Siedziałam przed kominkiem i medytowałam ogień. Zamysł nie był do końca uczciwy, każdy bowiem, kto patrzył na płomień, wie, że to, co rozgrywa się przed jego oczami, to de facto kino akcji, tak więc nieruchomość, której ma uczyć medytacja, staje pod znakiem zapytania. No ale. Powiedzmy.

Zbliżałam się do dziesiątej minuty, kiedy usłyszałam, że syn z mężem wracają ze spaceru. Syn nastolatek, widząc przez okno swoją siedzącą w kucki mamę, natychmiast wyniuchał wyzwanie - zaczął stroić miny i podskakiwać, udając (bez większych trudności) szympansa.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej