Martha Nussbaum siedziała przy swoim biurku i przygotowywała się do wykładu, który miała wygłosić w Trinity College w Dublinie, gdy zadzwoniła jej siostra z informacją, że matka jest umierająca. Pech - wszystkie loty były odwołane z powodu złej pogody. Wolne miejsce w samolocie udało się znaleźć dopiero po dwóch dniach. Martha wygłosiła więc wykład i zaczęła przygotowywać się do kolejnego.

W samolocie trzęsły jej się ręce z nerwów, ale dalej pracowała. "Jest coś okrutnego w tym moim pędzie do produktywności" - zanotowała w notatniku.

Gdy wylądowała w Filadelfii, matka już nie żyła. Wtedy okazało się, że jej ulubieni stoiccy filozofowie są kompletnie nieprzydatni. Radzili, żeby nie ulegać zbyt wielkim emocjom, a Martha czuła się tak, jakby paznokcie wbijały jej się w żołądek.

Nussbaum wygłosiła swój kolejny wykład dwa tygodnie po pogrzebie. Czuła, że matka wolałaby, żeby zrezygnowała z pracy na kilka tygodni, ale każdy, kto zna Marthę, wie, że to niemożliwe.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej