Natalia Waloch: Po twoim wpisie na Instagramie koledzy jeszcze mówią ci „cześć”, czy mijają cię na korytarzu ze spuszczonym wzrokiem?

Sonia Bohosiewicz: Nie zauważyłam, żeby ktoś spuszczał wzrok. Wręcz przeciwnie, jeden z kolegów powiedział, że wprawdzie rozumie mój wpis, ale uważa, że jest za ostry. Zarzucił mi, że wrzucam wszystkich do jednego worka.

Mówimy o wpisie, który opublikowałaś po tym, jak Weronika Rosati opowiedziała w „Wysokich Obcasach” o przemocy w swoim związku.

Byłam na kobiecym spotkaniu u Patrycji Woy-Wojciechowskiej. Rozmawiałyśmy o różnych rzeczach i w pewnym momencie wywołano ten temat i temat akcji #MeToo. Nagle posypały się nazwiska – nazwiska czasem nawet znanych i lubianych, a jednak przemocowców.

Przytoczyłaś kilka usłyszanych tam opowieści o tych, którzy bili, wystawiali na kilka godzin zimą na balkon, przykuli do kaloryfera na kilka dni czy też regularnie dawali w łeb przez kilkanaście lat. Co się robi z taką wiedzą?

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej