Marcelina Szumer-Brysz - dziennikarka zajmująca się Turcją. Współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym" i działem zagranicznym "Gazety Wyborczej".

103 – tyle Turczynek zasiądzie w nowym parlamencie. Tyle samo, ile przez trzy miesiące ginie z rąk tureckich mężczyzn. Zwycięstwo rządzącej od 16 lat Partii Sprawiedliwości i Rozwoju nie wróży zmian na lepsze.

Początek czerwca. Z budynku sądu w Denizli wychodzi Sengül, krągła blondynka nieco po pięćdziesiątce. Jest szczęśliwa, bo właśnie zakończyła się jej rozprawa rozwodowa. Wsiada do samochodu, w którym czekają na nią siostra i szwagier. Ich auto nie zdążyło jeszcze ruszyć z miejsca, gdy przed przednią szybą pojawia się Kemal, były już mąż Sengül. Wyciąga pistolet i strzela, zabijając nie tylko eksżonę, ale też jej siostrę i byłego szwagra. Tragedia, która wydarzyła się przed rokiem w rodzinie mojej tureckiej znajomej, nie jest odosobniona. Co miesiąc z rąk mężczyzn - ojców, braci, mężów (obecnych i byłych), partnerów i obcych - ginie średnio 30 kobiet (w lutym było ich 47, w marcu zaś 25). Z danych platformy Kadin Cinayetlerini Durduracagiz Platformu (Powstrzymać Zabijanie Kobiet) wynika, że giną kobiety bez względu na wiek, wykształcenie czy status materialny. Nie tylko te zamieszkałe na konserwatywnym wschodzie, ale też mieszkanki metropolii takich jak Stambuł lub Izmir. Mordercy na ogół do nich strzelają, choć co piąta z 409 zamordowanych w 2017 roku została zadźgana nożem. Niektóre przed śmiercią zostały wykorzystane seksualnie. Słynna na cały świat była sprawa sprzed kilku lat. Studentka z Mersin Ozgecan Aslan zginęła, broniąc się przed kierowcą busa, który próbował ją zgwałcić. Jej ciało (okaleczone, żeby utrudnić identyfikację) policja znalazła po kilku dniach. Morderca i jego brat zrzucili je z okolicznego klifu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej