Według stereotypowego obrazu stoik to ktoś, kto jest kompulsywnym fanem porządku i kontroli, ktoś, kto lubi mieć rzeczy ułożone jasno i po kolei, ktoś, kto nie dopuszcza niespodzianek, omija spontaniczność, inwestuje w przewidywalność. Nie brzmi jak rodzic małego dziecka, prawda? Stereotyp ten bierze się gdzieś z okolic naszej Stoickiej Złotej Zasady, która mówi, że trzeba się skupić na tym, co od nas w pełni zależne, natomiast to, nad czym nie mamy kontroli... obchodzić szerokim łukiem. Jest to zasada bardzo słuszna, jednak prawdziwy stoik to ten, kto rozumie i wdraża jej ducha, a nie potyka się o literę.

W Złotej Zasadzie Stoicyzmu nie chodzi o to, żeby wszystko, nad czym nie mamy kontroli, usunąć ze swojego życia, wyrzucić, odciąć się, odkreślić grubą kreską. To nie jest ani potrzebne, ani nawet możliwe. Jak by to miało wyglądać? Większość rzeczy tego świata, w tym wszystkie rzeczy zewnętrzne i materialne, wszystkie przedmioty i wszyscy ludzie (w tym nasze własne dziecko), jest poza sferą mojej całkowitej kontroli. Jak miałoby wyglądać odcięcie się od nich? Musiałbym żyć w jakieś próżni i głębokim minimalizmie, bez ludzi, bez przedmiotów, bez niczego. Tebaida, wyspa Robinsona, dożywotnia izolatka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej