Kilka lat temu miałam taki sen: w podziemnym, wypełnionym ciemnozieloną wodą akwenie pływały kobiety zasznurowane w ciasne, ciemne XIX-wieczne suknie. Byłam jedną z nich. Wiedziałam, że jestem w środku gry, której zasady mówiły, że nie wolno się wynurzyć. Brakowało mi powietrza; wiedziałam, że za kilka sekund będę musiała "przegrać". Obraz ze snu wracał do mnie wielokrotnie i dopiero z czasem, kompulsywnie opowiadając go przyjaciółkom, zobaczyłam w nim jeszcze jedną postać - mężczyznę, który stał na brzegu.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej