Tekst pochodzi z "Wysokich Obcasów Extra" nr 14, wydanie z dnia 18/01/2018

W filmie "Skazani na Shawshank" główny bohater, który w 1947 roku trafił do więzienia, wiesza na ścianie celi plakat Rity Hayworth, by służył za przykrywkę drążonego tunelu. 39-letnia aktorka jest wtedy u szczytu sławy - "Gilda" uczyniła ją nieśmiertelną.

Więźniowie w Shawshank też oglądają ten film. Scena, w której bohaterka na pytanie męża: "Gilda, are you decent?" - czy jesteś ubrana ("decent" to też "przyzwoita") - odrzucając miękkie loki, odpowiada: "Kto? Ja?", wywołuje w nich nawet większy entuzjazm niż słynny występ z piosenką "Put the Blame on Mame", w którym Gilda w czarnej satynowej sukni powoli ściąga długą rękawiczkę. Na chwilę zapominają o swojej niedoli. Nasz więzień po 19 latach ucieknie z więzienia. Wejście do tunelu będzie mu zasłaniał wtedy plakat z Raquel Welch.

Rita Hayworth już wtedy prawie nie gra. Za kilka lat choroba, którą mało kto umiał zdiagnozować, zacznie jej odbierać pamięć, mowę, umiejętność chodzenia. Trafi do więzienia własnego ciała. Ciała, które kiedyś tańczyło z Fredem Astaire’em i Genem Kellym, wzbudzało pożądanie żołnierzy na frontach II wojny światowej. Które przez lata przyciągało mężczyzn pragnących nad nim zapanować, mieć je dla siebie. Od nich Hayworth całe życie uciekała.

Margarita Carmen Cansino, urodzona na nowojorskim Brooklynie w 1918 roku córka pary tancerzy rewiowych - Hiszpana i Amerykanki o irlandzkich korzeniach - od dziecka wiedziała, kim ma zostać, jak dorośnie. - Uczyli mnie tańczyć, gdy tylko nauczyłam się chodzić. Nie miałam wyboru - wspominała. Pierwszej lekcji udzielił jej dziadek, w Hiszpanii ceniony tancerz, który przywiózł do Ameryki bolero. Margarita miała wtedy trzy lata. Ojciec, Eduardo Cansino, tańczył najpierw z jej matką, Volgą, potem ze swoją siostrą. Ale gdy tylko podrosła, to z córki uczynił partnerkę. We wspomnieniach ostatni mąż Hayworth, James Hill, przytoczył opowieść Rity z tamtego czasu. Ćwiczyła z ojcem skomplikowany numer taneczny na pomoście w New Jersey. Słysząc muzykę z karuzeli, wymknęła się tam. Na chwilę zapomniała o pracy. Pozwoliła sobie być dzieckiem. - Od tamtego czasu, jeśli nie lubię miejsca, w którym się znalazłam, osoby, z którą jestem, albo siebie - co zdarza się najczęściej - przypominam sobie tę karuzelę, słyszę muzykę, znów siedzę na tym koniku. Smuci mnie, że znów za sprawą czegoś czy kogoś będę musiała z niego zejść - mówiła.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej