Tekst pochodzi z "Wysokich Obcasów Extra" nr 12, wydanie z dnia 24/11/2016

Utracjusze wśród moich przodków? No skąd. Na Górnym Śląsku? Ja jestem pierwszy. A poza tym nie było z czego utracać. Jestem z porządnej rodziny, żadnej szlachty, nikogo w tym rodzaju. 250 lat temu Twardochowie byli freibauerami z Bujakowa, ale od połowy XIX wieku już nikt na roli nie pracował, bo wszyscy pracowali pod ziemią. Wydaje mi się, że kopalnia raczej uniemożliwia bycie utracjuszem, bo nie ma z czego, nie ma też na utracjuszowanie siły ani czasu.

Mój dziadek Oskar Twardoch, którego nigdy nie poznałem, zginął w kopalni, gdy miał 33 lata. Mój tata miał wtedy cztery. Babcia została sama z dwoma synami. Nigdy więcej nie wyszła za mąż, zmarła dokładnie 50 lat po swoim mężu. Mówiła piękną śląszczyzną, najczystszą, jaką słyszałem. Teraz już nikt tak nie mówi. U nich też się nie przelewało, obaj jej synowie studiowali. Gdyby chłopcy zaraz po podstawówce poszli do zawodówki, jak prawie wszyscy z ich klas, a stamtąd po paru latach na kopalnię, to byłoby z czego żyć. Ale babcia kazała im przyrzec, że nigdy nie zjadą na dół.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej