Odwiedzał kraje, których „nie odwiedziłby żaden turysta przy zdrowych zmysłach” (jak mówił swego czasu o Kambodży). Na miejscu chadzał do fryzjera, przeklinał, pił. Jak coś mu się nie podobało, przyznawał to równie mocno, jak wyrażał zachwyt. Mlaskał, ciamkał, dawał się zaskoczyć śnieżnym zadymkom, jadł makaron w klubie bokserskim, rozmawiał o cenzurze, o spuściźnie dyktatur, o filmach. Zamiast pocztówek pokazywał talerze w rzymskich domach, azjatyckich hawkerach albo do bólu amerykańskiej gofiarni w Charlston.

Anthony Bourdain – to, co robił, wywarło wpływ na to, gdzie jestem

„Wiesz, na początku myślałam, że to kolejny fake news. Ale taki naprawdę fatalny” – wyznała mi koleżanka, gdy w kilka dni po śmierci Bourdaina rozmowa samoistnie zeszła na jego temat. Moja reakcja była podobna. Człowiek, który – przynajmniej z perspektywy widza foodie – miał prawdopodobnie najlepszą robotę, jaką by można sobie wymyślić, który był niemal wszędzie (choć akurat nie w Polsce – nad czym ubolewali jego nadwiślańscy fani) i spróbował praktycznie wszystkiego (i mowa tu nie tylko o jedzeniu), skądś wciąż czerpał energię, by podróżować, być tatą, wspierającym partnerem, pisarzem, producentem i – okazjonalnie – domowym szefem kuchni. Ale gdzieś obok tego musiało trwać coś na tyle mrocznego, że postanowił to wszystko zakończyć.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej