Spotkać ją dziś równie trudno, jak będącego na wymarciu orangutana sumatrzańskiego, arę hiacyntową czy kameleona jemeńskiego.

Tak jak zwierzęta i lasy, ją też zabija cywilizacja i ludzkie niepohamowane pragnienie posiadania kolorowego, pełnego emocji życia. Jeśli wyginą pszczoły, ludzkość jakoś przeżyje, ale co to za życie bez owoców, kawy, kakao i orzechów.

A bez niej? Cóż to będzie za życie bez nudy?

Nuda, nuda zawsze i wszędzie

Paryż? Szkaradny i prozaiczny.

Wrocław? Pełen takich samych brzydkich budynków.

Florencja? Dżdżysta, usypiająca.

Dla Juliusza Słowackiego nudne były też Wilno, Warszawa i wszystkie miasta, które zwiedzał. Tak samo myślał o wsi. Sakramencko nudził się w samotności, ale o mdłości (nudności?) przyprawiały go też spotkania, rozmowy i bale. Nieznośną monotonię widział w długich letnich dniach, a w drugiej połowie roku – w długich jesiennych i zimowych nocach.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej