Gdy Katarzyna rozpoczynała pracę w Locie, paszport był dla niej jak skarb. Lot samolotem – jak w kosmos. Nie dostała się na iberystykę, więc koleżanka wymyśliła, żeby spróbować szczęścia w Studium Języków Obcych na Ogrodowej w Warszawie. Była tam klasa LOT-owska. Potem jeszcze Kasia ukończyła wydział transportu lotniczego i z tym wszystkim weszła na pokład. Był 1978 rok. W Locie przepracowała ponad 30 lat.

Pamięta tupolewa 134. Miał trap naprzeciwko drzwi. Stewardesa musiała najpierw otworzyć drzwi, później wyjąć trap, zamontować go w świetle drzwi i dopiero wtedy opuścić. W latach 80. samolot lądował awaryjnie. Gdy tylko koleżanka otworzyła drzwi, tłum spanikowanych pasażerów wyrzucił ją na płytę lotniska. Złamała nogę i się potłukła.

PRZECZYTAJ TAKŻE: PLL LOT: Spółka wręcza pilotom pisma przedsądowe. 600 tys. za odwołany lot

Z czasem Katarzyna została szefową klasy ekonomicznej. Latała wtedy boeingiem 767. Samoloty były coraz lepsze, ale w firmie działo się coraz gorzej. W głębokim PRL-u wszyscy byli zatrudnieni na etatach, nie było mowy, żeby pracownika ściągać z urlopu, firma organizowała dwutygodniowe narciarskie obozy kondycyjne. Po lotach atlantyckich były dwie doby odpoczynku, a po powrocie do kraju – dodatkowe cztery.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej