Mam w głowie trzy wspomnienia.

Obrazek pierwszy. Głęboka komuna, jestem w Inowrocławiu w domu babci i jej dwóch sióstr. Wszystkie są już bardzo leciwe. Dom jest ponadstuletni, bez wygód (ale z wygódką), ma za to spore podwórko. Babcia i ciotki mają na nim trzy ogrody, w których hodują wszystko, czego potrzeba, żeby rodzina miała co jeść. Do tego są kaczki, kury, króliki, świnie. Na co dzień jemy tę drobnicę latającą po podwórku, raz na jakiś czas przyjeżdża rzeźnik, zabija świnię, a potem babcia i ciotki siedzą dwie bite doby w kuchni i przerabiają mięso na szynki, boczek i kiełbasy. Na podwórku jest szopa i dwa baraki z grubej blachy. W pierwszym baraku swoje auto parkuje "pan nauczyciel", w szopie "pan inżynier", w drugim blaszaku nie pamiętam już kto. Pamiętam za to comiesięczne kasowanie panów za wynajem: szu, szu, szu, banknoty szły do kieszeni fartucha. Do tego wszystkiego babka była krawcową i zarabiała na inowrocławskich elegantkach.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej