Gdy Maria ma dziesięć lat, do jej matki przychodzi zrozpaczona sąsiadka. Jest w niechcianej ciąży. Ma już ośmioro dzieci. Dziewczynka widzi, jak sąsiadka płacze. Kilka dni później kobieta jest już martwa. Umiera wskutek powikłań po pokątnej aborcji. Robi to kawałkiem drutu. „Pamiętam do dziś ten kondukt. Wszystkie kobiety niosły świece. To był taki protest” – opowiada po latach Maria Jaszczuk.

Tak wygląda w latach 20. tragiczna rzeczywistość ogromnej rzeszy Polek, które zdesperowane przerywają ciążę mimo formalnego zakazu i wszelkimi dostępnymi metodami.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej