Nigdy w życiu nie czułam się bardziej zaniedbana niż na początku studiów. W wyniku jakiegoś lokalowego zamieszania trafiłam na stancję w stareńkiej krakowskiej kamienicy. Gospodynią była starsza pani, całkiem miła, ale na nieszczęście zbieraczka wszystkiego, więc w mieszkaniu panował nieopisany bajzel. Z sufitu wpadał mi czasem do herbaty kawałek tynku. Zanim wydeptałam w Krakowie swoje ścieżki, nauczyłam się gotować i rozumnie gospodarować skromnym budżetem, jadłam byle co w uczelnianych bufetach, a na stancji robiłam makaron z sosem z paczki.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej