten lepszy, z serem topionym. O pomidorze można o tej porze roku tylko pomarzyć, ale są jeszcze ogórki kiszone domowej roboty.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej