Poprawiasz puder, przecież nie będziesz się świecić. Ustawiasz w telefonie tryb portretowy. Obracasz się, żeby złapać najlepsze światło, takie, w którym mniej widać worki pod oczami i zmarszczkę między brwiami. Pamiętaj o tle: ludzkość musi widzieć, że jesteś w fajnym miejscu, twoje życie jest fajne, a ty od niechcenia strzelasz sobie fotkę, żeby się tą fajnością ze światem bezinteresownie podzielić.

Wyciągasz rękę – cholera, mogłaby być dłuższa, nos by ci tak nie wystawał – i wypróbowujesz różne kąty ustawienia aparatu. Przekrzywiasz głowę ciut w lewo, nie, trochę w prawo, podbródek wyżej, usta w dzióbek, ale tak, żeby nie wyglądał na dzióbek. Może uśmiech? Nie, od uśmiechu robią ci się zmarszczki w kącikach oczu, to już nie ten wiek, żeby się uśmiechać. Dzióbek. Ale z półuśmiechem, bo inaczej wychodzi biczfejs, a ludzie wolą jednak sympatyczne twarze. O, o, chyba masz, selfie nr 24 po obróbce będzie dobre. Ale dla pewności robisz jeszcze z pięć.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej