Odkąd mam Stasia i Lusię, odkryłam dla siebie rzecz, która pozwala mi jako tako pozostawać w kontakcie z tą częścią mnie, która nie ma szefa ani dzieci.

Pamiętam, jak jeszcze jako licealistka przeczytałam, że na Harvardzie studenci fizyki chodzą na obowiązkowe zajęcia z etyki, gdyż - jak tłumaczono - eksperyment zaczyna się w laboratorium, a kończy w Hiroszimie. W jednej chwili dotarło do mnie, jak bardzo wszystko na tym świecie łączy się ze sobą, o ile tylko nie siekamy naszej rzeczywistości na kawałki. Potem przeczytałam w książce mnicha buddyjskiego Thicha Nhata Hanha historię mężczyzny, który nie mógł się odnaleźć w roli ojca, bo ciągle dokuczał mu brak czasu dla siebie. Było tak do momentu, w którym odkrył, że czas z synem to teraz jego czas dla siebie.

Szybko poczułam, że bieganie między pracą a macierzyństwem to dla mnie jedyne słuszne podejście. Nie chciałam czuć, że ta wypatrująca saren Natalia z pociągu ciągle jest skazana na czekanie: na wieczór, weekend, urlop, na deadline, na moment, kiedy dzieci pójdą spać.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej