Starszy, otyły mężczyzna siedzi przy biurku, popijając alkohol. Przed nim na środku pokoju stoi młoda dziewczyna.

– Chciałbym, żebyś zrobiła teraz takie ćwiczenie: zaśpiewasz mi to samo co przed chwilą, tylko bez majtek – mówi on.

– Co takiego? Dlaczego? – dziewczyna pąsowieje.

– Na tym polega aktorstwo. Musisz tego doświadczyć – przekonuje ją mężczyzna.

2016 rok, Warszawa, ZASP, pokój na drugim piętrze, tuż obok gabinetu dyrektora. Magda ma 19 lat, studiuje śpiew operowy, postanawia dołączyć do Teatru Akademickiego. Po kilku próbach prowadzący teatr Ryszard A. zaprasza ją na indywidualną konsultację.

– Wstał i podszedł do mnie – opowiada Magda. – Zaczął gładzić mnie po udzie. Byłam w szoku, nie wiedziałam, jak zareagować. Co zrobić? Krzyknąć? Uciec? Obrócić to w żart? „No co, nie jest ci przyjemnie?” – spytał. „Nie” – odpowiedziałam. „Nie wiedziałem, że jesteś taka zimna”. „Muszę już iść…” – wydukałam. Tyle emocji było we mnie: strach, obrzydzenie, złość, ale stać mnie było tylko na to, żeby jak automat powiedzieć, że muszę iść. Nie przyszło mi do głowy, żeby się komuś poskarżyć. To się zdarza – myślałam – to okropny, obleśny człowiek, jakich wielu na tym świecie. Ale nie mam na to wpływu. Najlepiej urwać z nim kontakt i zapomnieć o wszystkim. Wyszłam z teatru i zapomniałam.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej