Gdy Maria ma dziesięć lat, do jej matki przychodzi zrozpaczona sąsiadka. Jest w niechcianej ciąży. Ma już ośmioro dzieci. Dziewczynka widzi, jak sąsiadka płacze. Kilka dni później kobieta jest już martwa. Umiera wskutek powikłań po pokątnej aborcji. Robi to kawałkiem drutu. „Pamiętam do dziś ten kondukt. Wszystkie kobiety niosły świece. To był taki protest” – opowiada po latach Maria Jaszczuk.

Tak wygląda w latach 20. tragiczna rzeczywistość ogromnej rzeszy Polek, które zdesperowane przerywają ciążę mimo formalnego zakazu i wszelkimi dostępnymi metodami. Szydłem, drutem, aplikując sobie podejrzane mikstury do pochwy. Skacząc, zanurzając się we wrzącej wodzie. Same ze swym nieszczęściem lub zdane na łaskę i niełaskę mniej lub bardziej wykwalifikowanych „babek”.

Wspomnienie gehenny sąsiadki sprawia, że dorosła Maria postanawia działać na rzecz kobiet. W latach 40. i 50. zajmuje się więc polityką i działalnością społeczną. Odwiedza wsie i rozmawia z ich mieszkankami o najbardziej palących problemach. Sprawa aborcji wciąż się w nich pojawia. Podczas jednej z wizyt na wsi widzi matkę, która piecze chleb dla dwanaściorga wynędzniałych dzieci. Potem dostrzega słój z zanurzonym w nim obumarłym kilkumiesięcznym płodem. Ksiądz odmówił pochówku. Powiedział jej, żeby „to” wzięła, bo nie będzie mógł przez cały dzień jeść.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej