Piszę o TYM w czasie przeszłym, ponieważ za sprawą regularnie praktykowanej jogi po prostu mi przeszło.

W tym miejscu muszę się na sekundę zatrzymać: pisząc "joga", nie mam na myśli tylko ćwiczeń fizycznych, ale wiele praktyk medytacyjnych, oddechowych, społecznych i osobistych, z których jedną jest gimnastyka zwana przez ludzi Zachodu "jogą". Gorąco zachęcam do poczytania na ten temat, bowiem nieporozumienie, z jakim na każdym kroku się stykam w rozmowach na ten temat, krzywdząco redukuje ten rozbudowany, piękny system pracy z ciałem i psychiką do jakichś żałosnych Insta-wygibasków.

Wróćmy jednak do mojego, nazwijmy to, ADHD. Główny objaw, który doprowadzał mnie do rozpaczy i miał daleko idące konsekwencje w postaci kar oraz wrzasków ze strony dorosłych, polegał na tym, że przez cały czas "chodziły po mnie prądy".

Nie sposób było usiedzieć ani uleżeć w spokoju! W szkole łaziłam podczas lekcji po klasie. Notowanie tego, co mówiła "pani", było dla mnie torturą. Zwłaszcza że bazgrałam (bazgrzę nadal) tak strasznie, że i tak nigdy nie byłam w stanie tego odczytać.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej