Były jej zauroczeniem, sentymentem z dzieciństwa. Niektóre malowała kilkukrotnie, poprawiała i udoskonalała. Bywały odskocznią od choroby, sposobem na spożytkowanie niespożytej energii twórczej.

Kora Jackowska nie znosiła bezczynności. – Mama miała w sobie mnóstwo ekspresji, lubiła się wyżywać twórczo na wielu polach. Zajmowała się domem, świetnie gotowała, pisała teksty, malowała. Była mistrzynią wystroju wnętrz, sama urządzała nasze domy. A kiedy już usiadła, to czytała – opowiada Szymon Sipowicz, syn artystki.

– Wpadłam do Kory, a wokół same Madonny. Tłum. Nigdy nie wiadomo, co ona wymyśli – opowiadała 20 lat temu „Wysokim Obcasom” Hanna Bakuła, malarka i przyjaciółka Kory. Rzeczywiście, zdarzało jej się robić przeróżne rzeczy: jako 20-letnia hipiska tworzyła i sprzedawała bransoletki – makramy – potem wypełniała kolorami szkice męża, malowała obrazy, głównie zwierzęta. Madonny pochłaniały ją, z przerwami, przez wiele lat.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej