Były jej zauroczeniem, sentymentem z dzieciństwa. Niektóre malowała kilkukrotnie, poprawiała i udoskonalała. Bywały odskocznią od choroby, sposobem na spożytkowanie niespożytej energii twórczej.

Kora Jackowska nie znosiła bezczynności. – Mama miała w sobie mnóstwo ekspresji, lubiła się wyżywać twórczo na wielu polach. Zajmowała się domem, świetnie gotowała, pisała teksty, malowała. Była mistrzynią wystroju wnętrz, sama urządzała nasze domy. A kiedy już usiadła, to czytała – opowiada Szymon Sipowicz, syn artystki.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej