Ubrała się do przedszkola w abażur. Tak głosi rodzinna legenda. Rodzice lekarze, piątka rodzeństwa, codziennie zamieszanie. I raz, kiedy mama była na dyżurze, tata sam wyprawiał dzieci do szkół, Marynia ściągnęła z abażuru wzorzystą tkaninę i założyła jako spódniczkę.

Marynią jest do dziś, nie używa żadnych Maryś ani Marysiek, a poważna Maria Konieczna do niej nie pasuje. Przed naszym spotkaniem pisze, jak ją rozpoznam: ma krótkie włosy i sukienkę w kwiaty. Jakby nie miała 32 lat, stabilnej pozycji zawodowej i drugiej działalności, która jest zarazem biznesową przygodą.

Szkoła

Liczy się to, co masz w głowie, a nie to, co masz na sobie. Wykształcenie jest miarą wartości człowieka.

Takie prawdy wyniosła z domu w Zduńskiej Woli. Dzieci uczą się świetnie, z szóstki rodzeństwa czwórka skończy medycynę. Marynia nie. Bo pamięta taki obrazek: wyjeżdżają na urlop, szóstka dzieci siedzi z mamą w samochodzie, a tata jeszcze przyjmuje pacjentów. Albo telefon w środku nocy, który odebrała jej mama: „Dzień dobry, czy jest mąż?”. Na co mama odpowiedziała bystro: „Ale pani mąż czy mój?”. Dziś to rodzinna anegdotka, ale wtedy znaczyło to tyle, że lekarz cały czas jest w pracy, bo to nie tyle praca, ile służba.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej