Pisarkę i tłumaczkę Klementynę Suchanow ostatnio częściej niż w bibliotece czy na uniwersytecie można spotkać pod Sejmem i Sądem Najwyższym. Protestującą wobec działań władzy, która – jak mówi – nie ma ani umiejętności niezbędnych do rządzenia państwem, ani sumienia.

Materiały do biografii Gombrowicza, za którą dostała nominację do Nike, zbierała przez 17 lat. Nie pominęła żadnego fragmentu życia pisarza, żadnego śladu, żadnego tropu. Z takim samym zaangażowaniem weszła w politykę, skrupulatnie punktując niekompetencję rządzących z jednej strony i stosując kontrowersyjne metody z drugiej: rzucała jajkami w rządowe limuzyny, a kilka dni temu napisała na Sejmie „Czas na sąd ostateczny”. A właściwie „czas na sąd”, bo przed „ostateczny” do akcji wkroczyła policja. Gleba, kajdanki, kolano na plecach. Nie pierwszy raz.

ANNA J. DUDEK: W środę wieczorem podczas protestu pod Sejmem zatrzymała cię policja. Za co?

KLEMENTYNA SUCHANOW: Zatrzymała, powaliła i skuła z tyłu. Za pisanie na murze sejmowym. Zamierzaliśmy napisać „Czas na sąd ostateczny”, co było nawiązaniem do ustaw przepychanych w Sejmie i tej nadającej Andrzejowi Dudzie status „sędziego ostatecznego”, czyli de facto stawiających go ponad prawem.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Nagroda "Odry" dla Klementyny Suchanow

To standardowe postępowanie w przypadku aktu wandalizmu, za jaki policja uważa malowanie na murach?

– Nie. Ale doszliśmy do takiego dna, że już wszystko wydaje się normalne.

Do wszystkiego można się przyzwyczaić, do widoku ludzi skutych kajdankami też – powiedziałaś mi w grudniu, kiedy skuto cię po raz pierwszy. A dzisiaj, kiedy zadzwoniłam, usłyszałam, że było standardowo, że cię poobijali. Nogi masz całe podrapane.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej