Justyna Karamuz o tym, czym jest internet, dowiedziała się od taty, gdy jeszcze prawie nikt nie używał skrótowca WWW. Stefan Karamuz, fizyk, w latach 90. zamienił pracę w Instytucie Badań Jądrowych na programowanie i założył firmę, która dziś nosiłaby miano start-upu. Już wtedy kontrahenci, którzy przyjeżdżali z zagranicy, pili tylko kawę od Stefana. Czarną, mocną, parzoną w plastikowym sitku.

Justyna zdała na archeologię, gdzie odkryła – po pierwsze – że nie chce być naukowcem, a po drugie – że fascynuje ją ceramika.

– Pamiętam wizytę w Muzeum Archeologicznym w Dreźnie. Były tam wazy łużyckie, ogromne, piękne. Profesor, z którym byliśmy na wykopaliskach, wyjawił nam, że część z nich to oryginały, a część – kopie wykonane przez współczesnych rekonstruktorów. Można ich dotknąć, a nie tylko oglądać w gablotce. Wtedy zrozumiałam, co chcę robić w życiu. Zaczęłam uczyć się ceramiki – mówi Justyna.
Pozostało 85% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.