Kampanie reklamowe marek bieliźnianych przez lata wyglądały tak samo. Pani o proporcjach klepsydry, z mocnym makijażem nie tylko twarzy, ale i całego ciała, z burzą nieruchomych, uniesionych u nasady, prawdopodobnie nawet nie własnych włosów pozuje w studiu w erotycznej pozie. Na sobie ma push-up z koronki z fiszbinami, pas do pończoch i – koniecznie – pończochy na podwiązkach. Leży i wygina się na futrzanym dywanie albo w białej pościeli. Gdzieś w kadrze scenograf ułożył piórko, nienachalny, ale sugestywny gadżet. Retuszer napocił się jak przy żadnym innym projekcie.

Dziś ten sam retuszer nie miałby wiele roboty, a scenograf musi wziąć się do innych projektów. Niewiele w modzie ostatnich lat zmieniło się tak jak kolekcje bielizny i sposób, w jaki się ją pokazuje.

– Gdy w ramach przygotowań do premiery nowej kolekcji drukowaliśmy zdjęcia z kampanii, zadzwonił do mnie pan z drukarni. Powiedział, że wysłałam mu złe pliki, że na tych zdjęciach „coś się dzieje niedobrego”. Dopytywał trzy razy, choć zapewniałam, że na pewno jest OK, że dostał właściwe pliki – opowiada mi Kaja Lizut, która z przyjaciółką Maliną Kurkowską prowadzi od kilku lat markę strojów kąpielowych i sportowych ubrań Muuv Apparel.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej