Grudniowy wieczór, hala Barclays Center na nowojorskim Brooklynie pęka w szwach. Widownia wypełniona do ostatniego miejsca. Na scenę wychodzi Sarah Jessica Parker, czyli serialowa Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście”. Już to wywołuje aplauz, ale dopiero kiedy aktorka zapowiada Michelle Obamę, w hali rozlegają się ogłuszające brawa. To ostatnie z ubiegłorocznych spotkań, podczas których była pierwsza dama Stanów Zjednoczonych promowała swoją książkę „Becoming. Moja historia”.

Michelle Obama wygląda zjawiskowo. Ma na sobie żółtą jedwabną sukienkę z domu mody Balenciaga i niebotycznie wysokie, mieniące się złotem szpilki z obcisłą, sięgającą wysoko na udo cholewką. Buty za 3,9 tys. dol. to także projekt Balenciagi. Następnego dnia w sklepach internetowych trzeba już na nie polować, a i tak brakuje wielu rozmiarów.

Zdjęcia Michelle Obamy i komentarze dotyczące jej wyglądu spychają niżej nawet informacje o wycofaniu wojsk amerykańskich z Syrii.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej