Długo było to rodzinną anegdotą opowiadaną przy świątecznym stole. Zupełnie tego nie pamiętam i nie jestem do końca przekonana, czy rodzina mi tego nie wmówiła. Za to nie mogę zapomnieć, jak dwadzieścia kilka lat później przepłakałam całą noc, gdy koleżanka „ukradła” mi pracę, moją pracę marzeń. To ja miałam dostać ten awans, mnie on się należał jak nikomu innemu. Przecież tak się starałam...

A dostała ona.

I tak skończyła się nasza przyjaźń, bezpowrotnie.

Chciałam za wszelką cenę być najlepsza. Pamiętam ten skowyt zawiedzionych ambicji i ciągłe pytanie samej siebie: co ona ma takiego, czego ja nie miałam? Zupełnie jakby chodziło o chłopaka. Do czasu jej awansu wspierałyśmy się we wszystkim, wspólnie narzekałyśmy na wysokie wymagania, trudne do osiągnięcia cele, sytuację rynkową, wrednych szefów... Potem ja już nie potrafiłam. Nie pamiętam, czy jej pogratulowałam. Odsunęłam się od niej, unikałam jej spojrzeń, krytykowałam jej decyzje przy byle okazji. Do tej pory z nią o tym nie porozmawiałam. Czekałam, aż samo minie. Aż zapomnę. Nasze drogi całkiem się rozeszły.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej